W jej dłoniach bezkształtna glina przeistacza się w postacie aniołów, koronowanych głów czy kobiet pochylających się nad dziećmi. Oprócz lepienia uwielbia jeszcze moment, gdy otwiera piec do wypału i może zobaczyć, jak ostatecznie wygląda jej praca. – Ceramika jest dla mnie sztuką artystyczną, wszystko wykonuję manualnie – mówi Mira Sabatowicz z Tomic.
Jej droga do ceramiki była dość długa i wiodła przez inne rodzaje sztuki, którymi zajmuje się zresztą po dziś dzień. Dużo maluje, głównie farbami olejnymi. Na jej obrazach pojawiają się różne tematy, często są to motywy wiejskie: stare chaty, architektura drewniana, brzozowe zagajniki czy zwierzęta gospodarskie. Jednak najbardziej lubi tworzyć portrety. – Staram się, aby były bardzo realistyczne, maluję je pastelami. Portretuję przede wszystkim kobiety, ale postać nie jest dla mnie w obrazie najważniejsza. Całość dopełniam kwiatami i dekoracjami, lubię też wydobywać światło, więc część pracy często jest zacieniona, a część oświetlona – opowiada. – Moją dewizą jest to, iż obraz ma być ładny, ma się ludziom podobać i stanowić element upiększający wnętrza.

Mira Sabatowicz lubi też portretować dzieci. – Bo to bardzo wdzięczny temat – mówi. – Maluję bardzo dużo dzieci, również tych z niepełnosprawnościami. Przez jakiś czas współpracowałam z wadowickim Stowarzyszeniem Rodziców i Opiekunów Dzieci Niepełnosprawnych „Dać Szansę”, portretując jego podopiecznych. Prace te wisiały w siedzibie stowarzyszenia, a potem trafiły do rodziców i opiekunów dzieci.
Kurs garncarski
Od zawsze podobała jej się ceramika. – Kilkanaście lat temu znalazłam informację, iż w Jadwisinie – miejscowości w województwie mazowieckim – organizowany jest tygodniowy, profesjonalny kurs garncarstwa, prowadzony przez fantastycznego człowieka – wspomina. – Udało mi się tam pojechać i dużo nauczyć. Był to typowy kurs kręcenia na kole. Na samym początku nie było łatwo, bo garncarstwo to spore wyzwanie, ale po kilku dniach zaczęłam dochodzić do wprawy. A ponieważ prowadzący miał na sprzedaż jedno koło, kupiłam je i wróciłam z nim do domu. Dopiero później zaczęłam lepić manualnie, co jest już znacznie łatwiejsze. Większość ceramików uczy się właśnie w odwrotnej kolejności – najpierw manualnie, a dopiero później na kole.

W niedługim czasie Mira Sabatowicz nabyła piec do wypału ceramiki i na dobre zajęła się tworzeniem przeróżnych dzieł z gliny. Często wykonuje aniołki oraz swego rodzaju ceramiczne rzeźby dużych głów, a także sztukę użytkową: kubki, talerze czy miski. – Są to jednak pojedyncze sztuki, nie wykonuję całych zestawów naczyń, bo wszystko tworzę manualnie, każda praca jest inna. Kiedyś robiłam sporadycznie po kilkanaście takich samych statuetek na nagrody, ale nie lubię robić jak maszynka powtarzalnych rzeczy, ceramika jest dla mnie sztuką – przyznaje.
Wśród jej prac są także ujmujące postacie kobiet, które pochylają się nad dziećmi wyciągającymi do nich ręce. – Te figurki również powstały w ramach współpracy ze Stowarzyszeniem „Dać Szansę” – dodaje artystka.
Cztery etapy
Tworzenie jednej pracy ceramicznej trwa od trzech tygodni do miesiąca. Proces ten jest bowiem kilkuetapowy. – Najpierw trzeba pracę ulepić, a potem przez tydzień suszyć – przybliża Mira Sabatowicz. – Gdy już wyschnie, należy wypalić ją w piecu w temperaturze 960 stopni. W efekcie tego pierwszego wypału powstaje tak zwany biskwit, czyli wstępnie spieczony, porowaty i matowy półfabrykat ceramiczny. Trzeci etap to zdobienie, czyli nanoszenie różnokolorowych szkliw. Tak ozdobiony biskwit znów wkłada się do pieca, tym razem do temperatury 1060 do 1250 stopni (w zależności od rodzaju użytego materiału i szkliwa). Zarówno pierwszy, jak i drugi wypał trwa od kilku do kilkunastu godzin, a zanim piec ostygnie do około 100 stopni, przy których możliwe jest wyciągnięcie prac, musi upłynąć około dwunastu godzin.

Mira Sabatowicz nie tworzy swoich prac według projektów. – Mam w głowie ogólny zamysł, ale resztę wymyślam w trakcie lepienia. To dlatego bardzo lubię ten etap. Bo ostateczny kształt pracy rodzi się właśnie podczas pracy rękami w glinie – mówi. – Mniejszy sentyment mam do szkliwienia, natomiast z niecierpliwością czekam zawsze na moment otwierania pieca po drugim wypale. To wtedy okazuje się, jak ostatecznie wygląda praca i jak prezentują się kolory. Czasami ich odcień znacznie odbiega bowiem od tego, jaki widziało się podczas szkliwienia. Na szczęście nigdy nic mi w piecu nie pękło, bo i tak się może zdarzyć. Natomiast raz w trakcie wypału z pracy ściekło szkliwo, więc była do wyrzucenia.
Mira Sabatowicz eksperymentuje też z japońską techniką o nazwie „raku”, polegającą na gwałtownym wypalaniu ceramiki w żywym ogniu. – Mam przeznaczony do tej metody piec wyłożony ogniotrwałą wykładziną – opowiada. – Tego typu wypał trzeba przeprowadzać na zewnątrz, poza domem. Gdy termometr pokazuje 900 stopni, otwiera się piec i wyciąga szczypcami gorącą pracę do garnka z trocinami, słomą czy papierem. Następnie pokrywę garnka należy zamknąć, by odciąć dopływ powietrza. Na powierzchni pracy tworzą się w efekcie czarne przebarwienia i różne wzory, bo na gorącym materiale odbijają się trociny, papier, sznurki, liście czy słoma. Dzięki temu raku to technika nieprzewidywalna, oryginalna i wyjątkowa.
Projektowanie ubrań i… gazet
Mira Sabatowicz pochodzi z Krakowa, tam też ukończyła Instytut Sztuki Uniwersytetu Pedagogicznego. Po studiach przez jakiś czas zajmowała się projektowaniem ubrań. – Szyłyśmy i malowałyśmy farbami do tkanin haftowaną lnianą odzież – wspomina. – Len był wówczas w Polsce mało popularny, ze względu na to, iż łatwo się gniecie. Takie lekkie ubrania kupowały najczęściej osoby z zagranicy. Projektowałyśmy też stylizacje na pokazy mody.
Po kilku latach podjęła pracę w wyuczonym przez siebie zawodzie – jako grafik komputerowy. – Pracowałam w pismach o tematyce motoryzacyjnej i ogrodniczej, zajmowałam się składem tych gazet. Trwało to około dwudziestu lat – opowiada.
Mieszkała w Krakowie, ale przez całe życie marzyła o przeniesieniu się na wieś. Najpierw kupiła działkę koło Gdowa, później zamieszkała w domu w Woźnikach, a wreszcie znalazła ogłoszenie o wystawionej na sprzedaż starej chałupie w Tomicach. – To dom pochodzący z roku 1866. Ma już 160 lat – mówi Mira Sabatowicz. – Od zawsze fascynowały mnie takie stare drewniane domostwa. Wiele osób przede mną chciało kupić ten dom, ale trzynastu spadkobierców nie zgadzało się na to, ponieważ wszyscy potencjalni nabywcy zamierzali tę chatę zburzyć i wykorzystać działkę na coś innego. Tylko ja chciałam ten dom ratować i go wyremontować. Dzięki temu wszyscy spadkobiercy zgodzili się na transakcję – opowiada.
Galeria w starej chacie
Remonty wymagały mnóstwa czasu, pieniędzy i samozaparcia. – Gdy tu po raz pierwszy weszłam, podłoga dosłownie się zapadała – wspomina Mira Sabatowicz. Prace zostały wykonane tak, aby w budynku można było funkcjonować, ale klimat starej chaty pozostał. Do dziś między balami na ścianach znajduje się uszczelniający dom mech. Mimo zainstalowania ogrzewania gazowego, zimą wewnątrz panuje chłód. – Dogrzewamy się kominkiem – przyznaje artystka.

Mira Sabatowicz planowała, iż w chałupie w Tomicach stworzy galerię sztuki. Tak też się stało. Na ścianach zawisły obrazy – jej oraz męża Zbyszka. Każdą niemal półkę czy wnękę zajęły prace ceramiczne gospodyni, nieliczne rzeźby oraz mnóstwo książek. – Zastanawiałam się nad nazwą dla tego miejsca. Chciałam, aby została zaczerpnięta właśnie z Tomic, z tradycji tej miejscowości – mówi. – I trafiłam na informacje o Wincentym Bałysie – rzeźbiarzu i malarzu urodzonym w 1906 roku w Tomicach. Po wybuchu drugiej wojny światowej utworzył on grupę konspiracyjną i zaczął malować plakaty o tej tematyce. Niestety, razem z innymi członkami grupy został przez hitlerowców schwytany. Był bity i torturowany, a następnie w grudniu 1939 roku został rozstrzelany. Pomyślałam, iż można by nadać naszej galerii nazwę „Bałysówka”, upamiętniając jednocześnie tego uznanego artystę. Zwróciłam się do jego rodziny z pytaniem, czy mogę użyć takiego słowa, a oni chętnie na to przystali i bardzo się z tego ucieszyli. Gdy otwieraliśmy Bałysówkę w 2009 roku, na uroczystość przyjechało aż dwadzieścia osób z rodziny Wincentego Bałysa.
Spotkania, wystawy, plenery
Bałysówka od kilkunastu lat tętni życiem. Oprócz galerii sztuki, w której każdy jest mile widziany, pełni także funkcję „sceny” dla różnych artystycznych i gminnych wydarzeń. Przez dziesięć lat, od 2009 roku aż do wybuchu pandemii, regularnie raz w miesiącu spotykali się tu artyści z okolic, którzy dotychczas nie mieli takiego miejsca spotkań. Co roku w maju w Bałysówce organizowane jest – we współpracy z Ośrodkiem Kultury Gminy Tomice, wójtem, Kołami Gospodyń Wiejskich i Ochotniczą Strażą Pożarną – tak zwane Majowe Bałysowanie. realizowane są wówczas występy, naprzeciw chaty rozkładane są duże namioty, a wewnątrz galerii prezentowana jest wystawa okolicznych twórców. – W tym roku po raz pierwszy to wydarzenie się nie odbyło, ale najprawdopodobniej niedługo powróci w odświeżonej formule. Zastanawiamy się bowiem z przedstawicielami gminy nad wprowadzeniem zmian, by urozmaicić jego program i charakter.

Również w maju gospodarze Bałysówki przyłączają się do organizowanej przez Muzeum Miejskie w Wadowicach Nocy Muzeów. Wydarzenia w ramach tego przedsięwzięcia realizowane są w różnych miejscowościach powiatu. – Oprócz możliwości zwiedzania naszej galerii przygotowujemy zawsze jakieś atrakcje: kręcenie na kole, lepienie, wyklejanie czy wycinanie. W tym roku przeprowadziliśmy warsztaty robienia podkładek pod kubki z mozaiką ceramiczną. A raz zaprezentowaliśmy wypał techniką raku i okazało się, iż ludziom bardzo się to podobało.
Natomiast co roku w lipcu, w okolicach dnia urodzin gospodyni, w Bałysówce odbywa się plener malarski, na który przyjeżdżają zaprzyjaźnieni artyści. – Założenie jest takie, iż przez cały dzień każdy z nas tworzy zaplanowaną pracę. Kiedyś w ten sposób powstały ptaszki, które w tej chwili zdobią nasz płot, kiedy indziej robiliśmy duże postacie anioła i diabła, stojące do dziś w ogrodzie przed Bałysówką. Oprócz pracy twórczej podczas takiego pleneru wspólnie spędzamy czas, rozmawiamy i grillujemy – opowiada Mira Sabatowicz.

Ostatecznie artystka i jej mąż przeprowadzili się do „Bałysówki”, więc stara chata znów – jak przed laty – ma swoich mieszkańców. Wciąż jednak jest otwarta na gości i różne wydarzenia. – Ten dom w dawnych czasach również tętnił życiem. Odbywały się w nim lekcje religii, a podczas kolędy goszczono tu na obiadach księży. Zależy nam więc na tym, by przez cały czas służył ludziom – mówi Mira Sabatowicz.
Paryż, mury i kwiaty
W głowie artystki z Tomic ciągle krążą pomysły na kolejne prace ceramiczne i obrazy. – Zaczęłam ostatnio cykl malarski „Oh, Paris!”. Są to nieduże akwarele będące swego rodzaju podsumowaniem mojej wycieczki do Paryża. Planuję namalować sto takich prac, na razie mam połowę – mówi. – Mam też w planach serię obrazów, które będą przedstawiać stare mury ozdobione kwiatami. Chciałabym malować je szpachlą na dużych, grubo tkanych płótnach, techniką olejną.
Oprócz tego, iż lepienie i malowanie jest dla niej ogromną przyjemnością, satysfakcję sprawia jej również pozytywny odbiór jej prac. – To bardzo miłe, kiedy ktoś chce powiesić mój obraz czy postawić moją ceramikę u siebie w domu. To, iż ktoś docenia to, co robię, niesamowicie uskrzydla i sprawia, iż tworzę z jeszcze większą przyjemnością.
Mira Sabatowicz – ur. w 1959 r. w Krakowie. Artystka tworząca ceramikę, obrazy i rzeźby. Członkini Związku Ceramików Polskich. Właścicielka i założycielka Galerii Sztuki „Bałysówka” w Tomicach. Uhonorowana odznaką Zasłużony dla Kultury Polskiej.






















