— Nooo, nasza brudaska idzie na spacer — chichocze Anka, kiedy w sobotę rano wrzucam do torby butelkę wody i zakładam kurtkę.
— Ty serio nie sprzątasz? — dopytuje Magda, jakby pytała, czy ja serio nie oddycham.
Uśmiecham się, bo przez długi czas myślałam, iż muszę się uśmiechać. Że jak się uśmiechnę, to mniej boli. A mnie boli. Nie dlatego, iż mam bałagan. Tylko dlatego, iż one mówią “brudaska” jak wyrok. Jakby to jedno słowo opisywało całe moje życie, moje wybory, mój charakter.
A ja idę na spacer nie dlatego, iż “mam gdzieś porządek”.
Ja idę na spacer, bo w domu nie umiem oddychać.
Mój dom wygląda inaczej niż ich domy. U mnie na stole czasem leżą rachunki, kubek po herbacie, niedokończona książka i czapka, którą zdjęłam w biegu. U nich wszystko ma swoje miejsce. U nich jest jak w katalogu. U mnie jest… jak w życiu. Czasem widać, iż tu ktoś żyje.
Tylko iż problem jest taki, iż kiedyś u mnie też było “jak w katalogu”. Jeszcze dwa lata temu mogłam wstać, włączyć muzykę i sprzątać tak, iż każdy kąt pachniał cytryną. Wtedy też byłam tą, która ma poukładane. Tą, która ogarnia.
A potem zaczęły się noce.
Nie takie romantyczne, z lampką wina. Nocne czuwanie. Budzenie się co godzinę. Serce, które nagle wali jak oszalałe, choć nic się nie dzieje. Dłonie mokre od potu. Ucisk w klatce, jakby ktoś kładł mi na piersi worek z piaskiem.
Pierwszy raz myślałam, iż umieram.
Stałam w łazience o trzeciej nad ranem i patrzyłam na siebie w lustro, nie poznając własnej twarzy. Wtedy, w tej białej poświacie, dotarło do mnie, iż coś we mnie się rozsypało. Że ja nie jestem “leniwa”. Ja jestem… wyczerpana.
Tylko iż tego nie da się pokazać w Instagramie. Tego nie da się opowiedzieć w dwóch zdaniach przy kawie.
Łatwiej jest powiedzieć: “brudaska”.
W sobotę, kiedy one wysyłają sobie zdjęcia błyszczących blatów i podpisują “satysfakcja”, ja zakładam buty i wychodzę. Schodzę po schodach, mijam sąsiadów, którzy myją klatkę, i czuję, iż im dłużej jestem wśród powietrza, tym mniej waży mi w środku.
Idę do parku, choć czasem nie mam celu. Siadam na ławce i patrzę, jak ktoś rzuca psu patyk. Jak dziecko ciągnie rodzica za rękę. Jak starszy pan niesie siatkę z warzywami. Proste rzeczy. Zwykłe. Takie, które w ich domach pewnie giną między kolejną ściereczką a kolejnym detergentem.
I właśnie w tej zwykłości czuję ulgę.
Bo kiedy jestem na spacerze, nie słyszę w głowie tego głosu:
Zrób to. Ogarnij to. Zetrzyj to. Wypierz to. Uporządkuj. Napraw.
A ja mam w sobie tyle “napraw”, iż już nie mieszczą mi się w rękach.
Pewnego razu Magda wpadła do mnie bez zapowiedzi. To był poniedziałek, a ja wróciłam z pracy i miałam dzień, w którym wszystko było za głośne: tramwaj, ludzie, świat. Zostawiłam buty pod drzwiami, torbę na krześle, a na blacie leżały okruszki po kanapce.
Otworzyłam i zobaczyłam jej oczy, które od razu zaczęły “oglądać”.
— O matko… — westchnęła. — Ty naprawdę tak żyjesz?
Zacisnęłam palce na klamce.
— Wchodzisz czy stoisz? — zapytałam.
Weszła, rozglądając się jak inspektor. Jak teściowa z opowieści. Jak sanepid w moim prywatnym życiu.
— Zobacz, tu masz kurz… — powiedziała, przesuwając palcem po półce. — A łazienka? Ty w ogóle…
— Stop — przerwałam.
Spojrzała na mnie, zdziwiona.
— Co?
— Nie rób tego — powiedziałam. — Nie przyszłaś tu sprzątać moim życiem.
Zaśmiała się nerwowo.
— No weź, ja tylko mówię. Dla twojego dobra.
Dla mojego dobra. To jest zdanie, które zawsze brzmi jak troska, a często jest tylko elegancką formą pogardy.
Usiadłam na krześle i poczułam nagle, iż jeżeli nie powiem prawdy, to uduszę się własnym udawaniem.
— Słuchaj — zaczęłam cicho. — Wiesz, czemu ja chodzę na spacery, kiedy wy sprzątacie?
Wzruszyła ramionami.
— Bo ci się nie chce?
Uśmiechnęłam się krótko. Taki uśmiech, który nie jest uśmiechem.
— Bo jak zaczynam sprzątać, to mam ataki paniki.
Zamilkła.
— Co?
— Kiedy stoję w kuchni, kiedy słyszę ten dźwięk wody, kiedy widzę stos rzeczy do zrobienia… mózg mi krzyczy, iż nie dam rady. Że jestem beznadziejna. Że wszystko jest “za dużo”. — Złapałam oddech. — A spacer to jedyne, co mi wtedy pomaga. Bo na spacerze nie muszę być idealna. Mogę po prostu iść i oddychać.
Magda patrzyła na mnie, jakby pierwszy raz zobaczyła człowieka, a nie etykietkę.
— To… czemu nic nie mówiłaś? — zapytała ciszej.
Wzruszyłam ramionami, ale poczułam, iż w gardle mam kamień.
— Bo kiedy próbowałam, to słyszałam żarty. “Brudaska”. “Jak ty możesz”. I w końcu zaczęłam myśleć, iż może ja naprawdę jestem zepsuta. A ja nie jestem zepsuta. Ja jestem zmęczona.
W kuchni zrobiło się tak cicho, iż słyszałam tykanie zegara.
Magda odłożyła torebkę na stół. Nie na idealnie czysty blat, tylko na mój, z okruszkami. I to było dziwnie ważne.
— Nie wiedziałam — powiedziała.
— Wiem — odpowiedziałam. — Nikt nie wie, jeżeli się nie powie. A ja się bałam, iż usłyszę kolejne “weź się w garść”.
Siedziałyśmy chwilę w milczeniu. Potem Magda wstała i bez słowa wzięła zlewu gąbkę.
— Nie — powiedziałam szybko, napięta. — Nie musisz.
Odwróciła się do mnie.
— Nie robię tego, bo jesteś “brudaska”. — Jej głos był spokojny. — Robię to, bo jestem twoją koleżanką. I jeżeli twoje sprzątanie kończy się paniką, to może dziś po prostu… zrobimy herbatę i posprzątamy tylko tyle, żebyś się nie bała. Albo wcale. Jak chcesz.
I to było dla mnie jak pęknięcie w murze.
Bo ja nie potrzebowałam kogoś, kto mi powie: “wstyd”. Ja potrzebowałam kogoś, kto powie: “widzę cię”.
Tego dnia nie wysprzątałam całego mieszkania. Nie było błysku. Nie było zdjęć “przed i po”.
Była herbata. Było otwarte okno. Było to, iż po raz pierwszy od dawna w moim domu ktoś nie oceniał, tylko był.
A kiedy w następną sobotę Anka napisała na grupie: “Sprzątanie zrobione! A ty, brudaska, gdzie idziesz?” — wzięłam telefon do ręki i przestałam udawać.
Odpisałam:
“Idę na spacer, bo ratuję sobie głowę. Jak chcesz żartować, to żartuj, ale ja nie jestem brudaską. Ja mam ciężki czas.”
Przez chwilę nikt nie odpisał.
A potem przyszła wiadomość od Magdy:
“Ja mogę iść z tobą.”
I nagle poczułam, iż może to nie ja jestem problemem.
Może problemem jest to, iż ludziom łatwiej nazwać kogoś “brudaską”, niż zapytać: “co się z tobą dzieje?”.
Wyszłam z domu. Zamknęłam drzwi, a w środku został bałagan. Ale ja nie zostawiłam tam siebie.
Szłam przez miasto i oddychałam. I pierwszy raz od dawna miałam wrażenie, iż wybieram coś, co jest naprawdę czyste.
Nie podłogi.
Tylko moje życie.






![Superlutownica czyli cztery sposoby na transformatorówkę [TOWARY MODNE 300]](https://i1.ytimg.com/vi/0Fea78vi_fU/maxresdefault.jpg)





