A adekwatnie… los sam mi to podsunął, jakby chciał powiedzieć: patrz uważnie, bo ktoś ci tu robi z oczu żarty.
Synowa stała w przedpokoju już w płaszczu, wymalowana, z włosami ułożonymi lepiej niż zwykle. Dzieci kręciły się pod nogami, jedno z jękiem ciągnęło ją za rękaw, drugie płakało, bo nie mogło znaleźć misia.
— No, mamusiu, ja lecę do pracy — rzuciła szybko. Zbyt szybko. Bez cienia wahania. — Opiekunka będzie za pięć minut. Jakby co, ma numer.
„Do pracy”. W sobotę. W pełnym makijażu. Z perfumami, które zawsze zostawia na „ważne okazje”.
Zgrzytnęło mi coś w środku.
— Do pracy…? W sobotę? — zapytałam, mrużąc oczy.
Uśmiechnęła się tym swoim uśmiechem, co to nie dociera do oczu.
— Nadgodziny. Taki czas.
I wyszła.
Zostałam z wnukami, opiekunką i tą ciszą, która robi się w domu, kiedy ktoś właśnie skłamał, a ty jeszcze udajesz, iż nie słyszysz, jak prawda puka w ściany.
Opiekunka przyszła punktualnie. Młoda dziewczyna, miła, grzeczna, wesoła.
— Pani synowa mówiła, iż dziś do późna…? — rzuciła, jakby się upewniała.
— Do pracy — powtórzyłam twardo, choć czułam, jak rośnie we mnie niepokój.
Dziewczyna skinęła głową, ale miałam wrażenie, iż coś przemknęło jej po twarzy. Jakby chciała powiedzieć: niech pani nie pyta, bo ja nie chcę kłopotów.
I wtedy… zadzwonił telefon.
Jej telefon.
Zostawiła go w przedpokoju, na komodzie. Ekran rozświetlił się, a ja zobaczyłam wiadomość jak policzek:
„Salon urody – potwierdzenie wizyty 11:30”
Stałam chwilę bez ruchu.
Poczułam, jak wzbiera we mnie coś gorącego, ostrego, prawie upokarzającego.
Czyli tak.
Mówi „praca”, a dzieci zostawia opiekunce, a sama idzie… do kosmetyczki.
I nie chodziło mi o to, iż kobieta chce zadbać o siebie. Niech idzie, niech ma swoje dwie godziny, choćby trzy. Ale niech ma odwagę powiedzieć prawdę.
A ona kłamie. I to tak gładko, tak pewnie, jakby kłamstwo było jej drugą skórą.
Wtedy we mnie coś pękło.
Bo ja nagle zobaczyłam nie tylko tę sytuację. Zobaczyłam całą układankę: zawsze „nie ma czasu”, zawsze „praca”, zawsze „zmęczenie”, a dzieci jakoś… zawsze spadają na kogoś innego. Na opiekunkę, na babcię, na przypadek.
I mój syn — mój własny syn — choćby nie pyta.
O 11:27 wzięłam płaszcz.
Nie, nie dlatego, iż chciałam urządzać sceny. Ja chciałam mieć pewność. Bo jeżeli człowiek raz poczuje, iż jest okłamywany, to już nie umie tego odpuścić.
Trzy ulice dalej był salon. Szyby jak lustra, złote litery, ciepłe światło. Zatrzymałam się naprzeciwko.
I zobaczyłam ją.
Wyszła spokojnym krokiem, odmieniona, rozluźniona, jakby ktoś z niej zdjął cały ciężar. Uśmiechnięta. Wyluzowana.
Nie “po pracy”. Po przyjemności.
A we mnie buzowało.
Wracałam do domu z taką wściekłością, iż aż trzęsły mi się dłonie. I powiem wprost: byłam oburzona nie jak “teściowa stereotypowa”. Byłam oburzona jak kobieta, która widzi, jak dzieci są oszukiwane, a synowi robi się wodę z mózgu.
Syn wrócił po południu.
— Ona w pracy? — zapytał, jakby pytał o pogodę.
A mnie aż zatkało.
— Tak twierdzi — odpowiedziałam krótko.
Spojrzał na mnie, jakby chciał dopytać, ale się wycofał. Jak zawsze. Bo łatwiej udawać spokój niż dotknąć prawdy.
Synowa wróciła później, z miną męczennicy.
— Boże, jaki dzień… masakra, telefony, szef… — zaczęła od progu.
I wtedy już nie wytrzymałam.
Nie dlatego, iż „teściowa się czepia”.
Tylko dlatego, iż kłamstwo w moim domu — przy moich wnukach — było dla mnie granicą.
— Przestań — powiedziałam twardo.
Zamarła.
— Słucham?
— Przestań opowiadać o pracy, bo widziałam cię w salonie. O 11:30. I mam dość robienia z ludzi głupków.
Zapadła cisza tak ostra, iż aż bolały uszy.
Syn spojrzał na nią.
— Co ona mówi? — zapytał cicho.
Synowa najpierw pobladła, potem nagle się zagotowała.
— No i co?! — wybuchła. — Byłam u kosmetyczki! I co z tego?!
Wtedy ja już nie byłam “spokojna babcia”.
Wtedy wyszło ze mnie to, co mi siedziało w środku jak żar:
— To, iż kłamiesz! — powiedziałam głośno. — To, iż patrzysz dzieciom w oczy i mówisz “mama jedzie do pracy”, a mama idzie się robić na bóstwo! To, iż zostawiasz wszystko na innych i jeszcze budujesz wokół tego bajkę!
Synowa prychnęła.
— Pani przesadza. Pani zawsze przesadza.
— Nie, ja w końcu mówię, co widzę — odpowiedziałam lodowato. — Bo jak dzisiaj to “kosmetyczka”, to jutro co? “Praca”, a tak naprawdę drinki? “Praca”, a tak naprawdę facet? Ja nie wiem. I właśnie to jest najgorsze: iż przez kłamstwo człowiek przestaje wierzyć w cokolwiek.
Syn wstał. Widać było, iż walczy w sobie: czy ją bronić z automatu, czy wreszcie zobaczyć, co się dzieje.
— Czemu mi nie powiedziałaś? — zapytał.
Synowa miała łzy w oczach, ale w jej głosie było więcej złości niż wstydu.
— Bo ty byś robił problem. Bo ty byś gadał, iż wydatki, iż dzieci, że… iż ja nie mam prawa!
A ja wtedy powiedziałam coś, co było jak wyrok, ale też jak prawda:
— Każdy ma prawo do odpoczynku. Ale nikt nie ma prawa robić z rodziny systemu, w którym prawda jest opcjonalna.
W kuchni było tak cicho, iż słychać było dzieci w pokoju.
I nagle zrobiło mi się strasznie żal… nie jej. Wnuków.
Bo one dorosną w domu, gdzie mama mówi jedno, robi drugie, a dorośli patrzą na to i udają, iż “nic się nie stało”.
A ja już nie chciałam udawać.
— Powiem wam jedno — dodałam, już spokojniej, ale twardo. — Albo zaczniecie rozmawiać uczciwie, albo kłamstwo wam to małżeństwo przeżre od środka. I wtedy nie będzie płaczu o kosmetyczkę. Tylko o to, iż już nikt nikomu nie wierzy.








