Z życia wzięte. "Po pogrzebie mamy brat się zmienił": Kiedy przyszło do spadku, zaczęło się piekło

zycie.news 2 godzin temu

Była tylko jej dłoń w mojej dłoni i ten jeden moment, kiedy oddech stał się płytszy, a potem… zniknął. Pamiętam, iż patrzyłam na jej twarz i próbowałam ją zapamiętać na zawsze, jakby samo zapamiętanie mogło zatrzymać czas.

Przez pierwsze dni po pogrzebie mój brat był inny. Cichy. Uprzejmy. Pomagał wynieść kwiaty, ogarnąć dokumenty, odebrać telefony od rodziny, która nagle przypomniała sobie, iż istnieje. choćby mnie przytulił — krótko, sztywno, ale jednak.

Pomyślałam wtedy: może to nas zbliży. Może żałoba zrobi to, czego nie zrobiły lata.

Myliłam się.

Prawdziwa twarz mojego brata wyszła na jaw dopiero wtedy, gdy w grę weszły pieniądze. A adekwatnie — gdy w grę weszła „sprawiedliwość”, którą on rozumiał inaczej niż ja.

W kancelarii notarialnej pachniało kawą i papierem. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie jak obcy ludzie, a nie rodzeństwo. Notariusz mówił spokojnie, rzeczowo, jakby czytał instrukcję obsługi.

— Spadek obejmuje mieszkanie, działkę rekreacyjną, oszczędności na koncie oraz ruchomości…

Brat choćby nie drgnął. Ja miałam ściśnięte gardło, bo w mojej głowie wciąż była mama. Jej fartuch, jej śmiech, jej zapach. A tutaj, w tym pokoju, mama stała się listą.

— Zgodnie z testamentem — ciągnął notariusz — spadkobiercami są państwo po równo.

„Po równo” zabrzmiało jak coś bezpiecznego. Sprawiedliwego. Złapałam na chwilę oddech.

Brat uśmiechnął się wtedy. Krótko. Dziwnie.

— To tylko początek — powiedział cicho, bardziej do mnie niż do notariusza.

— Co masz na myśli? — zapytałam.

Wzruszył ramionami.

— Nic. Jeszcze pogadamy.

„Jeszcze pogadamy” usłyszałam później wiele razy. Za każdym razem w innym tonie. Za każdym razem z większym chłodem.

Pierwszy cios przyszedł tydzień później, kiedy zadzwonił do mnie wieczorem.

— Mieszkanie biorę ja — oznajmił. Bez wstępu, bez rozmowy. — Ty dostaniesz działkę.

— Słucham? — nie zrozumiałam.

— Ja mam rodzinę — powiedział, jakby to zamykało temat. — Ty jesteś sama. Tobie działka wystarczy.

W pierwszej chwili myślałam, iż to żart. Że zaraz się roześmieje i powie: „no dobra, negocjujmy”. Ale on mówił serio. Tak serio, iż poczułam, jak ściska mi się żołądek.

— Po równo, pamiętasz? — odpowiedziałam.

— Po równo? — prychnął. — Ty chyba nie rozumiesz, jak działa życie. Ja się mam czym martwić. Ty nie.

— A kto był przy mamie, kiedy chorowała? — wyrwało mi się. — Kto jeździł z nią do lekarzy? Kto siedział z nią w nocy, kiedy bała się zasnąć?

Zapadła cisza. Potem usłyszałam jego zimny śmiech.

— No właśnie. Ty. Bo zawsze musiałaś być taka święta. Nikt cię o to nie prosił.

To zdanie uderzyło mnie jak policzek. Bo prosiła. Mama prosiła. Błagała czasem, żebym przyjechała, bo brat „nie mógł”. Bo „dzieci”. Bo „praca”. A ja przyjeżdżałam. Zawsze.

— Wiesz co — powiedział po chwili — ja mam z mamą pewne ustalenia.

Serce mi zamarło.

— Jakie ustalenia?

— Podpisała mi pełnomocnictwo — rzucił. — Jeszcze przed śmiercią. I powiem ci od razu: jeżeli będziesz robić problemy, to ja to załatwię po swojemu.

Wtedy zrozumiałam, iż to nie jest rozmowa rodzeństwa. To jest groźba.

Następnego dnia pojechałam do mieszkania mamy. Chciałam zabrać kilka rzeczy: albumy, jej biżuterię, drobnostki, które nie miały wartości pieniężnej, ale miały wartość serca. Otworzyłam drzwi kluczem, który wciąż miałam, i stanęłam jak wryta.

Zamki były wymienione.

Na wycieraczce leżała kartka, napisana jego charakterem pisma:
„Nie wchodź bez uzgodnienia. To teraz sprawy spadkowe.”

Poczułam, jak robi mi się słabo. To nie były rzeczy. To była moja matka. Moje wspomnienia. I ktoś właśnie powiedział mi, iż nie mam do nich prawa.

Zadzwoniłam do niego natychmiast.

— Zmieniłeś zamki? — zapytałam, a głos mi drżał.

— Musiałem — odpowiedział spokojnie. — Zabezpieczenie. Żeby nic nie zginęło.

— „Żeby nic nie zginęło”? — powtórzyłam. — Ty właśnie kradniesz mi matkę.

Wtedy pierwszy raz krzyknął.

— Przestań robić ze mnie potwora! — wrzasnął. — Zawsze byłaś jej ulubienicą. Zawsze ty, ty, ty. Teraz moja kolej!

Zamilkłam. W tym zdaniu usłyszałam wszystko: lata zazdrości, które kisiły się pod powierzchnią, udawane uśmiechy, rodzinne święta, na których niby było normalnie, a jednak nie było.

— To nie jest „twoja kolej” — powiedziałam cicho. — To jest spadek. I pamięć. A ty ją deptasz.

Od tego momentu zrobiło się naprawdę źle.

Przestał odbierać telefony. Zaczął wysyłać wiadomości przez prawnika. Zrobił inwentaryzację rzeczy, jakby mama była magazynem. Rodzinie opowiadał, iż jestem chciwa, iż „chcę wszystko”. Ciotki zaczęły patrzeć na mnie inaczej. choćby kuzynka napisała: „Po co ci tyle, przecież on ma dzieci”.

A ja siedziałam wieczorami z listą rzeczy, które chciałam ocalić: zdjęcia, listy, notes mamy, w którym zapisywała przepisy i daty naszych urodzin. Bałam się, iż je wyrzuci albo sprzeda, bo dla niego liczyła się tylko wartość.

Pewnej soboty udało mi się wejść do mieszkania z notariuszem i ślusarzem, bo prawnik wywalczył mi prawo do zabezpieczenia mojej części rzeczy osobistych. Brat stał w progu, z rękami założonymi na piersi.

— Proszę bardzo — powiedział z udawaną uprzejmością. — Bierz, co chcesz. Tylko szybko.

Weszłam do środka i poczułam, iż nogi uginają mi się pod ciężarem zapachu mamy. To był jej dom. A jednocześnie już nie jej. Na stole leżały rozłożone papiery, jakby ktoś robił tu księgowość.

W sypialni znalazłam pustą szkatułkę po biżuterii. Pustą.

— Gdzie jest jej łańcuszek? — zapytałam.

Brat choćby nie mrugnął.

— Zabezpieczony.

— A albumy?

— Są u mnie.

— Jej listy?

— Nie wiem.

To „nie wiem” zabrzmiało jak wyrok na wszystko, co było delikatne i ważne.

Znalazłam w szufladzie mały zeszyt mamy. Otworzyłam go na pierwszej stronie. Drżącym pismem napisała:
„Nie kłóćcie się po mnie. Proszę. Nie róbcie z mojego życia wojny.”

Poczułam, jak łzy spływają mi po policzkach.

— Słyszysz? — wyszeptałam, pokazując mu zeszyt. — To jest jej ostatnia prośba.

Spojrzał, ale w jego oczach nie było miękkości. Była tylko zaciekłość.

— Zawsze grałaś na emocjach — syknął. — Daj spokój. Zmarła. Teraz są realne sprawy.

Realne sprawy. Tak nazwał naszą matkę.

Wyszłam z mieszkania z torbą kilku pamiątek, jak ktoś, kto uratował z pożaru parę zdjęć, a reszta domu już płonie. Na klatce schodowej oparłam się o ścianę i zrozumiałam coś strasznego: ja nie tylko straciłam mamę. Ja straciłam też brata.

Bo śmierć zabrała mi ją, ale chciwość zabrała mi jego — i zrobiła to szybciej, brutalniej, bez żadnego pożegnania.

A najgorsze było to, iż kiedy próbowałam przypomnieć sobie, kim był „kiedyś”, w głowie pojawiała mi się już tylko ta nowa twarz. Zimna. Obca. Zachłanna.

Twarz, która wyszła na jaw dopiero wtedy, gdy trzeba było wybrać między pamięcią a pieniędzmi.

Idź do oryginalnego materiału