Deszcz uderzał o parapety, wiatr wsuwał się pod dachówki i wygrywał na nich posępną melodię, jakby chciał przypomnieć: to nie jest twoje miejsce. Leżałam na wąskim łóżku w pokoju, który kiedyś należał do jej syna, i czułam się jak gość, który zasiedział się za długo — choć to nie ja wybrałam ten scenariusz.
Nie znaleźliśmy się w tym domu przez kaprys ani przez lenistwo. Trafiliśmy tu jak ludzie, którym grunt osunął się spod nóg, a jedynym, czego szukali, było miejsce, gdzie można na chwilę nie spaść do końca.
Wszystko zaczęło się od jednego telefonu. Mąż wrócił z pracy wcześniej niż zwykle, blady, z twarzą, której nie znałam. Firma „restrukturyzacja” — to słowo brzmiało wtedy jak wyrok, choć miało być tylko formalnością. Kilka zdań, kilka podpisów, karton z rzeczami osobistymi i nagle całe nasze „stabilnie” przestało istnieć.
Przez pierwsze tygodnie udawaliśmy, iż to przejściowe. Że oszczędności wystarczą. Że nowa praca znajdzie się szybko. Ale rachunki nie udają, a kalendarz nie ma litości. Każdy kolejny miesiąc był krótszy, a portfel — lżejszy. Zaczęliśmy liczyć nie tylko pieniądze, ale też słowa, gesty, plany. Przestaliśmy mówić „jak pojedziemy”, a zaczęliśmy „jeśli się uda”.
Kiedy przyszło pismo od właściciela mieszkania, choćby nie krzyczałam. Wiedziałam, iż ma rację. Wiedziałam też, iż nie mamy już gdzie się cofnąć. Spakowaliśmy życie do kilku toreb — wybierając rzeczy nie według sentymentu, tylko według tego, co da się unieść i co „jeszcze się przyda”.
To wtedy teściowa zadzwoniła.
— Przyjedźcie do nas. — powiedziała tonem, który nie dopuszczał sprzeciwu. — Po co macie się tułać. Przecież jesteśmy rodziną.
Słowo „rodzina” zabrzmiało jak obietnica bezpieczeństwa. Jak coś stałego w świecie, który właśnie się rozsypywał. Przyjęliśmy ją bez negocjacji, bez warunków, bez ustalania granic — bo kiedy człowiek tonie, nie pyta, czy deska, której się chwyta, należy do niego.
Dom teściowej był duży, zadbany, pełen jej obecności. Każdy mebel miał swoją historię, każdy przedmiot — swoje miejsce. My byliśmy tylko dodatkiem. Tymczasowym elementem, który trzeba było gdzieś wcisnąć, ale który nigdy nie miał stać się częścią całości.
Dostałam pokój po mężu. Jego dawne półki, jego stare zdjęcia, jego dzieciństwo w ramkach. Jakbyśmy cofnęli się w czasie — ale tylko on. Ja byłam tam kimś zupełnie nowym, bez korzeni, bez śladów.
Na początku byłam choćby wdzięczna. Za zupę, za czystą pościel, za to, iż nie musiałam udawać, iż wszystko jest w porządku, kiedy tak nie było. Mówiłam sobie, iż to cena bezpieczeństwa. Że wdzięczność powinna być większa niż dyskomfort. Że jeżeli przymknę oczy, to jakoś przetrwamy.
Tylko iż z każdym dniem coraz bardziej czułam, iż to „tymczasowo” zaczyna mieć w sobie coś z wyroku bez daty końcowej.
A potem zaczęły się drobiazgi. Te drobiazgi, które nie bolą od razu, ale zbierają się w środku jak woda w pęknięciu — powoli, konsekwentnie, aż nagle pęka cała ściana.
Łazienka była mała, wspólna, zawsze lekko wilgotna. W powietrzu unosił się zapach proszku do prania i jej taniego mydła. Moja kosmetyczka stała przy umywalce jak mały azyl: błyszcząca, uporządkowana, pełna rzeczy, które były tylko moje. Rzeczy drogie, wybierane z namysłem, czasem kupowane zamiast czegoś rozsądniejszego — bo pozwalały mi poczuć, iż wciąż mam kontrolę nad choćby jednym fragmentem życia.
Pierwszy raz zauważyłam to przez przypadek. Krem pod oczy, mój ulubiony, ten, którego nie używa się „żeby było”, tylko żeby przetrwać. Był… lżejszy. Słoiczek wydawał cichszy dźwięk, gdy go odkładałam. Pomyślałam, iż może mi się wydaje. Że to stres, niewyspanie. Że robię problem z niczego.
Ale następnego dnia serum stało inaczej — jakby ktoś je brał i odstawiał w pośpiechu. Potem zniknęła końcówka perfum, których używałam oszczędnie, jakby każda kropla była obietnicą lepszego jutra.
A potem zobaczyłam ją na korytarzu.
Szła spokojnie, w swoim szlafroku, z włosami upiętymi jak zawsze. I pachniała… mną. Moim zapachem. Tak wyraźnie, iż zakręciło mi się w głowie. Na sekundę zrobiło mi się wstyd, irracjonalny, duszący, jakbym to ja była winna, iż w ogóle mam coś, co warto wziąć.
— O, kochanie — powiedziała, widząc moją minę. — Pożyczyłam tylko troszeczkę. Wiesz… tak ładnie pachnie.
„Troszeczkę” w jej ustach brzmiało jak wytrych. Jak słowo, którym można otworzyć każdą granicę i udawać, iż się jej nie narusza. Uśmiechnęła się, jakbyśmy miały wspólny sekret. Jakby to była bliskość, a nie kradzież.
Chciałam odpowiedzieć ostro, postawić sprawę jasno, powiedzieć: to moje, proszę tego nie dotykać. Ale stałam tam w progu, w obcym domu, i słowa ugrzęzły mi w gardle. Wystarczyło jedno jej spojrzenie — to spojrzenie, które mówiło: pamiętaj, czyj to dach.
Zaczęłam więc chować kosmetyki. Najpierw dyskretnie — do szafki w pokoju, pod bieliznę, za książki. Potem coraz bardziej desperacko: w torbie, w walizce, w kieszeni płaszcza. Brzmiało to absurdalnie, jak żart, który przestał bawić. Chowałam krem jak dowód zbrodni, jakby w tych słoiczkach było moje prawo do bycia osobną osobą.
A ona i tak znajdowała.
Nie wiem, jak. Może słyszała, kiedy przesuwałam zamek w kosmetyczce. Może po prostu przeszukiwała. Może była w tym jakaś bezczelna pewność, iż skoro nas przyjęła, to wszystko w tym domu w pewnym sensie należy do niej — choćby to, co wniosłam w dłoniach, choćby ja.
Pewnego ranka weszłam do łazienki i zobaczyłam na półce mój podkład — odkręcony, z widocznym śladem palca na pompce. Szminka była starta tak, iż nie dało się tego pomylić z moim używaniem. A mój pędzel do różu… leżał w kubeczku po jej stronie umywalki, jakby od dawna tam mieszkał.
To już nie była „pomyłka”. Nie było w tym choćby tego fałszywego uroku „pożyczyłam, bo jesteśmy rodziną”. To było przesuwanie mnie. Przesuwanie moich rzeczy, moich granic, mojego spokoju — centymetr po centymetrze.
Spróbowałam porozmawiać z mężem. W naszym pokoju było ciemno, tylko lampka nocna paliła się żółtawo, jak chory płomień.
— Twoja mama używa moich kosmetyków — powiedziałam cicho. — Nie pytając. To są drogie rzeczy. I… to jest moje.
On westchnął, jakby to była kolejna usterka w domu, pęknięty kran albo skrzypiące drzwi.
— Przesadzasz. — powiedział. — Ona nam pomaga. Nie rób z tego afery.
A we mnie coś opadło. Jak zasłona. Jak ostatnia iluzja, iż ktoś stanie po mojej stronie. Nagle zobaczyłam, iż nie walczę o kremy i perfumy. Walczę o to, czy wolno mi tu istnieć bez poczucia winy.
W kolejnych dniach teściowa stała się… uważniejsza. Nie mniej bezczelna, tylko uważniejsza. Zaczęła mówić do mnie z tym słodkim, opiekuńczym tonem.
— Ty masz takie piękne rzeczy. — zachwycała się. — Ja bym choćby nie wiedziała, co wybrać w perfumerii. Dobrze, iż ty wiesz.
W jej słowach zawsze był haczyk. Komplement, który robił ze mnie kogoś, kto „ma więcej”, a więc powinien „się podzielić”. Jakby moje rzeczy były dowodem, iż nie mam prawa narzekać. Jakby wdzięczność miała zamknąć mi usta.
Najgorsze przyszło w sobotę. Zimny poranek, szary jak popiół. Wyszłam z pokoju i usłyszałam jej śmiech w salonie. Była u niej sąsiadka. Siedziały przy stole, piły kawę.
— Ona to ma takie kosmetyki, wie pani — mówiła teściowa, choćby nie ściszając głosu. — Takie drogie. Mówię jej: po co ci to? A ona, iż to „inwestycja”. Ech… młodzi.
Zamarłam w korytarzu. Poczułam, jak gorąco wpełza mi na policzki. Jakby nagle obnażyła mnie przed światem, jakby moje prywatne wybory były czymś śmiesznym, czymś, z czego można zrobić anegdotę. A jednocześnie — jakby usprawiedliwiała przed sąsiadką to, co robi: skoro ja „mam”, to ona „może”.
Wróciłam do pokoju i usiadłam na łóżku. W dłoniach trzymałam kosmetyczkę. Była cięższa niż zwykle, a może to ja byłam lżejsza — bo ktoś ze mnie wydzierał kolejne warstwy spokoju.
Wtedy poczułam coś, co było jak chłód i jasność jednocześnie. Jak moment, w którym człowiek przestaje prosić i zaczyna wiedzieć.
Wieczorem weszłam do łazienki, kiedy dom ucichł. Teściowa już spała. Mąż przewracał się w łóżku, zmęczony dniem, nieświadomy — albo udający.
Stanęłam przed lustrem. Zobaczyłam swoje oczy. Zmęczone. Obce. Jakbym patrzyła na kogoś, kto przez przypadek znalazł się w cudzym życiu.
I wtedy usłyszałam za plecami cichy szelest. Odwróciłam się.
Stała w drzwiach.
Nie wiem, jak długo tam była. Miała na sobie szlafrok, twarz świecącą od mojego kremu. W dłoni trzymała mój flakon perfum — ten prawie pusty, ten, który oszczędzałam.
Uśmiechnęła się, spokojnie, bez śladu wstydu.
— Oj… myślałam, iż już nie używasz. — powiedziała. — Przecież stoi.
To zdanie uderzyło mnie jak policzek. „Przecież stoi”. Jakby sam fakt, iż coś istnieje w przestrzeni, czynił to wspólnym. Jakby moje „nie” nie miało znaczenia, dopóki nie wyryję go nożem w ścianie.
W tej sekundzie poczułam, iż jeżeli teraz zamilknę, to już zawsze będę milczeć. Że następny będzie nie tylko krem, ale wszystko: moje decyzje, mój czas, moje plany. Że stanę się kimś, kogo da się przesuwać jak mebel.
Wzięłam głęboki oddech.
— Proszę nie używać moich rzeczy. — powiedziałam. Głos mi nie zadrżał, choć w środku trzęsłam się cała. — To moje. I nie życzę sobie.
Jej uśmiech zgasł na sekundę. Tylko na sekundę. Potem wrócił, jeszcze słodszy, jeszcze chłodniejszy.
— Oj, jaka ty jesteś drażliwa. — westchnęła. — A ja myślałam, iż tu jest rodzina.
Rodzina. To słowo było jej tarczą. Jej kluczem. Jej usprawiedliwieniem.
Wróciłam do pokoju, zamknęłam drzwi i powoli, bardzo powoli spakowałam kosmetyczkę do walizki. Na dno. Pod ubrania. Jak coś, co trzeba chronić nie przed przypadkiem, tylko przed kimś, kto uważa, iż ma prawo.
Mąż coś mruknął.
— Co robisz?
— Ratuję siebie. — powiedziałam.
Nie zrozumiał. Może nie chciał. Ale ja już wiedziałam, iż dramat nie dzieje się w łazience, przy półce. Dramat dzieje się w sercu, kiedy człowiek zaczyna wierzyć, iż musi zasłużyć na własne granice.
Tamtej nocy nie zasnęłam. Słuchałam deszczu. I w tym hałasie, w tym skrzypieniu domu, zaczęłam układać w głowie plan. Nie wielki, nie bohaterski — zwykły, cichy plan, który zaczyna się od jednego zdania:
To nie jest moje miejsce. Ale ja wciąż jestem sobą.
A rano, kiedy zeszłam do kuchni, teściowa już siedziała przy stole. Uśmiechnęła się, jakby nic się nie stało. Jakby wczoraj nie trzymała w dłoni moich perfum.
— Zrobiłam wam śniadanie — powiedziała.
Patrzyłam na nią i wiedziałam jedno: nie mogę jej zmienić. Ale mogę przestać pozwalać, żeby to ona mnie definiowała.
I to był początek. Nie końca. Początek walki o siebie — w domu, który chciał mnie połknąć.













