Taki, którego nie odbiera się spokojnie, choćby jeżeli na ekranie świeci „Syn”.
Odebrałam od razu, bo matki zawsze odbierają od razu.
Syn powiedział: „Mamo, muszę cię prosić o pomoc. To pilne. Chodzi o małego”.
Ja zapytałam: „Co się stało?”.
Syn zaczął mówić szybko, jakby bał się, iż jeżeli zwolni, to ja zdążę pomyśleć: „Nie”.
Syn powiedział: „Leczenie. Badania. Prywatnie, bo terminy są straszne. Mamo, ja nie mam już skąd wziąć. A to jest dziecko. Oddam ci wszystko, przysięgam. Tylko teraz. Natychmiast”.
Ja wyszeptałam: „Ale ile potrzeba? Co mu jest?”.
Syn odpowiedział: „Nie pytaj teraz o szczegóły. Ja nie mam głowy. Tylko proszę. Bo inaczej… ja nie wiem”.
Słowo „inaczej” zostawił w powietrzu jak czarną plamę. Wnuk. Dziecko. Strach. To wystarczyło, żeby mi zmiękły kolana.
Powiedziałam: „Przyjedź. Dam ci, co mam”.
Przyjechał po godzinie. Stał w progu, nie chciał wejść głębiej. Patrzył na telefon, jakby ktoś go gonił.
Wyjęłam kopertę. Wzięłam z banku wszystko. Wszystkie oszczędności z lat, kiedy odmawiałam sobie nowych butów i mówiłam „kiedyś się przyda”.
Powiedziałam: „Synku… tu jest całe moje zabezpieczenie. Wiesz, ile to jest?”.
Syn mruknął: „Wiem. Oddam. Mamo, szybko, naprawdę”.
Złapałam go za rękaw.
Zapytałam: „A mały? Jak on się czuje? Co dokładnie mu jest?”.
Syn westchnął i odsunął wzrok.
Syn powiedział: „Nie teraz. Odezwę się. Jest ciężko”.
Pocałował mnie w policzek, zimno, jak z obowiązku, i wyszedł.
Drzwi się zamknęły, a ja została w przedpokoju z wrażeniem, iż oddałam nie tylko pieniądze, ale też prawo do pytań.
Przez kolejne dni pisałam.
Ja napisałam: „Jak wyniki? Co powiedzieli lekarze?”.
Cisza.
Dzwoniłam.
Ja mówiłam do słuchawki: „Odbierz, proszę, ja się martwię”.
Nie odbierał. A jeżeli odbierał, mówił tylko jedno.
Syn powiedział: „Nie mogę teraz. Później”.
Później nie przychodziło.
Po tygodniu zadzwoniłam do synowej.
Ja zapytałam: „Jak mały? Syn mówił, iż leczenie, badania…”.
Synowa zamilkła na sekundę za długo.
Synowa powiedziała: „Aaa… już lepiej”.
Ja powtórzyłam: „Już lepiej? A co mu było?”.
Synowa odpowiedziała wymijająco: „Wiesz, dzieci czasem chorują”.
I wtedy poczułam, iż coś się nie zgadza. Bo w jej głosie nie było szpitala. Nie było paniki. Nie było „czarnej godziny”.
Następnego dnia zobaczyłam zdjęcie w internecie. Nie szukałam go. Wyskoczyło mi w miejskiej grupie.
Mój syn stał przy błyszczącym, drogim aucie, z kluczykami w ręku i uśmiechem, jakiego nie słyszałam od miesięcy.
Podpis brzmiał: „Spełnione marzenie. W końcu coś dla siebie”.
Usiadłam. Nogi przestały mnie słuchać.
Zadzwoniłam do niego. Odebrał od razu, jakby czekał.
Syn powiedział: „Mamo?”.
Ja powiedziałam: „Widziałam zdjęcie. Z samochodem”.
Po drugiej stronie była cisza. Krótka, ale wystarczająco długa, żeby zabolało.
Syn powiedział: „No tak. Tak wyszło”.
Ja zapytałam: „Tak wyszło? A leczenie wnuka? Badania? Powiedziałeś, iż to pilne i iż chodzi o dziecko”.
Syn odpowiedział ostrzej: „Nie zaczynaj. Ty nie rozumiesz. To skomplikowane”.
Ja powiedziałam: „Ja rozumiem biedę. Rozumiem strach. Ale nie rozumiem kłamstwa. Wziąłeś ode mnie wszystko”.
Syn prychnął: „Przesadzasz. Nie wszystko”.
Ja poczułam, jak pęka mi coś w środku.
Powiedziałam: „Wszystko. Moje leki, mój dentysta, moje bezpieczeństwo. To miało być na czarną godzinę. A ty nazwałeś auto leczeniem wnuka”.
Syn powiedział: „To była inwestycja. Auto jest potrzebne. Do pracy. Do rodziny. Zwrócę, jak będę mógł”.
Ja zapytałam: „Kiedy? I powiedz mi jedno. Wnuk był choć raz na tych prywatnych badaniach?”.
Syn zamilkł.
To była odpowiedź.
Ja powiedziałam: „Najgorsze nie są pieniądze. Najgorsze jest to, iż nie widuję wnuka. Wziąłeś oszczędności i zniknąłeś. Jakbyś zabrał mi i pieniądze, i miłość”.
Syn odburknął: „Nie mam czasu w takie rozmowy”.
I się rozłączył.
Następnego dnia poszłam pod ich blok. Stałam przy furtce jak ktoś obcy. Na parkingu stało to auto. Błyszczące. Dumne. Jak pomnik zrobiony z moich wyrzeczeń.
Zadzwoniłam domofonem.
Nie odebrali.
Zadzwoniłam drugi raz. Odebrała synowa.
Synowa powiedziała: „Co ty robisz?”.
Ja powiedziałam: „Chcę zobaczyć wnuka. Tylko chwilę”.
Synowa odpowiedziała: „Nie teraz. My mamy swoje życie”.
I rozłączyła się.
Wróciłam do domu i wtedy zrozumiałam coś strasznego: iż mój syn nauczył się, iż na słowo „wnuk” ja oddam wszystko. I iż on to wykorzystał.
Wieczorem usiadłam przy stole i w zeszycie zapisałam datę, kwotę i jedno zdanie: „Na leczenie wnuka”.
Potem napisałam do syna wiadomość. Nie miękką. Prawdziwą.
Ja napisałam: „Oddaj pieniądze w ratach. Ustalmy termin pierwszej wpłaty do końca miesiąca. jeżeli nie, pójdę po pomoc prawną. I jeszcze jedno. Wnuk nie jest twoją wymówką. Jest moją rodziną. Chcę go widzieć”.
Odpisał po godzinie.
Syn napisał: „Ty chcesz robić wstyd?”.
Patrzyłam na ekran długo. I wtedy poczułam, iż jeżeli teraz odpuszczę, stracę jeszcze więcej niż oszczędności.
Stracę siebie.
A ja już nie mam nic do oddania, poza godnością.
I wnukiem, o którego nie przestanę walczyć.
