Mój narzeczony, Nikodem, i ja bierzemy ślub za trzy miesiące.
W mojej rodzinie wesela zawsze były proste ceremonia, jedzenie, muzyka, tańce i koniec.
Ale w rodzinie Nikodema jest pewien zwyczaj: na weselu tylko panna młoda musi wznieść toast i podziękować rodzicom pana młodego, wręczając im symboliczny prezent za to, iż przyjęli ją do rodziny.
Tylko panna młoda.
Nie pan młody.
Gdy jego mama mi to powiedziała, byłam pewna, iż żartuje.
Ale wytłumaczyła, iż od pokoleń tak się robi: panna młoda dziękuje rodzicom pana młodego za otwarcie drzwi do rodziny.
Dla mnie to brzmiało jak próba, żeby zostać zaakceptowaną.
Powiedziałam, iż wolałabym, żebyśmy razem wznieśli toast i podziękowali obu rodzinom.
Uśmiechnęła się tylko lekko i rzuciła, iż to już nowoczesna fanaberia.
Na początku Nikodem nie przejął się tym za bardzo.
Ale przy następnej rodzinnej kolacji jego ojciec powiedział, iż u nich wszystko robi się z szacunkiem do tradycji.
A mama dodała, iż nie chcą synowej, która od razu wszystko zmienia.
Słowo chcą zabrzmiało dla mnie tak, jakby chodziło o kogoś na rozmowie kwalifikacyjnej…
Kiedy wróciliśmy do mieszkania, pogadałam z Nikodemem.
Powiedziałam mu, iż nie jestem przeciwna podziękowaniu, ale nie zgadzam się, żeby tylko ja musiała się kłaniać, a on już nie.
On odpowiedział, iż to tylko gest.
Zapytałam, czemu ten gest nie mógłby być wzajemny.
Nie wiedział, co powiedzieć, tylko wyznał, iż nie chce mieć problemów z rodzicami.
Więc zaproponowałam inne rozwiązanie:
Żebyśmy razem wznieśli toast, podziękowali obu rodzinom i wręczyli prezent obojgu rodzicom.
Dla mnie to choćby lepiej brzmiało.
Jak to zaproponowaliśmy, jego mama zrobiła się poważna i powiedziała, iż to rozmywa tradycję.
Ojciec Nikodema dorzucił, iż jak zaczynam tak, to potem będę wszystko dyktować.
I wtedy do mnie dotarło, iż tu nie chodzi o ten toast.
Chodzi o granice.
Żeby nie podgrzewać sytuacji, zaproponowałam, iż zrobię to przed weselem, tylko w obecności rodziców.
Ale jego mama odmówiła.
Stwierdziła, iż to musi być przed wszystkimi gośćmi, żeby każdy widział szacunek.
I tam wtedy coś we mnie pękło.
Szanuję ludzi, naprawdę.
Ale nie robię rzeczy, które czuję, iż są upokarzające.
Nikodem poprosił, żebym zgodziła się dla świętego spokoju, bo tak zawsze robiono w rodzinnej wsi jego ojca.
A ja powiedziałam coś, czego nigdy się nie spodziewałam przed ślubem:
Jeśli dla spokoju zawsze mam ustępować to nie jest spokój.
To jest kontrola.
Teraz Nikodem jest między mną a swoją rodziną.
Moja mama mówi, żeby nie zaczynać małżeństwa od konfliktu ze teściami.
Moja najlepsza przyjaciółka twierdzi, iż jeżeli teraz ustąpię, to potem będę musiała ustępować w dużo poważniejszych kwestiach.
A przyszli teściowie rozpowiadają już, iż jestem konfliktowa i nie mam szacunku.
Dla mnie sprawa jest jasna.
Mogę podziękować, jasne.
Ale nie mogę przyjąć zasad, które obowiązują tylko mnie, bo jestem panną młodą.
I szczerze…
nie wiem, czy się mylę, iż nie chcę robić wszystkiego dokładnie jak oni chcą…



