— Spójrz na siebie — rzuciłem wtedy, stojąc w przedpokoju z walizką.
— Jesteś gruba, zaniedbana, ciągle zmęczona. Przy tobie czuję się, jakbym miał siedemdziesiąt lat.
Anka stała przy drzwiach kuchni w starym swetrze, z podkrążonymi oczami i rękami mokrymi od zmywania. Nie krzyczała. Tylko zapytała cicho:
— A pamiętasz, kiedy ostatni raz zapytałeś, dlaczego jestem zmęczona?
Nie odpowiedziałem. Za bardzo spieszyłem się do Pauliny, pachnącej drogimi perfumami, zawsze umalowanej, zawsze uśmiechniętej. Przy niej czułem się ważny. Mówiła mi:
— Ty zasługujesz na coś lepszego. Na kobietę, która o siebie dba.
Uwierzyłem jej, bo było mi wygodnie. Dzieci zostały z Anką, kredyt został z Anką, rachunki zostały z Anką, a ja zabrałem tylko swoje ubrania i przekonanie, iż zaczynam nowe, piękniejsze życie. choćby kiedy syn przez telefon powiedział:
— Tato, mama płacze po nocach — odpowiedziałem:
— To sprawy dorosłych. Dziś wstydzę się tych słów bardziej niż wszystkiego.
Rok później Paulina już nie była taka słodka. Gdy przestałem być cudzą fantazją, a stałem się facetem po pracy z rachunkami i problemami, zaczęła patrzeć na mnie tak, jak ja kiedyś patrzyłem na Ankę.
— Znowu nie masz pieniędzy? — syczała.
W domu nie było ciepła, tylko wymagania. Nie było rozmów, tylko pretensje. Coraz częściej łapałem się na tym, iż tęsknię za zwykłą herbatą podawaną bez słów, za ciszą, w której nikt mnie nie oceniał, za kobietą, którą sam zniszczyłem i nazwałem ciężarem.
Spotkałem Ankę przypadkiem, przed księgarnią w centrum miasta. Najpierw zobaczyłem kobietę w jasnym płaszczu, z rozpuszczonymi włosami i uśmiechem, którego nie widziałem u niej od lat. Szła obok jakiegoś mężczyzny, a on niósł jej torbę i patrzył na nią tak, jakby była najważniejszą osobą na świecie. Dopiero po chwili zrozumiałem, iż to ona. Moja Anka. Tylko iż już nie moja. Zatrzymałem się jak wryty.
— Anka? — powiedziałem niepewnie.
Odwróciła się. W jej oczach nie było bólu. To zabolało mnie najbardziej.
— Cześć, Marek — odpowiedziała spokojnie.
— Dobrze wyglądasz — wydusiłem z siebie. Uśmiechnęła się lekko.
— Wiem. Długo zajęło mi przypomnienie sobie, iż mogę.
Mężczyzna obok niej spojrzał na mnie pytająco.
— To mój były mąż — powiedziała bez drżenia w głosie.
Były. Jedno słowo, a przecięło mnie na pół.
— Możemy porozmawiać? — zapytałem.
— Proszę. Tylko chwilę.
Anka spojrzała na zegarek.
— Nie sądzę, żebyśmy mieli o czym.
— Ja popełniłem błąd — powiedziałem szybko. — Byłem głupi. Nie widziałem, ile robiłaś. Nie widziałem ciebie.
Wtedy popatrzyła na mnie uważnie, ale bez litości.
— Nie, Marek. Ty widziałeś. Tylko było ci wygodniej udawać, iż moja zmęczona twarz to mój wybór, a nie wynik życia, które zrzuciłeś na moje barki. Miałeś żonę, dom i dzieci, ale chciałeś kochanki, która pachnie wolnością. Więc poszedłeś. A ja w końcu zostałam sama ze sobą i odkryłam, iż bez ciebie mam mniej pracy, mniej płaczu i więcej powietrza.
Chciałem powiedzieć, iż ją kocham, iż żałuję, iż wszystko naprawię. Ale ona już odwracała się do tego mężczyzny.
— Idziemy? — zapytała go ciepło.
— Oczywiście — odpowiedział, dotykając jej dłoni.
Stałem na chodniku, patrząc, jak odchodzi kobieta, którą kiedyś miałem za pewnik. Rok wcześniej zostawiłem żonę, bo uznałem, iż przestała błyszczeć. Dopiero wtedy zrozumiałem, iż to ja byłem cieniem, który gasił jej światło. I iż najpiękniej wyglądała nie dlatego, iż schudła czy zmieniła ubrania. Wyglądała pięknie, bo wreszcie nie musiała już nieść mnie na plecach.







