Pociąg wypadł z tunelu i przez szybę zobaczyłem, jak słońce odbija się od dachów podmiejskich domków. Zwykły piątkowy wieczór. Do Warszawy zostało niecałe czterdzieści minut. Kobieta dwa rzędy dalej zdejmowała klipsy z uszu, chłopak w biało-czerwonych słuchawkach spał z czołem przy szybie. Pachniało kawą z wagonu restauracyjnego i lekko tym specyficznym, metalicznym powietrzem, które bywa w Pendolino, kiedy klimatyzacja pracuje na pełnej mocy.
Siedziałem tyłem do kierunku jazdy, więc najpierw usłyszałem, potem zobaczyłem. Trzask otwieranych drzwi toalety. Kroki — nierówne, ciężkie, jakby ktoś niósł coś w jednej ręce i tracił równowagę. Potem wrzask kobiety, krótkie szarpnięcie i mężczyzna bez koszulki przechodzi przez automatyczne drzwi do mojego wagonu.
„O kurwa” — powiedział na głos mężczyzna w garniturze i to jedno słowo zrobiło więcej niż alarm: wszyscy podnieśli głowy.
Lufa karabinka podskakiwała przy każdym jego kroku. Nie celował. Jeszcze nie. Rozglądał się tak, jakby czegoś szukał, jakby sprawdzał, ilu nas jest. Trzydzieści osiem osób w wagonie. Pamiętam, iż policzyłem, bo chwilę wcześniej konduktor powiedział coś o miejscach numerowanych do Opola. Bzdura, która została mi w głowie.
Mój kumpel Maks, który spał obok, otworzył oczy i zapytał: „Co jest?”. Nie odpowiedziałem. Patrzyłem, jak faceta od drzwi próbuje zatrzymać łysy mężczyzna w sportowej kurtce — zwykły pasażer, po czterdziestce. Dostał kolbą w twarz i osunął się między siedzenia. Dźwięk pękającej kości usłyszałem choćby przez hałas pociągu.
Wtedy wstał Krzysiek.
Krzysiek był moim przyjacielem z Ełku, z którym pojechaliśmy na weekend do Warszawy. Skończył medycynę w Olsztynie, pracował na SOR-ze w Białymstoku, umiał zszyć ranę, miał za sobą staż na oddziale chirurgii naczyniowej. Ale to, co zrobił w tamtą sekundę, nie miało nic wspólnego z medycyną. Po prostu się podniósł.
„Idziesz?” — powiedział cicho, nie do mnie, tylko przed siebie.
Maks zacisnął obie dłonie na uchwycie torby. Kiwnął głową. Nie pamiętam, żebym ja cokolwiek powiedział. Pamiętam smak żelaza w ustach, bo przygryzłem sobie wewnętrzną stronę policzka.
Krzysiek ruszył pierwszy.
Zaatakował faceta od tyłu, wpadł na niego całym ciałem i przygwoździł do ściany obok miejsca na rowery. Tamten młócił łokciem, wyszarpnął z rękawa krótki nóż z zakrzywionym ostrzem i ciął. Pierwsze cięcie poszło przez szyję Krzyśka, tuż nad obojczykiem — krew natychmiast wsiąkła w białą koszulkę. Drugie przez policzek. Trzecie w nadgarstek, głęboko, niemal do ścięgien.
Krzysiek nie puścił.
Wtedy Maks doskoczył i złapał napastnika za przedramię, którym ten trzymał broń. Razem wykręcili mu rękę, a ja złapałem go za kostki i przewróciłem. Upadł twarzą na podłogę między fotelami. Ktoś rzucił mi pasek od spodni, nie wiem skąd — może ten sam człowiek w garniturze. Owinąłem nim nogi tamtego. Inny pasażer, starszy facet w okularach, przycisnął mu ramię do podłogi. Nie wiem, jak się nazywał. Pamiętam tylko, iż pachniał papierosami i miał posiniaczone palce, jak mechanik.
Łącznie przez minutę, może dwie, leżeliśmy jeden na drugim, zszarpani, szarpiący. Słychać było nasze oddechy — świszczące, jak u biegaczy po starcie. Ktoś krzyczał, żeby związać mu ręce. Ktoś inny płakał. Dziwnie cichy płacz. Jakby nie chciał, żeby go było słychać.
Potem zobaczyłem, iż pistolet, który tamten wypuścił przy upadku — czarny, z poszarpaną taśmą na rączce — leży dwa metry od jego dłoni. Nikogo przy nim nie było. Odruchowo, na kolanach, wyszarpnąłem pasek i przycisnąłem broń własnym łokciem, potem gotowy — sam nie wiem na co. Nie umiem strzelać. Nigdy nie trzymałem broni. Ale nikt tamtego pistoletu nie podniósł, dopóki nie przyszła pomoc.
Pociąg zatrzymał się w Kutnie i wtedy wszystko uderzyło ze zdwojoną siłą.
Bo okazało się, iż karabinek jest przeładowany. Dwadzieścia siedem nabojów w magazynku. A ten jeden, który mężczyzna zdążył wprowadzić do komory, zaciął się i nie wypalił.
Dwadzieścia siedem. Powiedział to jeden z funkcjonariuszy ochrony kolei, gdy zbierali sprzęt. Pamiętam, iż dokładnie to powtórzył: „Dwadzieścia siedem. Gdyby nie ta awaria…”.
Nie dokończył. Wszyscy wiedzieliśmy.
Kiedy Krzysiek klękał przy rannym profesorze z Poznania, który leżał w przejściu z przestrzeloną klatką piersiową, i wpychał palce w otwartą ranę, żeby ucisnąć tętnicę, nikt z nas nie patrzył na napastnika. Tego profesora postrzelił chwilę wcześniej, tuż przed tym, nim wszedł do naszego wagonu. Nikt tego nie widział, bo było za głośno. Pociąg brał zakręt.
Krzysiek przez dwadzieścia minut trzymał rękę w ranie obcego człowieka, zamknięty w pozycji, z krwią spływającą mu po przedramieniu i wsiąkającą w złoty zegarek — prezent od matki. Pamiętam go — prosty, biżuteryjny, z wygrawerowanym „Kocham Cię, synku”.
W Arras… nie, to nie Arras. W Kutnie. Na peronie stała grupa ratowników z noszami i jeden policjant, który powtarzał „spokojnie, panie, już jesteśmy”. To oni zabrali profesora. Krzysiek dostał szwów na twarz, trzy na szyi i sześć na nadgarstek. W szpitalu powiedział mi, iż nie czuł bólu, dopiero jak mył ręce i zobaczył, iż woda robi się różowa.
Teraz, kiedy to piszę, to od zdań zewnętrznych, bo sam wiem tylko to, co zobaczyłem i czego nikt nie wie. Ta historia jest o Krzyśku.
Nikt z nas nie dostał medalu. Polski rząd nie odznacza za odwagę cywilów, chyba iż jest to działanie na rzecz obronności państwa. Krzysiek niczego nie chciał. Powiedział, iż ma problem z tym, jak długo realizowane są procedury. Potem przez trzy miesiące dochodził do zdrowia i nie mógł wrócić na oddział, bo tamtą ręką nie dało się szyć.
I kolejna rzecz, której nikt nie wie. Kiedy szedłem za nim tamtym korytarzem, modliłem się. Nie głośno. Po cichu, w języku, w którym modliła się moja babcia, po litewsku. Nie wiem, czy to cokolwiek dało, ale od tamtej pory każdego dnia wstaję i wiem, iż mogę powiedzieć: „Pamiętaj, iż nie on jeden się bał”.
Bo ja się bałem tak, iż nie czułem podłogi.
W tydzień po zdarzeniu Krzysiek zadzwonił do mnie około siódmej rano: „Stary, umów się ze mną. Nie chcę sam jechać do tego pociągu”. Pojechaliśmy razem. Z przewoźnikiem. Dostał zaświadczenie, iż w chwili zdarzenia był pasażerem. Nic więcej.
Dwa lata później, w maju, znowu pojechaliśmy razem — na oddział w Białymstoku, gdzie Krzysiek pracuje. Wziął z biurka oprawioną w ramkę kartkę, którą trzymał w szufladzie obok długopisów i białych recept. Była na niej odręczna notatka od profesora z Poznania: „Dziękuję. Nie wiem, kim jesteś, ale twoja matka wychowała dobrego człowieka”. Pod spodem dopisek: „Moja córka ma na imię Hania. Chcę, żebyś wiedział, iż zdała w tym roku na medycynę”.
Krzysiek przeczytał, potem złożył kartkę i wsunął ją do kieszeni fartucha.
Ja kupiłem wtedy w sklepie obok szpitala dwie kawy i zgrzewkę wody, bo tak było taniej. Kelnerka zapytała, czy brać reklamówkę. Powiedziałem, iż nie trzeba. Zapaćkała mi dłoń paragonem i ta dłoń mi drżała. To wszystko. Odpowiedź, gdyby ktoś zapytał, brzmi: nie wiem, co bym zrobił. Wiem tylko, iż Krzysiek zrobił wystarczająco. I iż czasem pociąg nie zacina się tam, gdzie powinien.
On jeździ do pracy. Co rano. Siedzi przy oknie, kładzie torbę na półce, czyta. Czasem, jak się mijamy, unosi prawą dłoń, tę z blizną, i pokazuje ją, zamiast machać. Kiedyś staliśmy tak na peronie w Ełku, a on odpiął z torby miejsce na bidon, oddał mi swoje pomarańczowe etui na bilety i powiedział tylko: „Dobra, nie pierdol, iż mam przez to jakiś syndrom. Ja tylko już nie sypiam w pociągach”.
I to jest ostatnie zdanie, na które pamięć mi pozwala.












