Tak jak człowiek się uśmiecha, kiedy czyta słowo „mama”, zanim jeszcze dotrze do niego sens.
„Przyjadę was odwiedzić.”
Serce mi drgnęło. Pomyślałam: wreszcie. Że zobaczy wnuki, iż posiedzimy przy herbacie, iż opowie o sobie. Że będzie normalnie, ciepło, rodzinnie. Że może, choć na chwilę, poczuję się jak czyjeś dziecko, a nie tylko dorosła kobieta, która zawsze musi wszystko sama.
Odpisałam od razu:
— Super, mamo! Kiedy?
Odpowiedź przyszła po minucie, jakby była przygotowana wcześniej.
„Jak przelejecie pieniądze. Bilety, walizka, taksówka na dworzec. I coś na drogę. Wysyłam numer konta.”
Wpatrywałam się w ekran, aż poczułam, iż robi mi się gorąco. „Walizka” uderzyła mnie najbardziej. Jakby to była podróż życia, a nie odwiedziny u własnego dziecka.
— Mamo… — napisałam ostrożnie. — Myślałam, iż po prostu przyjedziesz. My cię tu ugoszczimy, oczywiście.
„Nie zrozumiałaś. Ja nie mam na to pieniędzy. Jak wam zależy, to finansujecie.”
Jak wam zależy.
To zdanie było jak otwarta dłoń w twarz. Bo nagle okazało się, iż jej przyjazd to nie gest. To transakcja. A ja stoję po drugiej stronie jak petentka, która musi udowodnić, iż „jej zależy”.
Pokazałam wiadomości mężowi. Spojrzał na nie i tylko zmarszczył brwi.
— Ona serio? — zapytał. — Ile?
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, mama przysłała kolejną wiadomość:
„Policzcie: 450 bilet, 80 taksówka, 200 walizka, 150 na jedzenie w drogę. Razem 880. Do jutra najlepiej.”
Do jutra.
Jakbyśmy mieli zapłacić zaliczkę za usługę.
Mój żołądek zacisnął się w supeł. Bo to nie był pierwszy raz, kiedy w jej ustach „rodzina” brzmiała jak rachunek. Tylko pierwszy raz, kiedy było to tak bezczelnie napisane czarno na białym.
Zadzwoniłam. Nie chciałam tego rozgrywać wiadomościami, bo w głowie wciąż miałam nadzieję, iż to nieporozumienie. Że może źle zrozumiałam.
Odebrała po drugim sygnale, jakby czekała.
— No?
— Mamo… — zaczęłam spokojnie. — Czemu ty to tak stawiasz? „Jak wam zależy, to finansujecie”… To brzmi, jakbyś nas szantażowała.
Zaśmiała się krótko.
— Nie dramatyzuj. Ja mówię konkretnie. Nie mam. A wy macie.
— Mamo, my mamy kredyt, dzieci, rachunki… — powiedziałam, czując, iż głos mi się łamie. — Poza tym… to ty chcesz nas odwiedzić.
— Ja nie „chcę”, ja robię wam przysługę — przerwała mi. — Babcia przyjedzie, zobaczy wnuki, pomoże ci. Ty zawsze narzekasz, iż jesteś zmęczona. To teraz co? Teraz nagle pieniędzy brak?
To było mistrzostwo odwracania ról. Z jej strony zawsze wyglądało tak, jakby to ona była ofiarą, a ja niewdzięczną.
Mąż wziął ode mnie telefon. Zrobił to spokojnie, bez agresji, ale w jego ruchu było coś, co mówiło: dość.
— Dzień dobry, pani — powiedział. — Rozumiem, iż pani chce przyjechać. Ale my nie finansujemy pani wyjazdów. o ile pani ma ochotę nas odwiedzić, to zapraszamy, ugościmy panią. Ale nie w ten sposób.
W słuchawce zapanowała cisza. A potem… usłyszałam, jak mama robi ten swój wdech. Taki, który zapowiada awanturę.
— Aha — powiedziała powoli. — Czyli ja dla was nic nie znaczę.
— Mamo… — wtrąciłam, ale ona mnie już nie słuchała.
— Ja was wychowałam. Ja wam wszystko dałam. A teraz? Teraz mnie traktujecie jak obcą. Ja nie proszę o luksusy. Ja proszę o podstawę. O bilet.
— To nie jest „podstawa”, tylko warunek — powiedział mąż. — I to postawiony w sposób… nieładny.
Wtedy mama podniosła głos.
— Bo on cię nastawia! — krzyknęła. — Zawsze byłam dla ciebie najważniejsza, a teraz masz męża i udajesz, iż matki nie ma!
Zamarłam, bo to był ten moment, w którym ona zawsze uderzała: w poczucie winy. W najczulsze miejsce.
— Mamo, ja cię nie odrzucam — powiedziałam szybko. — Ja tylko nie chcę, żebyś stawiała mi rachunki za swoją obecność.
— Obecność? — prychnęła. — Ty w ogóle nie rozumiesz, ile ja się dla ciebie poświęciłam.
I wtedy wróciły do mnie obrazy, których na co dzień nie wyciągam. Jak byłam mała i czekałam, aż przyjdzie na przedstawienie, a ona nie przyszła, bo „była zmęczona”. Jak później przychodziła tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebowała. Jak potrafiła nie dzwonić miesiącami, a potem nagle pisać: „Pożyczysz?” i obrażać się, kiedy pytałam: „kiedy oddasz?”.
Ja przez lata nazywałam to „trudnym charakterem”.
A teraz widziałam to wyraźnie: to było targowanie się miłością.
— Mamo — powiedziałam cicho, już bez złości, bardziej ze smutkiem. — Ty naprawdę nie chcesz nas odwiedzić. Ty chcesz, żebyśmy ci zapłacili za to, iż jesteś mamą.
Znowu cisza. A potem jej głos stał się lodowaty.
— Dobrze. To ja nie przyjadę. I dzieci też nie zobaczę. I pamiętaj: jak coś się ze mną stanie, to będziesz miała to na sumieniu.
Szum w uszach. Słowo „sumienie” było jej narzędziem od lat.
— To nie fair — wyszeptałam.
— Świat nie jest fair — ucięła i się rozłączyła.
Zostałam z telefonem w dłoni, jakbym trzymała coś ciężkiego. Mąż usiadł obok mnie.
— Przepraszam — powiedział cicho. — Wiem, iż to twoja mama.
I wtedy poczułam, iż łzy w końcu lecą. Bo nie płakałam z powodu pieniędzy. Płakałam, bo w mojej głowie pękała ostatnia nadzieja, iż kiedyś będzie normalnie.
Wieczorem przyszła kolejna wiadomość od niej. Krótka, zimna:
„Nie wysyłajcie nic. Widzę, ile znaczę. Żegnaj.”
„Żegnaj.” Jak w filmie. Jak dramatyczna scena, w której ona zawsze gra główną rolę.
W nocy nie mogłam spać. Myślałam o tym, iż chciałam jej obecności, a dostałam rachunek. O tym, iż moje dzieci mogłyby mieć babcię, ale babcia woli mieć kontrolę.
Rano zrobiłam kawę i spojrzałam na swoje życie: mąż, dzieci, mieszkanie. I zrozumiałam coś, co bolało, ale było prawdziwe:
Nie mogę kupić sobie mamy, która przyjeżdża z miłości.
Mogę tylko przestać płacić za mamę, która przyjeżdża z warunkami.
Napisałam jej jedną wiadomość, najkrótszą w moim życiu, bo krótkie rzeczy bywają najtrudniejsze:
„Mamo, drzwi są dla ciebie otwarte, kiedy chcesz przyjechać jak rodzina, nie jak rachunek. Kocham cię, ale nie będę płacić za kontakt.”
Nie odpisała.
Minął tydzień. Potem dwa.
A ja pierwszy raz od dawna poczułam wstydliwą ulgę… i smutek jednocześnie.
Bo czasem najbardziej dramatyczne w relacjach nie jest krzyk.
Tylko to, iż ktoś stawia ci warunek na miłość — i nazywa go „wizytą”.













