Z życia wzięte. "Syn wziął ode mnie wszystkie oszczędności na leczenie wnuka": Pieniądze poszły na auto, a wnuka choćby nie widuję

zycie.news 1 dzień temu
Zdjęcie: starsza Pani @pexels


Taki, którego nie odbiera się spokojnie, choćby jeżeli na ekranie świeci „Syn”.

Odebrałam od razu, bo matki zawsze odbierają od razu.

Syn powiedział: „Mamo, muszę cię prosić o pomoc. To pilne. Chodzi o małego”.

Ja zapytałam: „Co się stało?”.

Syn zaczął mówić szybko, jakby bał się, iż jeżeli zwolni, to ja zdążę pomyśleć: „Nie”.

Syn powiedział: „Leczenie. Badania. Prywatnie, bo terminy są straszne. Mamo, ja nie mam już skąd wziąć. A to jest dziecko. Oddam ci wszystko, przysięgam. Tylko teraz. Natychmiast”.

Ja wyszeptałam: „Ale ile potrzeba? Co mu jest?”.

Syn odpowiedział: „Nie pytaj teraz o szczegóły. Ja nie mam głowy. Tylko proszę. Bo inaczej… ja nie wiem”.

Słowo „inaczej” zostawił w powietrzu jak czarną plamę. Wnuk. Dziecko. Strach. To wystarczyło, żeby mi zmiękły kolana.

Powiedziałam: „Przyjedź. Dam ci, co mam”.

Przyjechał po godzinie. Stał w progu, nie chciał wejść głębiej. Patrzył na telefon, jakby ktoś go gonił.

Wyjęłam kopertę. Wzięłam z banku wszystko. Wszystkie oszczędności z lat, kiedy odmawiałam sobie nowych butów i mówiłam „kiedyś się przyda”.

Powiedziałam: „Synku… tu jest całe moje zabezpieczenie. Wiesz, ile to jest?”.

Syn mruknął: „Wiem. Oddam. Mamo, szybko, naprawdę”.

Złapałam go za rękaw.

Zapytałam: „A mały? Jak on się czuje? Co dokładnie mu jest?”.

Syn westchnął i odsunął wzrok.

Syn powiedział: „Nie teraz. Odezwę się. Jest ciężko”.

Pocałował mnie w policzek, zimno, jak z obowiązku, i wyszedł.

Drzwi się zamknęły, a ja została w przedpokoju z wrażeniem, iż oddałam nie tylko pieniądze, ale też prawo do pytań.

Przez kolejne dni pisałam.

Ja napisałam: „Jak wyniki? Co powiedzieli lekarze?”.

Cisza.

Dzwoniłam.

Ja mówiłam do słuchawki: „Odbierz, proszę, ja się martwię”.

Nie odbierał. A jeżeli odbierał, mówił tylko jedno.

Syn powiedział: „Nie mogę teraz. Później”.

Później nie przychodziło.

Po tygodniu zadzwoniłam do synowej.

Ja zapytałam: „Jak mały? Syn mówił, iż leczenie, badania…”.

Synowa zamilkła na sekundę za długo.

Synowa powiedziała: „Aaa… już lepiej”.

Ja powtórzyłam: „Już lepiej? A co mu było?”.

Synowa odpowiedziała wymijająco: „Wiesz, dzieci czasem chorują”.

I wtedy poczułam, iż coś się nie zgadza. Bo w jej głosie nie było szpitala. Nie było paniki. Nie było „czarnej godziny”.

Następnego dnia zobaczyłam zdjęcie w internecie. Nie szukałam go. Wyskoczyło mi w miejskiej grupie.

Mój syn stał przy błyszczącym, drogim aucie, z kluczykami w ręku i uśmiechem, jakiego nie słyszałam od miesięcy.

Podpis brzmiał: „Spełnione marzenie. W końcu coś dla siebie”.

Usiadłam. Nogi przestały mnie słuchać.

Zadzwoniłam do niego. Odebrał od razu, jakby czekał.

Syn powiedział: „Mamo?”.

Ja powiedziałam: „Widziałam zdjęcie. Z samochodem”.

Po drugiej stronie była cisza. Krótka, ale wystarczająco długa, żeby zabolało.

Syn powiedział: „No tak. Tak wyszło”.

Ja zapytałam: „Tak wyszło? A leczenie wnuka? Badania? Powiedziałeś, iż to pilne i iż chodzi o dziecko”.

Syn odpowiedział ostrzej: „Nie zaczynaj. Ty nie rozumiesz. To skomplikowane”.

Ja powiedziałam: „Ja rozumiem biedę. Rozumiem strach. Ale nie rozumiem kłamstwa. Wziąłeś ode mnie wszystko”.

Syn prychnął: „Przesadzasz. Nie wszystko”.

Ja poczułam, jak pęka mi coś w środku.

Powiedziałam: „Wszystko. Moje leki, mój dentysta, moje bezpieczeństwo. To miało być na czarną godzinę. A ty nazwałeś auto leczeniem wnuka”.

Syn powiedział: „To była inwestycja. Auto jest potrzebne. Do pracy. Do rodziny. Zwrócę, jak będę mógł”.

Ja zapytałam: „Kiedy? I powiedz mi jedno. Wnuk był choć raz na tych prywatnych badaniach?”.

Syn zamilkł.

To była odpowiedź.

Ja powiedziałam: „Najgorsze nie są pieniądze. Najgorsze jest to, iż nie widuję wnuka. Wziąłeś oszczędności i zniknąłeś. Jakbyś zabrał mi i pieniądze, i miłość”.

Syn odburknął: „Nie mam czasu w takie rozmowy”.

I się rozłączył.

Następnego dnia poszłam pod ich blok. Stałam przy furtce jak ktoś obcy. Na parkingu stało to auto. Błyszczące. Dumne. Jak pomnik zrobiony z moich wyrzeczeń.

Zadzwoniłam domofonem.

Nie odebrali.

Zadzwoniłam drugi raz. Odebrała synowa.

Synowa powiedziała: „Co ty robisz?”.

Ja powiedziałam: „Chcę zobaczyć wnuka. Tylko chwilę”.

Synowa odpowiedziała: „Nie teraz. My mamy swoje życie”.

I rozłączyła się.

Wróciłam do domu i wtedy zrozumiałam coś strasznego: iż mój syn nauczył się, iż na słowo „wnuk” ja oddam wszystko. I iż on to wykorzystał.

Wieczorem usiadłam przy stole i w zeszycie zapisałam datę, kwotę i jedno zdanie: „Na leczenie wnuka”.

Potem napisałam do syna wiadomość. Nie miękką. Prawdziwą.

Ja napisałam: „Oddaj pieniądze w ratach. Ustalmy termin pierwszej wpłaty do końca miesiąca. jeżeli nie, pójdę po pomoc prawną. I jeszcze jedno. Wnuk nie jest twoją wymówką. Jest moją rodziną. Chcę go widzieć”.

Odpisał po godzinie.

Syn napisał: „Ty chcesz robić wstyd?”.

Patrzyłam na ekran długo. I wtedy poczułam, iż jeżeli teraz odpuszczę, stracę jeszcze więcej niż oszczędności.

Stracę siebie.

A ja już nie mam nic do oddania, poza godnością.

I wnukiem, o którego nie przestanę walczyć.

Idź do oryginalnego materiału