Z życia wzięte. Oburzona córka wpadła do domu: „Miałaś zająć się wnuczką!”. Nie wiedziała, co przeżyłam tego dnia

zycie.news 7 godzin temu

Odkąd Zosia ma dwa latka, a moja córka „tylko na chwilę” zaczęła ją podrzucać, mój dzień wygląda jak dyżur w pogotowiu. Rano jeszcze jakoś człowiek się trzyma: owsianka, bajka, klocki, przewijanie, pranie. Potem robi się południe, Zosia zaczyna marudzić, ja czuję, iż kręgosłup mam jak z ołowiu, ale i tak mówię sobie: to dziecko, to moja wnuczka, dam radę.

Tego dnia też miało być „normalnie”.

Córka przywiozła Zosię o siódmej trzydzieści. Wpadła jak burza, z kawą w ręku, w płaszczu, w szpilkach, z telefonem przy uchu.

— Mamo, dzisiaj masz ją do siedemnastej. Tylko proszę, ogarnij, bo ja mam ważne spotkanie — rzuciła szybko, jakby mówiła do opiekunki.

— Dobrze — odpowiedziałam. Jak zawsze. Bo jak raz powiem „nie”, to dostaję od niej spojrzenie, jakbym była najgorszą matką świata.

— I nie dawaj jej słodyczy, bo potem jest nie do zniesienia — dodała jeszcze, już zamykając drzwi.

Zosia choćby nie zdążyła pomachać. Stała w korytarzu z pluszowym króliczkiem, patrzyła na mnie i zapytała swoim cienkim głosikiem:

— Mama poszła?

— Poszła do pracy, kochanie — skłamałam delikatnie, bo „praca” w ustach mojej córki bywała słowem gumowym.

Pierwsze dwie godziny minęły spokojnie. Zosia bawiła się, ja sprzątałam po śniadaniu, próbowałam równocześnie rozwiesić pranie i zrobić zupę. Pomyślałam nawet, iż może przesadzam, iż nie jest tak źle.

A potem przyszło to, co zawsze przychodzi: zmęczenie.

Około południa zaczęło mnie łupać w skroniach. Nie tak zwyczajnie, tylko jakby ktoś mi wbił gwóźdź. Zosia akurat chciała „na rączki”, a ja, głupia, podniosłam ją w pośpiechu. Coś mi strzeliło w plecach, aż syknęłam.

— Babcia boli? — zapytała, marszcząc nosek.

— Nic, nic — uśmiechnęłam się. — Chodź, usiądziemy.

Usiadłam na chwilę. Tylko na chwilę. Ale ta „chwila” była jak drzwi, które się uchylają do całkiem innego świata.

Zosia zaczęła płakać, bo chciała sok. Wstałam, poszłam do kuchni, otworzyłam lodówkę i… nagle zrobiło mi się czarno przed oczami.

To nie był filmowy omdlewający gest. To było prawdziwe, brudne osunięcie się w dół, jakby ktoś wyłączył mi prąd. Zdążyłam złapać się blatu, ale i tak uderzyłam biodrem o szafkę. Potem stałam chwilę oparta o lodówkę, słysząc tylko swój własny oddech, płytki, poszarpany.

Zosia stała w progu kuchni i patrzyła na mnie wielkimi oczami.

— Babcia? — powiedziała cicho.

Wtedy dotarło do mnie, jak cienka jest granica między „pomagam” a „co jeżeli naprawdę coś mi się stanie”.

Usiadłam na podłodze, bo bałam się, iż upadnę przy niej. Zosia podeszła i dotknęła mojej twarzy swoją małą dłonią, lepką od ciasteczka.

— Babcia śpi? — zapytała.

— Nie śpi, kochanie — wyszeptałam. — Babcia… odpoczywa.

Wyciągnęłam telefon. Zadzwoniłam do córki.

Raz. Drugi. Trzeci.

Nie odebrała.

Napisałam wiadomość: „Źle się czuję. Oddzwoń pilnie.”

Nic.

A Zosia zaczęła marudzić. „Pić”, „jeść”, „tulić”. Dziecko nie rozumie, iż babci się świat chwieje. Dziecko potrzebuje.

Wstałam. Zrobiłam sok. Zrobiłam zupę, choć ręce mi drżały. Zosia rozlała pół talerza na podłogę. Potknęłam się o mokrą plamę i upadłam na kolano. Wybuchłam łzami — takimi cichymi, wstydliwymi, bo przecież dorosła kobieta nie powinna płakać nad rozlaną zupą.

Tylko iż to nie była zupa.

To było wszystko naraz: samotność, odpowiedzialność, brak sił, to, iż nikt nie pyta, czy ja w ogóle mogę.

Zosia, przestraszona moim płaczem, zaczęła płakać jeszcze głośniej. Przytuliłam ją, wciągnęłam powietrze i powiedziałam „już dobrze, już dobrze”, jakbym mówiła to bardziej do siebie niż do niej.

I wtedy, dokładnie wtedy, zadzwonił dzwonek do drzwi.

Spojrzałam na zegar. Była trzynasta trzydzieści.

Za wcześnie. O wiele za wcześnie.

Otarłam twarz rękawem starego swetra. Włosy miałam w nieładzie, bo rano choćby ich nie uczesałam porządnie. Na kolanie plama i zadrapanie. Na biodrze pulsujący ból. W kuchni bałagan po obiedzie. A ja w środku jak roztrzaskane szkło.

Otworzyłam drzwi.

Stała moja córka. Idealna. Ułożona. Pachnąca perfumami. Z idealnie narysowanymi brwiami.

Zobaczyła mnie i jej twarz natychmiast się skrzywiła, jakby weszła do cudzej brudnej łazienki.

— Mamo, jak ty wyglądasz? — powiedziała z oburzeniem, choćby nie „dzień dobry”. — Miałaś zająć się wnuczką.

Za moimi plecami Zosia wyszła do przedpokoju i wyciągnęła do niej ręce:

— Mama!

Moja córka nie podniosła jej od razu. Najpierw patrzyła na mnie, na mój rozmazany tusz (bo jednak płakałam), na włosy, na plamy.

— Co tu się dzieje? — syknęła. — Przecież ja ci ją zostawiam, a ty… wyglądasz jakbyś spała tydzień w ubraniu.

W tym momencie coś we mnie pękło. Nie głośno. Cicho. Jak cienka nitka.

Popatrzyłam na nią i powiedziałam spokojnie, choć głos mi zadrżał:

— Nie uprzedziłaś, iż przyjdziesz, córeczko.

Słowo „córeczko” zabrzmiało między nami jak ironia, jak wspomnienie dawnej bliskości, której już prawie nie było.

— Jak to nie uprzedziłam? — prychnęła. — Przyszłam wcześniej, bo mi spotkanie odwołali. To chyba dobrze, co? A ty mi robisz sceny?

— Ja nie robię scen — odpowiedziałam. — Ja próbowałam do ciebie dzwonić.

Wyjęłam telefon i pokazałam jej połączenia nieodebrane. Trzy. I wiadomość: „Źle się czuję”.

Jej oczy przeleciały po ekranie, ale zamiast troski zobaczyłam… irytację. Taką czystą, ostrą.

— Mamo, zawsze coś… — westchnęła. — Zawsze jakaś drama. Ty wiesz, ile ja mam na głowie?

Zosia zaczęła płakać, bo nie dostała od razu rąk mamy. Mój odruch był automatyczny: przytuliłam wnuczkę. I wtedy zabolało mnie biodro tak mocno, iż syknęłam.

— Co to było? — córka zmrużyła oczy. — Udajesz?

— Upadłam — powiedziałam krótko.

— Upadłaś. Jasne — rzuciła z niedowierzaniem, jakby „upadek” też był wymówką.

Wtedy podwinęłam nogawkę. Na kolanie miałam świeże otarcie i siny ślad, który już robił się fioletowy. Na biodrze, pod swetrem, czułam narastający siniak, ale tego już jej nie pokazywałam — i tak by powiedziała, iż przesadzam.

Córka zamilkła na sekundę. Tylko na sekundę. Po czym znów weszła w swoje.

— No i co, mam teraz rezygnować z życia, bo ty się przewróciłaś? — wypaliła.

To zdanie… to zdanie było jak nóż.

— Ja nie proszę cię, żebyś rezygnowała z życia — powiedziałam cicho. — Ja proszę, żebyś przestała udawać, iż moje życie nie istnieje.

Otworzyła usta, oburzona.

— O co ci chodzi?

Wzięłam głęboki oddech. Zosia wtuliła się we mnie, chlipiąc.

— O to, iż ty ją „zostawiasz”, jakby to była torba z zakupami — powiedziałam. — O to, iż nie pytasz, czy mogę. O to, iż dzwoniłam i nie odebrałaś. O to, iż dziś prawie zemdlałam, a wiesz, czego się bałam najbardziej? Nie tego, iż upadnę. Bałam się, iż upadnę przy niej i ona będzie stała obok i płakała, a ty będziesz „na spotkaniu”.

Córka patrzyła na mnie z twarzą ściągniętą, jakby nie chciała tego słuchać.

— Przestań dramatyzować — powiedziała automatycznie. To było jej ulubione słowo na moje granice.

I wtedy powiedziałam coś, co siedziało we mnie od miesięcy:

— To nie dramat. To jest fakt. Ja mam czterdzieści lat bycia matką za sobą, i teraz czuję się, jakbym miała kolejne małe dziecko… tylko iż nikt nie widzi mnie. Widzicie tylko usługę.

Zamilkła.

W końcu wzięła Zosię na ręce. Wnuczka od razu się uspokoiła w jej uścisku, jakby to był jedyny bezpieczny port na świecie. I w tej sekundzie zobaczyłam na twarzy córki cień… czegoś. Może winy. Może strachu. Może złości na samą siebie.

— To co ty chcesz? — zapytała ciszej.

— Chcę, żebyś mnie uprzedzała — odpowiedziałam. — Chcę, żebyś odbierała telefon. Chcę, żebyś zrozumiała, iż ja nie jestem niezniszczalna. I chcę, żebyś przestała do mnie mówić jak do kogoś, kto ma „obowiązek”. Bo ja mam prawo powiedzieć: nie dam rady.

Córka zacisnęła usta.

— A jak nie dasz rady, to co? — zapytała, a w jej głosie była groźba. — Ja mam rzucić pracę?

— Nie — powiedziałam spokojnie. — Ale będziesz musiała znaleźć inne rozwiązanie. Żłobek, opiekunka, cokolwiek. Bo ja dziś zrozumiałam coś ważnego.

Spojrzała na mnie ostro.

— Co?

— Że jak ja się tu kiedyś naprawdę przewrócę… to wy wszyscy będziecie w szoku. I będzie płacz. I będą pretensje. Tylko iż wtedy będzie już za późno.

W przedpokoju zrobiło się cicho. choćby Zosia, jakby wyczuwając napięcie, przestała się wiercić.

Córka patrzyła na mnie długo, a potem powiedziała coś, czego się nie spodziewałam:

— Ty naprawdę byłaś taka… źle?

Nie było w tym współczucia, jeszcze nie. Było niedowierzanie, jakby dopiero teraz do niej docierało, iż ja nie jestem tłem.

— Tak — odpowiedziałam. — I dzwoniłam.

Wzięła głęboki oddech. Jak człowiek, który chce coś powiedzieć, ale nie umie.

— Ja… miałam tryb cichy — mruknęła w końcu, żałośnie, jakby to miało cokolwiek tłumaczyć.

Pokiwałam głową.

— Wiem. Ty zawsze masz tryb cichy, kiedy chodzi o mnie.

Zabolało ją to. Widziałam. Ale już nie cofnęłam słów.

Wyszła z Zosią bez krzyku, bez trzaskania. Tylko w drzwiach odwróciła się jeszcze raz, patrząc na mnie inaczej niż zwykle — nie jak na „mamę do pomocy”, tylko jak na człowieka, który może się rozsypać.

— Zadzwonię wieczorem — powiedziała cicho.

Nie odpowiedziałam od razu. Bo ja wiedziałam, iż wieczorne „zadzwonię” łatwo przychodzi, a trudniej przychodzi zmiana.

Zamknęłam drzwi, oparłam się o nie plecami i dopiero wtedy pozwoliłam sobie na łzy. Nie ze złości. Ze zmęczenia.

W kuchni stał niedojedzony obiad, na podłodze wciąż była zaschnięta plama po zupie, a w łazience czekał kosz prania.

I nagle uderzyła mnie myśl, najbardziej dramatyczna ze wszystkich:

moja córka oburzyła się na to, jak wyglądam… zanim zapytała, czy ja w ogóle żyję.

Wieczorem telefon zadzwonił.

— Mamo? — głos córki był inny. Ostrożniejszy. — Byłam u pediatry, a potem… przepraszam, iż tak na ciebie naskoczyłam.

Przełknęłam ślinę.

— Dobrze — powiedziałam. — Ale to nie wystarczy.

Cisza.

— Wiem — wyszeptała. — Tylko… ja się przestraszyłam. Jak zobaczyłam cię taką… ja sobie uświadomiłam, iż ja… ja cię traktuję jak oczywistość.

Poczułam, jak ściska mi gardło. Bo to zdanie było pierwszym prawdziwym zdaniem od dawna.

— Właśnie — odpowiedziałam. — A ja nie jestem oczywistością. Jestem twoją mamą. I też mam swoje granice.

I nie wiem, czy od tamtego dnia wszystko się naprawiło. Życie nie jest filmem, gdzie wystarczy jedno „przepraszam” i nagle wszyscy są lepsi.

Ale wiem jedno: tamtego dnia, kiedy usłyszałam „Mamo, jak ty wyglądasz?”, a ja odpowiedziałam „Nie uprzedziłaś, iż przyjdziesz, córeczko” — pierwszy raz od bardzo dawna postawiłam granicę.

I choć bolało, choć trzęsły mi się ręce, to w środku poczułam coś, czego nie czułam od miesięcy: iż jeszcze nie zniknęłam.

Że przez cały czas jestem kimś więcej niż „osobą do zajęcia się wnuczką”.

Idź do oryginalnego materiału