Teraz farba stała za lodówką i czekała. Ewa kupiła ją w ostatnią sobotę, kiedy jeszcze myślała, iż malują sypialnię na nowy etap. Puszka kosztowała 79,90. Paragon do dziś leżał w kieszeni płaszcza, wyprany razem z kluczykami od mieszkania matki.
Wieczór był cichy jak zawsze w grudniu na Osiedlu Przyjaźń w Białymstoku. Za oknem śnieg padał niby drobny, ale uparty. Ewa postawiła na kuchennym stole dwa kieliszki i butelkę wina z Biedronki. Nalała sobie. Drugi kieliszek stał naprzeciwko — pusty, czysty, błyszczący jak wyrzut. „Za nieobecnego męża” — mruknęła do siebie i upiła spory łyk.
Jej życie wyglądało z zewnątrz jak z poradnika „sukces po polsku”. Własne mieszkanie 54 metry, stała praca w Urzędzie Skarbowym, konto oszczędnościowe, na którym leżało 380 000 złotych. Zbierała przez jedenaście lat. Część zobaczyła, pracując dodatkowo w weekendy przy inwentaryzacjach, część odziedziczyła po ciotce z Ełku. Kiedy Marek wziął kredyt na swoją „działalność gospodarczą” — bo tak to nazywał, kiedy pożyczał od niej pieniądze — zawsze obiecywał: „Oddam, kochanie, zobaczysz, jak tylko biznes ruszy”. Biznes, czyli sklep z oponami przy ulicy Produkcyjnej. Ruszył. Okazało się, iż ruszył prosto w długi. A Marek do tej pory nie oddał ani złotówki.
W szafce pod zlewem leżała teczka. Gruba, niebieska, z napisem „DOKUMENTY” wypisanym flamastrem, który już dawno wyblakł. W środku — wyciągi bankowe, potwierdzenia przelewów, kserokopie umów. Każdy przelew z tytułem „pożyczka dla męża”. Ewa odłożyła wino i otworzyła teczkę. Palce miała zimne, ale to nie od wina. Od papieru. Od tych wszystkich kwitów, które podpisywał Marek, nie patrząc.
Pół roku po tym, jak złapała go na kanapie, wciąż mieszkał w tym samym mieście, tyle iż u matki, dwa przystanki dalej. Nie złożył pozwu o rozwód, nie spłacał, nie dzwonił. Ale na mieście opowiadał, iż to Ewa go wygoniła, iż ona zawsze była zimna, iż ma pieniądze, a jemu „nie zostawiła choćby na opony do swojego auta”. W Białymstoku to małe miasto. Wiadomości rozchodzą się po linii autobusowej numer 6 i po zamrażarkach w pracy. Ewa słyszała to od koleżanki z urzędu, której brat pracował z Markiem przy sezonowej wymianie felg.
Była akurat w pracy, gdy zobaczyła na Facebooku zdjęcie. Marek i ta kobieta — fryzjerka z osiedla, Ewelina, która robiła Ewie pasemka przez cztery lata. Siedzieli w restauracji „Słowiańska” przy rynku. On w nowej skórzanej kurtce. Ewa pamiętała cenę na metce: 1 199 zł. Pamiętała, bo to ona mu ją kupiła dwa lata temu na urodziny. Spojrzała na ekran telefonu i przez dziesięć minut nie mogła trafić w klawiaturę, żeby wyłączyć bankowość mobilną.
Wieczorem tego samego dnia poszła do piwnicy. Przy ścianie, między słoikami po ogórkach a starym rowerem, stał karton. W kartonie — rzeczy Marka. Zegarek ze złotą bransoletą, garnitur z wesela siostry, perfumy, które dostał od teściów. I jeszcze coś: zeszyt z notatkami. Otworzyła na chybił trafił. „Ewa nie rozumie, iż ja potrzebuję przestrzeni. Praca, dom, rutyna. Ja chcę żyć.” Zatrzasnęła zeszyt i wrzuciła go z powrotem. Potem zaniosła karton na górę, do przedpokoju. Puszka farby za lodówką błyszczała w świetle, jakby wiedziała, iż na nią patrzy.
Matka Ewy, pani Wiesława, dzwoniła co drugi dzień. „Dziecko, wróć do niego, kto cię taką starą weźmie bez męża? Kobieta bez chłopa to jak choinka bez lampek. Stoi, ale światła nie ma.” Ewa nabrała zwyczaju, iż podczas rozmowy nastawiała czajnik i czekała, aż woda zacznie szumieć tak głośno, żeby nie słyszeć matki. Woda szumiała. Matka mówiła. Ewa dodawała cukier do herbaty, którego nie używała od lat.
W Sylwestra Marek przysłał wiadomość. „Czy możemy porozmawiać o finansach? Chcę to zakończyć, ale musisz zrozumieć, iż sklep nie przynosi tyle, ile myślisz. Połowę długu mogę oddać w ratach po 300 złotych miesięcznie. Resztę… no wiesz, w końcu żyliśmy razem jedenaście lat, to chyba nie musimy się liczyć co do złotówki.”
Ewa przeczytała wiadomość trzy razy. Za pierwszym razem chciała odpisać „idź do sądu”. Za drugim — zadzwonić do adwokata. Za trzecim — wstawiła telefon do ładowarki, a sama zeszła do garażu. W bagażniku jej srebrnego Volkswagena Polo stał karton. Ten sam z piwnicy. Otworzyła go. Wyciągnęła zegarek. Położyła na dłoni. Złoto było zimne, a mimo to parzyło.
Następnego dnia był pierwszy dzień roku, więc miała wolne. Pojechała na targ staroci przy ulicy Kawaleryjskiej. To miejsce, gdzie w soboty kupcy rozkładają koce, a na nich — wszystko: porcelana z NRD, sztućce, monety, kasety VHS. Wyciągnęła z bagażnika karton. Podeszła do mężczyzny, który sprzedawał srebrne papierośnice i oceniał wszystko półgębkiem. „Ile za ten zegarek?” — zapytała. Obejrzał. Otworzył kopertę, sprawdził próbę. „Tysiąc czterysta, ale to rzadki model z lat osiemdziesiątych.” „Niech będzie tysiąc dwieście” — powiedziała. Zapłacił gotówką. Ewa przeliczyła banknoty i schowała do torebki. Garnitur oddała do kontenera PCK przy Kauflandzie. Perfumy wylała do zlewu, ale flakon — ciężki, szklany, granatowy — postawiła na parapecie jak dekorację. „Będzie mi przypominał, iż zapachy też się kończą” — powiedziała do siebie.
Dwa dni później zadzwonił Marek. Nie z wiadomością, ale z pretensją. „Oddałaś mój zegarek? Wiesz, ile on dla mnie znaczył? To prezent od ojca!” Ewa siedziała w fotelu, pod nogami dywanik z juty, na stoliku parująca herbata. „Prezent od ojca” — powtórzyła cicho. Cisza w słuchawce była taka, iż słyszała, jak Marek oddycha przez nos. „Twój ojciec” — powiedziała — „byłby dumny, gdybyś nie łaził po sądach, tylko oddał ludziom, co ich”. Marek chciał coś powiedzieć. Ewa nacisnęła czerwoną słuchawkę. Potem przez chwilę patrzyła na ekran, aż zgasł. Wstała, poszła do kuchni, otworzyła lodówkę. Za nią stała puszka farby w kolorze głębokiej śliwki. Wyjęła ją. Odkręciła wieko. Zapach był mocny, chemiczny, ale czysty. Zanurzyła pędzel.
W ostatnią sobotę stycznia Ewa zaprosiła matkę na obiad. „Przyjedź, wszystko ci opowiem” — powiedziała. Matka przyjechała autobusem 101. W przedpokoju od razu chciała zdjąć kurtkę, ale stanęła jak wryta. Ściany w salonie były pomalowane na głęboki śliwkowy kolor jak wieczór, w którym nikt nie patrzy. Na kanapie leżała nowa narzuta z kremowego weluru. Ewa stała w drzwiach z tą samą niebieską teczką w ręku.
„Mamo, usiądź. Zanim powiesz, iż kobieta potrzebuje mężczyzny, zobacz to” — powiedziała i położyła przed matką wyciągi bankowe. Pani Wiesława zdjęła okulary z etui, które nosiła na szyi. Czytała. Liczyła. Zsumowała w pamięci. Potem odłożyła okulary i przez moment bawiła się zamkiem torby. „Ile tego jest?” — zapytała. „Trzysta osiemdziesiąt tysięcy” — odpowiedziała Ewa. W pokoju pachniało farbą. Matka wzięła łyk herbaty, choć ta była już zimna. „To chyba nie musisz mu wybaczać” — powiedziała w końcu.
Ewa nie powiedziała, iż wybaczyła. Powiedziała coś innego.
„Złożyłam pozew o rozdzielność majątkową w zeszły piątek. I złożyłam wniosek o zwrot pożyczek w całości. Z odsetkami za jedenaście lat. To będzie grubo ponad pół miliona, mamo. Nie w ratach po trzysta złotych.”
Pani Wiesława zapięła torbę. Wstała. Poprawiła serwetę pod filiżanką, jakby to miało jakieś znaczenie. „Może i masz rację, dziecko. Może choinka bez lampek to i tak choinka.”
Na koniec Ewa zrobiła jeszcze jedną rzecz. Poszła do sypialni, wyjęła z szafy pudło z dokumentami, a z niego — akt notarialny. To była umowa darowizny: Marek dwa lata temu zapisał jej udział w działce pod Białymstokiem, żeby obniżyć podatek. „Niczego ci nie oddam” — powiedziała do jego zdjęcia, które wciąż stało w kuchni, oparte o sól. Podarła akt. Na śmietnik? Nie. Włożyła kawałki do koperty, a na kopercie napisała: „Za zegarek. Od firmy.” Następnego dnia wysłała list polecony na adres matki Marka.
Tydzień później dzwonił jej telefon. Odebrała spokojnie, bo stała przy oknie i patrzyła, jak śnieg pada na parking przed blokiem. Marek krzyczał: „Zniszczyłaś mi życie! Ja przez ciebie będę spał pod mostem!” Ewa słuchała. Potem powiedziała tylko: „Do widzenia, Marek” — i odłożyła słuchawkę na stół, nie kończąc połączenia. W tle, z głośnika, płynęła kolęda. W kuchni na parapecie stał granatowy flakon. Był pusty, ale w zimowym świetle błyszczał jak nówka.
Jeszcze tego samego wieczoru Ewa przelała z konta oszczędnościowego 380 000 złotych na swoje nowe konto z upoważnieniem tylko dla siebie. Potem włączyła film. Nie pamiętała tytułu. Siedziała na nowej welurowej narzucie w kolorze kremu, w salonie pomalowanym na głęboką śliwkę, i po raz pierwszy od jedenastu lat piła wino prosto z kieliszka, nie odstawiając go, żeby komuś zrobić kanapki.











