Nie powiedziałem o tym żonie. Kupiłem bukiet jesiennych róż, schowałem do kieszeni bursztynowy wisiorek i wsiadłem do pierwszego autobusu. Wyobrażałem sobie, jak Elżbieta rzuca mi się na szyję.
Po czterdziestu jeden latach małżeństwa przez cały czas lubiłem robić jej niespodzianki.
Do sanatorium pojechałem głównie za namową Mariana, mojego najlepszego przyjaciela. Znaliśmy się od szkoły. Był świadkiem na naszym ślubie, ojcem chrzestnym córki i pierwszą osobą, do której dzwoniłem w trudnych chwilach.
— Musisz wreszcie zadbać o siebie — przekonywał. — Ela przeżyje bez ciebie trzy tygodnie.
Sam zawiózł mnie na miejsce. Pomógł wnieść walizkę, a przed odjazdem obiecał, iż zajrzy czasem do Elżbiety i sprawdzi, czy niczego nie potrzebuje.
Byłem mu za to wdzięczny.
Kiedy otworzyłem drzwi mieszkania, od razu zauważyłem na wieszaku męską kurtkę. Rozpoznałem ją, bo rok wcześniej pomagałem Marianowi ją wybierać.
Pomyślałem, iż przyszedł naprawić cieknący kran. Z kuchni zabrałem dwa kieliszki. Chciałem wejść do pokoju i zawołać, iż wróciłem.
Wtedy usłyszałem jego głos dobiegający z sypialni.
— Zostały nam jeszcze dwa dni. Potem wróci i znowu będziemy musieli udawać.
Zatrzymałem się na korytarzu. Kwiaty wysunęły mi się z dłoni i upadły na podłogę. Jeden z kieliszków pękł.
W mieszkaniu zapadła cisza.
Po chwili drzwi sypialni otworzyły się. Stanął w nich Marian. Miał rozpiętą koszulę i był boso.
Za nim zobaczyłem Elżbietę siedzącą na brzegu naszego łóżka. Na sobie miała szlafrok, który podarowałem jej na ostatnie święta.
— Tadeusz… Miałeś wrócić w piątek — wyszeptała.
Nie wiem, jak znalazłem w sobie siłę, żeby wejść do środka. Na stoliku stały dwa kieliszki i butelka wina. Pościel była zmięta. Obok leżała otwarta koperta z potwierdzeniem przelewu.
— Jak długo? — zapytałem.
Elżbieta rozpłakała się. Marian próbował do mnie podejść, ale kazałem mu się nie ruszać.
— Jak długo przychodzisz do mojego domu, kiedy mnie nie ma?
Żona zakryła twarz dłońmi.
— Dwa lata.
Poczułem, jakby ktoś wyrwał ze mnie wszystkie wspólne wspomnienia. Rodzinne święta, imieniny, wyjazdy na działkę. Marian siedział przy naszym stole, pił ze mną wódkę i pytał o zdrowie. Potem czekał, aż wyjdę z domu.
— To ty namówiłeś mnie na sanatorium — powiedziałem.
Nie zaprzeczył.
Elżbieta zaczęła tłumaczyć, iż od dawna czuła się samotna. Twierdziła, iż po przejściu na emeryturę zamknąłem się w sobie, przestałem z nią rozmawiać i całymi dniami oglądałem telewizję.
— Marian mnie słuchał — powiedziała. — Przy nim znów czułam się potrzebna.
— A przy mnie czułaś się na tyle niepotrzebna, żeby zdradzać mnie w naszym łóżku?
Nie odpowiedziała.
Wtedy spojrzałem na dokument leżący na stoliku. Było to potwierdzenie przelewu trzydziestu sześciu tysięcy złotych z naszego wspólnego konta. Pieniądze trafiły do biura nieruchomości.
Okazało się, iż Elżbieta i Marian wpłacili zaliczkę za małe mieszkanie nad morzem. Planowali, iż po moim powrocie żona zażąda rozwodu. Liczyli, iż przez kilka tygodni niczego nie zauważę.
Te pieniądze odkładaliśmy na remont łazienki i leczenie moich oczu.
— Chcieliśmy zacząć od nowa — wyjaśnił Marian. — W naszym wieku nie zostało już wiele czasu.
— Dlatego postanowiliście ukraść mój?
Marian spuścił głowę. Powiedziałem mu, żeby się ubrał i wyszedł. Zabrał kurtkę, ale nie miał odwagi na mnie spojrzeć.
Elżbieta została w sypialni. Błagała, żebym nie podejmował decyzji w emocjach. Zapewniała, iż zwróci pieniądze i zakończy znajomość z Marianem.
— To był błąd — powtarzała.
— Błąd trwa chwilę. Wy przez dwa lata planowaliście każde kłamstwo.
Tej nocy nie spałem. Siedziałem w kuchni obok walizki, której choćby nie zdążyłem rozpakować. Nad ranem Elżbieta przyszła i położyła na stole nasze obrączki.
— jeżeli każesz mi odejść, odejdę — powiedziała.
Spojrzałem na kobietę, z którą przeżyłem większość życia. przez cały czas ją kochałem, ale nie potrafiłem już uwierzyć w żadne jej słowo.
— Nie muszę cię wyrzucać — odpowiedziałem. — Już dawno odeszłaś. Tylko zapomniałaś mi o tym powiedzieć.
Następnego dnia poszedłem do banku i prawnika. Udało się zablokować kolejne wypłaty, ale odzyskanie zaliczki miało potrwać. Elżbieta wyprowadziła się do siostry. Marian przestał odbierać moje telefony, choć adekwatnie nie wiem, po co do niego dzwoniłem. Być może chciałem usłyszeć jedno zdanie, które wyjaśniłoby tyle lat zdrady.
Takiego zdania nie było.
Bursztynowy wisiorek do dziś leży w kieszeni sanatoryjnej walizki. Nie potrafię go wyjąć ani wyrzucić.
Do sanatorium pojechałem, żeby wzmocnić serce. Wróciłem wcześniej i zastałem je rozbite we własnej sypialni.







