Z życia wzięte. "Zostawiłem żonę dla kochanki, bo była gruba i zaniedbana": Rok później spotkałem ją na ulicy i nie mogłem uwierzyć własnym oczom

zycie.news 2 godzin temu

Ale czas bywa bezlitosny. W wieku 45 lat, po dwóch ciążach i latach pracy na pełnych obrotach, Ewa przestała przypominać dziewczynę z moich wspomnień. Przytyła, przestała się malować, a jej dłonie, niegdyś delikatne, stały się szorstkie od domowych obowiązków.

Zacząłem się jej wstydzić. Drażnił mnie widok jej zmęczonej twarzy i wyciągniętego dresu. Czułem, iż zasługuję na coś „więcej”.

Wtedy poznałem Sandrę. Miała 24 lata, nienaganną figurę i uśmiech, który sprawiał, iż czułem się znowu młody. Odszedłem bez mrugnięcia okiem. Zostawiłem Ewę z jej smutkiem i kilogramami, rzucając na odchodnym: „Spójrz w lustro, Ewa. Sama doprowadziłeś do tego, iż już mnie nie pociągasz”.

Przez pierwszy rok z Sandrą czułem się jak król. Chodziliśmy do drogich restauracji, pokazywałem ją znajomym jak trofeum. Ale gwałtownie zrozumiałem, iż uroda Sandry ma swoją cenę – dosłowną. Moja karta kredytowa płonęła, a rozmowy ograniczały się do najnowszych filtrów na Instagramie.

Sandra nie wiedziała, jak smakuje domowy obiad. Nie wiedziała, jak wesprzeć, gdy miałem problemy w firmie. Była piękna, ale pusta. A ja zacząłem czuć się coraz bardziej samotny w tym idealnym, plastikowym świecie.

Wczoraj, dokładnie rok po rozwodzie, szedłem przez centrum handlowe. Zauważyłem kobietę wychodzącą z butiku. Była wyprostowana, bił od niej niesamowity blask. Miała na sobie dopasowaną, elegancką sukienkę, a jej włosy falowały przy każdym kroku. Wyglądała jak milion dolarów.

Zamarłem, gdy nasze spojrzenia się spotkały. To była Ewa.

Ale to nie była ta Ewa, którą zostawiłem. Jej twarz była promienna, oczy pełne energii, a sylwetka... sylwetka była lepsza niż kiedykolwiek. Wyglądała na szczęśliwą, wolną i niesamowicie atrakcyjną.

– Ewa? – wykrztusiłem, nie mogąc oderwać od niej wzroku.

Uśmiechnęła się do mnie, ale to był inny uśmiech niż dawniej. Nie było w nim miłości, tylko uprzejmy dystans.

– Cześć, Marek. Miło cię widzieć – powiedziała spokojnie.

– Wyglądasz... niesamowicie. Schudłaś, zmieniłaś się... Jak to możliwe?

Ewa spojrzała na mnie, a potem na Sandrę, która właśnie podeszła, poprawiając sztuczne rzęsy.

– Wiesz, Marek... – zaczęła Ewa cicho. – Przez lata byłam zmęczona, bo dźwigałam na plecach całe nasze wspólne życie. Sprzątałam twój bałagan, gotowałam twoje obiady i zapominałam o sobie, żebyś ty mógł robić karierę. Kiedy odszedłeś, ten ciężar nagle zniknął. Miałam w końcu czas, żeby pójść na siłownię, zadbać o cerę i przede wszystkim – żeby w końcu zacząć oddychać.

W tym momencie do Ewy podszedł mężczyzna w jej wieku. Przystojny, zadbany, położył jej dłoń na talii z taką czułością, jakiej ja nie okazałem jej od dekady.

– To jest mój narzeczony – powiedziała Ewa. – On kocha mnie za to, kim jestem, a nie za to, jak wyglądam w makijażu. Ale paradoksalnie, przy nim mam ochotę o siebie dbać.

Patrzyłem, jak odchodzą. Sandra zaczęła coś marudzić o nowej torebce, ale ja jej nie słuchałem. Zrozumiałem najgorszą prawdę: Ewa nie była „brzydka” przez wiek. Była zaniedbana przeze mnie. To moja obojętność i egoizm odebrały jej blask.

Zostałem z moją młodą kochanką, która kochała tylko moje pieniądze, patrząc na kobietę, którą straciłem na własne życzenie. Ewa nie odzyskała urody dzięki cudownej diecie. Odzyskała ją, bo w końcu pozbyła się największego balastu w swoim życiu. Tym balastem byłem ja.

Idź do oryginalnego materiału