Nie wydarzyło się nic wielkiego. Żadnego wypadku, żadnej diagnozy rzuconej jak wyrok. Po prostu stałem, trzymając w ręku receptę na leki „na ciśnienie”, i patrzyłem na ludzi przede mną.
Starsza kobieta kłóciła się z farmaceutką o tańszy zamiennik. Mężczyzna w moim wieku trzymał za rękę dziewczynkę, która śmiała się, bo miała na nosie okulary przeciwsłoneczne za duże o dwie głowy. Ktoś za mną rozmawiał przez telefon: „Tata już wraca, nie martw się”. I nagle, jakby ktoś zgasił we mnie lampę, zobaczyłem swoje życie w jednym, twardym zdaniu:
Ja nie mam do kogo wracać.
Wyszedłem z apteki, niosąc reklamówkę, która ważyła więcej niż powinna, i poczułem, iż nie mam siły oddychać. Nie z powodu serca. Z powodu wstydu.
W domu było cicho. Zbyt cicho. Cisza w moim mieszkaniu miała swoje stałe miejsca: na krześle przy stole, na kanapie, w łazience. Była uporządkowana jak ja. Lubiłem porządek. Zawsze lubiłem. Porządek był moim argumentem, moją wymówką, moim sposobem na to, by nie czuć.
Odłożyłem leki na półkę i usiadłem w kuchni. Zobaczyłem, iż z kosza na śmieci wystaje stary kalendarz, ten z zeszłego roku. Na kartkach miałem zaznaczone rzeczy, które uważałem za ważne: terminy przeglądów, rachunki, spotkania w pracy, delegacje. Zadziwiająco mało było tam ludzi.
Kiedyś myślałem, iż tak właśnie wygląda odpowiedzialność. Że życie to lista zadań. Że człowiek jest wart tyle, ile zrobił, ile odłożył, ile wypracował.
A dziś, mając sześćdziesiąt pięć lat, zrozumiałem, iż to była tylko ładnie ubrana ucieczka.
Wstałem i otworzyłem szafę w przedpokoju. Wysunąłem z góry pudełko z dokumentami, starymi zdjęciami i tymi rzeczami, które trzyma się „bo kiedyś się przydadzą”. Zawsze byłem człowiekiem od „kiedyś”.
Zdjęcia były czarno-białe, pożółkłe na brzegach. Na jednym byłem młody, w garniturze, z ręką na ramieniu kobiety, której imienia dziś nie umiałem wypowiedzieć bez uczucia mdłości.
Ewa.
Powiedziała mi kiedyś, iż chce rodziny. Że chce domu, w którym ktoś czeka. Że marzy o dzieciach, choćby jeżeli to brzmi staromodnie. A ja — ja wtedy się uśmiechnąłem i powiedziałem, iż „jeszcze zdążymy”. Że najpierw trzeba się ustabilizować, kupić mieszkanie, awansować, nie popełnić błędu.
Pamiętam jej spojrzenie. Nie było w nim gniewu. Było coś gorszego: ciche rozczarowanie.
Odeszła po roku. A ja wmówiłem sobie, iż „tak miało być”. Że „nie była dla mnie”. Że kobiety „nie rozumieją”, jak działa świat.
Prawda była prostsza. I brzydsza.
Bałem się.
Bałem się odpowiedzialności, która nie da się przeliczyć na pieniądze. Bałem się tego, iż dziecko będzie potrzebować mnie choćby wtedy, gdy będę zmęczony. Bałem się, iż ktoś zobaczy, iż nie jestem tak poukładany, jak udaję. Bałem się, iż nie będę wystarczający.
Więc wybrałem życie, w którym nikt ode mnie niczego nie wymagał poza tym, co sam sobie wpisałem w kalendarz.
Kiedy moi znajomi zaczęli mieć dzieci, mówiłem: „Nie chcę się wiązać”. Kiedy brali śluby, mówiłem: „Po co papierek?”. Kiedy opowiadali o nocach bez snu, o strachu o zdrowie, o kosztach, powtarzałem jak mantrę: „Lepiej mieć spokój”.
I miałem spokój.
Tylko iż dziś zrozumiałem, iż spokój to nie jest szczęście. Spokój to czasem tylko cisza po tym, jak wyrzucisz z życia wszystko, co mogłoby cię naprawdę poruszyć.
W pudełku znalazłem też kopertę, której dawno nie otwierałem. W środku był list. Krótki, napisany ręką, którą poznałbym wszędzie. Ewa. Pisała go, gdy już odchodziła.
Nie cytuję go w całości, bo wstyd mi choćby przed samym sobą. Ale jedno zdanie wryło mi się w pamięć: „Nie odchodzę, bo cię nie kocham. Odchodzę, bo ty nie umiesz żyć.”
Wtedy uznałem to za dramatyzowanie. Dziś to zdanie brzmi jak diagnoza.
Usiadłem z powrotem przy stole. Patrzyłem na swoje dłonie. Na palce, które budowały karierę, podpisywały umowy, liczyły pieniądze. Nie głaskały dziecięcych włosów. Nie trzymały nikogo, kto płacze. Nie były dla nikogo domem.
I wtedy przyszła druga myśl, jeszcze bardziej brutalna:
Nie mam choćby dzieci.
Kiedy człowiek ma dzieci, może przynajmniej powiedzieć sobie, iż coś po nim zostanie — cokolwiek by o tym myśleć. A ja? Po mnie zostanie mieszkanie, kilka mebli, książki, może jakieś oszczędności. Rzeczy, które ktoś wyrzuci albo sprzeda. I cisza, która wypełni pokój natychmiast, jakby mnie nigdy nie było.
Zadzwonił telefon. Prawie podskoczyłem, bo dźwięk był obcy w mojej kuchni. Numer nieznany.
— Halo?
— Dzień dobry, tu administracja… — coś o odczycie liczników, o terminach.
Zwykła rozmowa. A jednak po jej zakończeniu poczułem, iż robi mi się słabo. Bo to była jedyna rozmowa tego dnia. Jedyny głos w moim domu.
Wstałem i podszedłem do lustra w przedpokoju. Patrzyłem na siebie długo. Na siwe włosy, na twarz, która jeszcze nie była stara, ale już nie była młoda. Na oczy, w których zobaczyłem własną obcość.
— Jak bezsensownie żyłeś — powiedziałem na głos. — Jak bezsensownie.
To zabrzmiało jak wyrok. Jak spóźnione wyznanie.
Ale potem przyszło coś jeszcze. Może pierwszy raz od dawna — coś, co było podobne do odwagi.
Bo skoro dzisiaj zrozumiałem, iż to wszystko było puste, to znaczy, iż jeszcze potrafię rozumieć. A skoro potrafię się wstydzić, to znaczy, iż jeszcze nie jestem całkiem martwy w środku.
Usiadłem przy stole i wziąłem kartkę papieru. Napisałem na górze jedno słowo: „Przepraszam”.
Nie wiedziałem jeszcze, do kogo. Do Ewy, jeżeli jeszcze żyje. Do siebie sprzed trzydziestu lat. Do ludzi, których odepchnąłem, bo byli zbyt prawdziwi. Może do losu.
Wstyd mnie palił, ale nie odłożyłem długopisu.
Bo najgorsze, co mogłem zrobić, to spędzić resztę życia tak samo, jak spędziłem poprzednie: w ciszy, w uporządkowanym mieszkaniu, w przekonaniu, iż „już za późno”.
Nie wiem, ile mi zostało. Ale wiem jedno: dzisiaj po raz pierwszy poczułem, iż jeszcze mogę żyć inaczej.
I to było przerażające.
I piękne.












