Pachniała perfumami i lakierem do włosów. Minął dopiero miesiąc od wesela.
Miesiąc.
Jeszcze nie zdążyłam przyzwyczaić się do nowego nazwiska. Do obrączki na palcu. Do tego, iż ktoś mówi o mnie „żona”.
Wesele było duże. Głośne. Pełne tańców i śmiechu. Moja mama płakała ze wzruszenia, jego ojciec wygłaszał toasty, przyjaciele żartowali, iż „teraz to już koniec wolności”.
Patrzyłam na niego tamtego wieczoru i byłam pewna, iż zaczynamy wspólne życie.
Nie wiedziałam, iż dla niego to był finał.
Zaczęło się od drobnych uwag.
– Trochę przesadziłaś z tymi dekoracjami – powiedział kilka dni po ślubie.
– Ten pierwszy taniec… mogło być mniej teatralnie.
Myślałam, iż żartuje.
Aż pewnego wieczoru, gdy sprzątałam jeszcze kartony po prezentach, rzucił:
– To wesele było cyrkiem.
Zamarłam.
– Jakim cyrkiem?
– Sztucznym. Przerysowanym. Jakbyś chciała coś udowodnić całemu światu.
Zabolało, ale próbowałam zrozumieć.
– Przecież wspólnie wszystko planowaliśmy.
Wzruszył ramionami.
– Chciałem mieć to już za sobą.
Te słowa były jak zimny prysznic.
„Mieć to za sobą”.
Kilka dni później zaczął wracać później z pracy. Telefon zawsze ekranem do dołu. Hasło zmienione.
Pewnej nocy obudziłam się, bo nie było go obok. Wyszedł na balkon. Szeptał do kogoś.
– Tęsknię – usłyszałam.
Nie mówił do mnie.
Rano spojrzałam mu w oczy.
– Masz kogoś? – zapytałam wprost.
Nie zaprzeczył.
– To nie tak, jak myślisz – zaczął.
– A jak?
Milczał długo.
– My się za gwałtownie pobraliśmy – powiedział w końcu. – Zrozumiałem to dopiero na weselu.
Świat zaczął mi wirować.
– Na weselu?
– Patrzyłem na to wszystko i czułem, iż to nie moje życie.
A jednak przysięgał. Patrzył mi w oczy. Mówił „na dobre i na złe”.
– Jest ktoś inny – dodał cicho. – Znałem ją jeszcze przed ślubem.
Przed ślubem.
W jednej chwili każdy toast, każdy taniec, każda fotografia zamieniły się w farsę.
– I co teraz? – zapytałam.
– Wyprowadzam się – odpowiedział spokojnie. – Nie chcę żyć w kłamstwie.
Nie chce żyć w kłamstwie.
Spakował walizkę w milczeniu. Stałam w przedpokoju i patrzyłam, jak mija mnie, jakbyśmy byli tylko współlokatorami.
– Przepraszam – rzucił na odchodne. – To wesele… było cyrkiem.
Drzwi zamknęły się cicho.
Zostałam sama w mieszkaniu pełnym ślubnych zdjęć. Wciąż miałam na sobie obrączkę.
Miesiąc.
Tyle trwało moje małżeństwo.
Najgorsze nie było to, iż odszedł.
Najgorsze było to, iż już w dniu, który miał być początkiem, on wiedział, iż to koniec.
A ja tańczyłam, śmiałam się i wierzyłam, iż jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie.
Nie wiedząc, iż jestem tylko główną atrakcją w jego „cyrku”.




