Zbyt długo nosiłam w sobie ten niepokój, który nie daje spać i sprawia, iż człowiek zaczyna widzieć znaki tam, gdzie wcześniej widział tylko codzienność. Mój mąż wyszedł rano z domu w pośpiechu. Powiedział, iż ma spotkanie. Nic niezwykłego. Tylko jedna rzecz utkwiła mi w głowie.
Wytarta koszulka z Supermanem.
Ta sama, którą znałam na pamięć. Z wyblakłym logo, z małą dziurką przy szwie, którą obiecywał zszyć od miesięcy. Widziałam ją tyle razy, iż rozpoznałabym ją w tłumie.
Nie wrócił na obiad. Nie odezwał się. Telefon milczał.
Powiedziałam sobie, iż przesadzam. Że nie powinnam robić scen. Że zazdrość to trucizna. A jednak nogi same zaniosły mnie pod drzwi koleżanki z pracy. Tej, o której mąż wspominał ostatnio zbyt często. Tej, która „ma trudny czas” i „potrzebuje wsparcia”.
Zapukałam.
Drzwi otworzyły się niemal od razu. Stała w szlafroku. Włosy miała wilgotne, jakby dopiero co wyszła spod prysznica. Na jej twarzy pojawił się ułamek sekundy zdziwienia, który zniknął szybciej, niż zdążyłam go nazwać.
– O… cześć – powiedziała, z wymuszonym uśmiechem. – Co ty tu robisz?
Chciałam odpowiedzieć czymś zwyczajnym. O kawie. O drodze. O pogodzie. Cokolwiek, co pozwoliłoby mi udawać, iż to tylko wizyta towarzyska.
I wtedy zobaczyłam to.
Rzuconą niedbale na oparcie krzesła koszulkę.
Wytartą koszulkę z Supermanem.
Świat na moment się zatrzymał. Dźwięki przycichły, jakby ktoś przykręcił głośność. Patrzyłam na nią i miałam wrażenie, iż moje ciało reaguje szybciej niż rozum. Serce zaczęło walić, dłonie zrobiły się zimne.
To nie mogła być przypadkowa koszulka. To była jego koszulka.
– Skąd masz tę koszulkę – zapytałam cicho.
Jej spojrzenie powędrowało za moim. Zrozumiała od razu. Zbyt szybko. Przez ułamek sekundy chciała coś powiedzieć, ale słowa nie przyszły.
– To… zostało – bąknęła. – Wiesz… po wczoraj.
Po wczoraj.
To zdanie zawisło między nami jak wyrok. Wczoraj, kiedy mój mąż powiedział, iż zostaje dłużej w pracy. Wczoraj, kiedy wrócił późno i pachniał obcym mydłem. Wczoraj, kiedy patrzył mi w oczy i kłamał bez mrugnięcia.
Zrobiło mi się duszno.
– On tu jest – powiedziałam bardziej do siebie niż do niej.
Nie odpowiedziała. To była odpowiedź.
Z wnętrza mieszkania dobiegł dźwięk. Kroki. Szuranie. I wtedy wyszedł on.
Mój mąż.
Nie był ubrany. Miał na sobie tylko spodnie od piżamy. Kiedy mnie zobaczył, jego twarz pobladła. Stał jak ktoś złapany na gorącym uczynku, bez planu ucieczki.
Przez chwilę nikt się nie odzywał. Ta cisza była gorsza niż krzyk.
– To nie jest tak, jak myślisz – powiedział w końcu.
Zawsze to samo zdanie. Jakby istniał podręcznik dla zdradzających.
Zaśmiałam się krótko, nerwowo. Bo co innego można zrobić, kiedy prawda jest tak brutalna, iż aż absurdalna.
– Wyszedłeś dziś rano w tej koszulce – powiedziałam spokojnie. – A teraz ona leży u niej w mieszkaniu. To jest dokładnie tak, jak myślę.
Koleżanka cofnęła się o krok, jakby nagle zrozumiała, iż nie chce być częścią tej sceny. A ja patrzyłam na mężczyznę, z którym dzieliłam życie, i widziałam, jak w jednej chwili rozpada się obraz, który budowałam latami.
Nie płakałam. Jeszcze nie.
Odwróciłam się i wyszłam. Bez awantury. Bez rękoczynów. Bez błagań. Drzwi zamknęły się za mną cicho, ale w środku coś pękło na zawsze.
Na klatce schodowej usiadłam na schodach i dopiero wtedy pozwoliłam sobie na łzy. Nie dlatego, iż mnie zdradził. Tylko dlatego, iż zdrada miała tak banalną twarz. Wytartą koszulkę. Szlafrok. I kłamstwo powiedziane z automatu.










