Z życia wzięte. "Miesiąc po ślubie usłyszałam, iż nasze wesele było cyrkiem": Spakował się i odszedł

zycie.news 7 godzin temu

Pachniała perfumami i lakierem do włosów. Minął dopiero miesiąc od wesela.

Miesiąc.

Jeszcze nie zdążyłam przyzwyczaić się do nowego nazwiska. Do obrączki na palcu. Do tego, iż ktoś mówi o mnie „żona”.

Wesele było duże. Głośne. Pełne tańców i śmiechu. Moja mama płakała ze wzruszenia, jego ojciec wygłaszał toasty, przyjaciele żartowali, iż „teraz to już koniec wolności”.

Patrzyłam na niego tamtego wieczoru i byłam pewna, iż zaczynamy wspólne życie.

Nie wiedziałam, iż dla niego to był finał.

Zaczęło się od drobnych uwag.

– Trochę przesadziłaś z tymi dekoracjami – powiedział kilka dni po ślubie.
– Ten pierwszy taniec… mogło być mniej teatralnie.

Myślałam, iż żartuje.

Aż pewnego wieczoru, gdy sprzątałam jeszcze kartony po prezentach, rzucił:

– To wesele było cyrkiem.

Zamarłam.

– Jakim cyrkiem?

– Sztucznym. Przerysowanym. Jakbyś chciała coś udowodnić całemu światu.

Zabolało, ale próbowałam zrozumieć.

– Przecież wspólnie wszystko planowaliśmy.

Wzruszył ramionami.

– Chciałem mieć to już za sobą.

Te słowa były jak zimny prysznic.

„Mieć to za sobą”.

Kilka dni później zaczął wracać później z pracy. Telefon zawsze ekranem do dołu. Hasło zmienione.

Pewnej nocy obudziłam się, bo nie było go obok. Wyszedł na balkon. Szeptał do kogoś.

– Tęsknię – usłyszałam.

Nie mówił do mnie.

Rano spojrzałam mu w oczy.

– Masz kogoś? – zapytałam wprost.

Nie zaprzeczył.

– To nie tak, jak myślisz – zaczął.

– A jak?

Milczał długo.

– My się za gwałtownie pobraliśmy – powiedział w końcu. – Zrozumiałem to dopiero na weselu.

Świat zaczął mi wirować.

– Na weselu?

– Patrzyłem na to wszystko i czułem, iż to nie moje życie.

A jednak przysięgał. Patrzył mi w oczy. Mówił „na dobre i na złe”.

– Jest ktoś inny – dodał cicho. – Znałem ją jeszcze przed ślubem.

Przed ślubem.

W jednej chwili każdy toast, każdy taniec, każda fotografia zamieniły się w farsę.

– I co teraz? – zapytałam.

– Wyprowadzam się – odpowiedział spokojnie. – Nie chcę żyć w kłamstwie.

Nie chce żyć w kłamstwie.

Spakował walizkę w milczeniu. Stałam w przedpokoju i patrzyłam, jak mija mnie, jakbyśmy byli tylko współlokatorami.

– Przepraszam – rzucił na odchodne. – To wesele… było cyrkiem.

Drzwi zamknęły się cicho.

Zostałam sama w mieszkaniu pełnym ślubnych zdjęć. Wciąż miałam na sobie obrączkę.

Miesiąc.

Tyle trwało moje małżeństwo.

Najgorsze nie było to, iż odszedł.

Najgorsze było to, iż już w dniu, który miał być początkiem, on wiedział, iż to koniec.

A ja tańczyłam, śmiałam się i wierzyłam, iż jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie.

Nie wiedząc, iż jestem tylko główną atrakcją w jego „cyrku”.

Idź do oryginalnego materiału