Ciotka Ala od dziecka powtarzała, iż na scenie nie ma miejsca dla szarych myszy. Sama przez trzydzieści lat grała epizody we wrocławskim teatrze lalek, więc w rodzinie uchodziła za autorytet od spraw, o których nikt inny nie miał pojęcia. Kiedy wracałam ze szkoły, potrafiła złapać mnie za ramię w przedpokoju i syknąć: „Stań prosto, dziewczyno. Reżyser najpierw patrzy na linię ramion, a dopiero potem na talent”.
Miałam wtedy piętnaście lat i zero złudzeń co do własnej urody. Lustro w łazience pokazywało chudą, piegowatą istotę z odstającymi uszami i kolanami jak u młodego źrebaka. W szkole nikt nie wróżył mi kariery. Nauczycielka polskiego, pani Halinka, raz na wywiadówce powiedziała mojej matce: „Donata ma ładny głos, ale proszę ją namawiać, żeby zdawała na pedagogikę. Teatr zje ją żywcem”.
Pedagogika. Miła, bezpieczna, stateczna. Matce ten pomysł bardzo się podobał.
A ja pewnego listopadowego piątku, zamiast iść na korepetycje z biologii, wysiadłam na Dworcu Głównym w Warszawie i poszłam pod Teatr Rozmaitości. Na słupie przed wejściem wisiało ogłoszenie: „Nabór uzupełniający na wydział aktorski. Zgłoszenia do końca miesiąca”. Zerwałam kartkę, schowałam do kieszeni płaszcza i wróciłam do domu tramwajem, zanim ktokolwiek zauważył moją nieobecność.
Egzaminy zaczynały się w ostatni piątek lutego. Powiedziałam matce, iż nocuję u przyjaciółki, a sama wsiadłam w pociąg do stolicy o piątej czterdzieści. Pamiętam dokładnie: mróz minus jeden, buty przemokły mi na przystanku, a w torbie miałam kanapkę z żółtym serem i zeszyt z przygotowanym monologiem Konstancji z „Fantazego”.
W poczekalni siedziało ze trzydzieści dziewczyn. Wszystkie wyglądały jak z okładki magazynu: pomalowane, ufryzowane, w markowych swetrach. Pachniało kawą, lakierem do włosów i strachem. Usiadłam w kącie, wyjęłam zeszyt i udawałam, iż powtarzam tekst, chociaż znałam go na pamięć od trzech tygodni.
Kiedy padło moje nazwisko, weszłam do sali. Stół, za stołem sześć osób. Komisja. W środku siedział starszy mężczyzna w okularach, który wyglądał jakby od rana nie pił herbaty i był z tego powodu nieszczęśliwy. Poprosił, żebym podeszła bliżej.
Przyjrzał mi się długo, bez słowa. Potem wziął do ręki teczkę z dokumentami, postukał nią o krawędź stołu i powiedział:
— Proszę pani, do nas przychodzą dziewczyny z warunkami zewnętrznymi. Pani ma… bardzo indywidualną urodę. Niestety, do ról amantek pani nie pasuje, a do ról charakterystycznych jest pani za młoda. Radzę pomyśleć o czymś innym.
Pamiętam, jak pachniał kurz na kaloryferze. To był pierwszy zapach mojej porażki.
Nie zdążyłam nic powiedzieć, bo starsza kobieta siedząca obok podniosła rękę. Miała krótkie siwe włosy i fioletowy jedwabny szal przewiązany pod szyją.
— Niech pani nam coś pokaże. Cokolwiek — powiedziała. — Ale niech pani nie robi z siebie kogoś innego. Proszę dać nam kogoś prawdziwego.
Zamknęłam zeszyt. Odłożyłam go na krzesło. Pierwszy raz tego dnia zrobiło mi się ciepło.
Zamiast Konstancji weszłam w głos mojej ciotki Ali. Nie grałam jej — zdjęłam z siebie całą nieśmiałość i stanęłam przed nimi jak ona w teatralnej garderobie, z papierosem wystającym z palców i siwizną na skroniach. Uczciwie. Bez jednego gestu zmyślonego.
— Dwadzieścia sześć sezonów, rozumiesz? — mówiłam do wyimaginowanej praktykantki. — A ty chcesz od razu grać Ofelię. Naucz się stać na scenie. Ofelia też stała. I co? Utopiła się.
Komisja milczała. Długa, lepka chwila, w której słychać było tylko tykanie zegara za moimi plecami. Zanim ktokolwiek zdążył podziękować, dodałam cicho:
— Jak nas nie będzie, teatr też będzie. Tylko nie wasz. Nie mój. Nie ten.
Nie wiem, skąd mi to przyszło. Wyszłam, nie patrząc na nikogo. Na korytarzu usiadłam pod ścianą, zjadłam kanapkę i kupiłam w automacie ciepłą oranżadę za sześć złotych. Miałam jeden list od przyjaciółki, w którym pisała, iż moja matka dowiedziała się o wyjeździe i iż będę mieć w domu „karczemną awanturę”.
Listę przyjętych wyczytałam dwa tygodnie później w gazecie, którą ojciec zostawił na stole w kuchni. Między nazwiskami było jedno, które umiałam przeczytać od tyłu i z zamkniętymi oczami.
Ciotka Ala usłyszała to w niedzielę. Siedziała w fotelu, obierała jabłko małym nożykiem i patrzyła w okno.
— Przyjmij ją w tym roku, kochanie — powiedziała do nikogo, jakby ktoś po drugiej stronie szyby właśnie skreślał mnie z wielkiej listy. — Potem nauczą cię radzić sobie samej.
Pierwszego dnia szkoły usłyszałam w szatni, jak jedna z dziewczyn mówi do drugiej:
— Widziałaś tę piegowatą z Wrocławia? Biorą teraz kogo popadnie, żeby tylko sale zapełnić.
Nie obejrzałam się. Odwiesiłam kurtkę, sprawdziłam w lustrze zamka, czy kołnierzyk leży prosto, i poszłam na pierwsze zajęcia.
Mijały lata, a z nich rekwizytornia, garderoba, dublerka. Role się zmieniały, ale koleżanki dalej szeptały. Tyle iż teraz to już obchodziło tyle, co mróz w marcu. Uczyłam się chodzić w sukniach z fiszbinami, mówić szeptem do pustej sali, starzeć się o trzydzieści lat w trzy minuty.
Po dziesięciu latach pierwszą dużą rolę dostałam od tego samego reżysera, który kiedyś stuknął teczką o stół. Na próbie generalnej podszedł do mnie i powiedział, iż wciąż widzi tamtą dziewczynę, co w sali egzaminacyjnej udawała, iż nie słyszy chichotów za plecami.
— Dobrze, iż pani nie poszła na tę pedagogikę — dorzucił już w przejściu.
A ja dalej przychodziłam do teatru, jakbym wracała do domu z wieloletniego wygnania. Nie byłam śliczna, byłam potrzebna. Z tamtej piegowatej dziewczyny zrobiono kogoś, komu powierzano scenę. A ja nie miałam zamiaru przepraszać za nią ani słowem.
Ciotka Ala zmarła w drugim roku mojej pracy. W szufladzie nocnego stolika znalazłam bilet z tamtego piątkowego egzaminu. Miał przypalony róg — jej stały zwyczaj zostawiania śladu na wszystkim, co dla niej ważne.
Trzymam go do dziś w słoiku po dżemie, razem z zeschniętą konwalią z jej pogrzebu i tą kartką sprzed Teatru Rozmaitości. Czasem pokazuję go studentkom, które przychodzą na przesłuchania z oczami utkwiwionymi w drzwi. Nie mówię im nic o odwadze. Tylko o tym, żeby umiały stać na scenie, choćby gdy sala pachnie kurzem i obcym strachem.
Bo kiedyś, gdy spytają, czy wiem, jak to jest, usłyszą z prompterni głos mojej ciotki:
— Ofelia też stała. I co? Utopiła się.













