Moje oszczędności życia miały być moją "polisą na spokój" – pieniędzmi na godną starość, na lekarstwa, na czarną godzinę. Ale kiedy mój jedyny syn, Tomek, zaczął budować dom, serce wzięło górę nad rozumem.
– Mamo, brakuje nam na wykończenie. Kuchnia, łazienki, ogrzewanie... Ceny tak podskoczyły, iż bank nie chce dać więcej kredytu. jeżeli nam nie pomożesz, zamieszkamy w surowym betonie – prosił, trzymając mnie za rękę w mojej ciasnej kawalerce.
Wyciągnęłam z konta wszystko. Dwadzieścia lat wyrzeczeń przelałam na jego konto w jednym dniu. Nie spisaliśmy umowy. Bo kto by spisywał umowy z własnym dzieckiem? „Oddasz, jak staniecie na nogi, Tomku” – powiedziałam tylko. On skinął głową, ucałował mnie w policzek i obiecał, iż ten dom będzie też moim domem.
Pół roku później usłyszałam diagnozę: nowotwór. Potrzebowałam prywatnej diagnostyki, drogich leków i opieki, na którą moja emerytura nie pozwalała. Początkowo nie chciałam martwić syna, ale kiedy koszty zaczęły mnie przerastać, zadzwoniłam do niego.
Pojechałam do nich. Dom lśnił – nowoczesna elewacja, marmurowe blaty, drogie oświetlenie. Czułam dumę, iż to ja to umożliwiłam, ale czułam też narastający lęk.
– Tomku, potrzebuję tych pieniędzy. Chociaż części – zaczęłam cicho przy kolacji. – Muszę zacząć leczenie, a wiesz, jakie są kolejki w szpitalach. Muszę to zrobić prywatnie, żeby mieć szansę.
Tomek odstawił kieliszek drogiego wina i spojrzał na swoją żonę, która natychmiast odwróciła wzrok. W jego oczach nie zobaczyłam troski. Zobaczyłam irytację.
– Mamo, o czym ty mówisz? Jakich pieniędzy? – zapytał głosem zimnym jak lód.
– No... tych oszczędności. Tych stu pięćdziesięciu tysięcy, które ci pożyczyłam na wykończenie. Przecież wiesz, iż to było wszystko, co miałam.
Wtedy usłyszałam słowa, które zabolały bardziej niż diagnoza lekarza:
– Mamo, bądźmy poważni. Przecież to miała być darowizna. Sama mówiłaś, iż chcesz pomóc wnukom. Teraz nagle chcesz nam zabrać stabilizację? Przecież my te pieniądze już włożyliśmy w mury, nie wyciągnę ich ze ścian! Naprawdę jesteś taka chciwa, żeby niszczyć nam życie przez jakieś stare ustalenia?
Zamarłam. Patrzyłam na luksusową kuchnię, w której każdy kafel został kupiony za moje leki. Każda lampa za moją spokojną starość.
– Ja choruję, Tomku. Ja potrzebuję tych pieniędzy na życie – wykrztusiłam przez łzy.
– Wszyscy na coś chorujemy, mamo. Nie wyolbrzymiaj – uciął, wstając od stołu. – Idź do lekarza na fundusz, jak wszyscy. I nie psuj nam wieczoru swoimi roszczeniami. Skoro dałaś, to dałaś. Nie bądź chciwa na starość.
Wyszłam stamtąd po cichu. Nie miałam siły krzyczeć. Wróciłam do swojej kawalerki, w której teraz brakowało mi choćby na opłacenie pełnego ogrzewania. Siedzę w fotelu, patrząc na telefon i czekając na cud. Ale cud nie nadchodzi. Mój syn mieszka w pałacu z moich marzeń, a ja powoli gasnę, wiedząc, iż najbardziej zabójczą chorobą w mojej rodzinie nie jest rak, ale brak serca.








