Zabieram od teściowej duplikat kluczy po tym, jak znalazłam ją śpiącą w moim łóżku.
Mamusiu po prostu jest zmęczona, Marzena! Robisz z muchy słonia. Przecież starsza kobieta po prostu leży odpoczywać, co w tym takiego przestępstwa? To nie jest obca osoba, a moja mama! mówi Olgierd, podnosząc głos aż do falsetu, nerwowo chodząc po kuchni i chwytając się za oparcie krzesła, jakby szukał w nim wsparcia.
Marzena stoi przy oknie, ręce splecione na piersi. Drży jej drobna drżenie, które stara się ukryć. Przed oczami wciąż wiruje obraz sprzed godziny: wraca z pracy wcześniej z powodu silnej migreny, otwiera drzwi sypialni i widzi teściową. Jadwiga Pawłovna leży na podwójnym łóżku, na samym pościeli, w samym bieliźnie, słodko rechocząc i przytulając poduszkę Marzeny. Na stoliku nocnym stoi pół wypita herbata i leżą połamane ciastka, których okruchy rozsypały się po drogim jedwabistym prześcieradle.
Olgierd, słyszysz mnie? szepcze Marzena, w każdym słowie dźwięczy stal. Leżała w naszym łóżku. W bieliźnie. Jadła ciastka. A my jej nie zapraszaliśmy. Weszła własnym kluczem i zrobiła sobie drzemkę w naszej sypialni. Czy to normalne?
Pewnie podniosło jej ciśnienie! broni się mąż, choć w jego oczach pojawia się dezorientacja. Szła z targu z ciężkimi torbami. Weszła, by napić się wody, poczuła się źle. Co innego mogła zrobić? Położyć się na dywanie w przedpokoju?
Mamy salon z piękną, miękką kanapą. Dlaczego nie położyła się tam? Dlaczego wybrała naszą prywatną sypialnię, do której choćby kota nie wpuszczam? I dlaczego się rozebrała, Olgierd? Gdy ktoś choruje, zwykle dzwoni po karetkę albo do rodziny, a nie organizuje striptiz i piknik w cudzej pościeli.
W tym momencie drzwi łazienki otwierają się i wynurza Jadwiga Pawłovna. Już się ubrała, uczesała i wygląda, jakby była obrażona na dobre maniery. Szlafrok, którym chadza po mieszkaniu (przy okazji, szlafrok Marzeny), wisi jej na ręce.
Słyszę wszystko! ogłasza donośnie, wchodząc na kuchnię i zajmując swoje miejsce przy stole. I przyznam, iż to dla mnie gorzkie. Przychodzę do was z całego serca, troszczę się o was, a w zamian dostaję czarną niewdzięczność.
Marzena powoli odwraca się w stronę teściowej. Głowa wciąż pulsuje, ale gniew działa lepiej niż jakikolwiek lek przeciwbólowy.
Jadwigo Pawłovno, proszę, wyjaśnij mi, co rozumiesz przez troskę? To, iż wchodzisz do naszego domu bez zaproszenia, kiedy nas nie ma? Czy to, iż śpisz w naszym łóżku?
Teściowa zaciska wargi i patrzy na syna, szukając wsparcia.
Olek, spójrz na nią. Przedstawia mnie jako potwora. Przechodziłam obok, pomyślałam, iż wpadnę, podniosę kwiaty, bo u Marii zawsze stok rotmistrzowy liści się suszy. Weszłam, a w oczach zrobiło się ciemno. Zawroty głowy. Wszedłam do sypialni, bo było chłodniej, klimatyzacja, pomyślałam, iż chwilę się położę. A rozebrałam się tak gorąco! Nie chciałam pognieść sukienki, bo to był mój wolny dzień.
A ciastka? pyta Marzena. Czy pomagają na ciśnienie?
Ciastka znalazłam w waszej szafce! Cukier spadł, musiałam podnieść! Nie krytykuj mnie, dziecko, za kawałek chleba. Dałam twojemu mężowi życie, mam prawo do filiżanki herbaty w jego domu.
W jego domu powtarza Marzena echem. Zapominasz, Jadwigo Pawłovno, iż ten dom jest nasz wspólny. Hipotekę spłacamy razem. Zasady ustalamy my.
Marzena podchodzi do stołu i wyciąga dłoń w górę.
Klucze.
W kuchni zapada dzwoniąca cisza. Olgierd przestaje wędrować po mieszkaniu i zatrzymuje się przy lodówce. Teściowa szeroko otwiera oczy, a na jej twarzy pojawiają się czerwone plamki.
Co? pyta, jakby nie słyszała.
Oddaj mi duplikat kluczy do naszego mieszkania. Natychmiast.
Co ty, zwariowałaś! wykrzykuje Jadwiga Pawłovna. Olgierd! Pozwolisz jej tak się ze mną obchodzić? Jestem matką! A co, jeżeli wybuchnie pożar? A co, jeżeli będzie powódź? A co, jeżeli będziemy potrzebowali pomocy? Klucze powinny być zawsze u matki! To prawo bezpieczeństwa!
Damy radę sami przerywa Marzena. Naruszyłaś moje prywatne granice. Użyłaś kluczy nie w nagłych wypadkach, a żeby rządzić naszym mieszkaniem, gdy nas nie ma. Nie mogę ci już ufać. Klucze na stole.
Nie dam! chwyta swoją torbę stojącą na stołku. To mój syn, to jego dom i będę wchodzić, kiedy tylko zechcę! Nie wybijesz mnie! Olgierd, powiedz jej!
Olgierd czerwieni się z bólu. Patrzy najpierw na wściekłą żonę, potem na matkę, która już sięga po tabletki i szuka w torbie koronkę.
Marzenu, może nie trzeba tak ostro? mamrocze. Mama już zrozumiała, nie będzie już tak. Każdemu się zdarzy pomyłka. Dlaczego zabierać klucze? To niewygodne, gdybyśmy je zgubili
jeżeli teraz mnie nie poprzesziesz, Olgierd mówi Marzena cicho, aż włosy na karku Olgierda podkręcają się. Jutro wymienię zamki. Pojutrze wniosę pozew o rozwód. Nie wynajmuję się w klatce przejściowej. Chcę wracać do domu i wiedzieć, iż w moim łóżku nie śpi nikt, nikt nie je z moich naczyń i nie grzebie w moich rzeczach. Wybierasz: albo zachowasz się jak mężczyzna i właściciel domu, albo zostaniesz maminskim syciakiem, ale już bez mnie.
Olgierd patrzy na matkę. Jadwiga Pawłovna stoi z fiolką leku w ręku, czekając, iż syn jak zwykle stanie po jej stronie, obróci się przeciwko żonie i wszystko wróci do starego porządku.
Ale Olgierd przypomina sobie tydzień temu, kiedy matka uporządkowała jego dokumenty i wyrzuciła istotny czek. Przypomina sobie, jak przestawiała meble w salonie, kiedy byli na urlopie, bo tak według fengshuai jest lepiej. Przypomina sobie, jak Marzena płakała wtedy z bezsilności.
Mamo mówi cicho. Oddaj klucze.
Co?! chwyta powietrze Jadwiga. Wyrzucasz mnie? Własną matkę? Z powodu tej histerii?
Mamo, przeszłaś granicę. Spać w naszym łóżku to za dużo. Marzena ma rację. To nasz dom. Oddaj klucze, proszę, nie doprowadzaj do grzechu.
Jadwiga patrzy na syna długim, niszczącym wzrokiem. Potem z drżącymi rękami wyciąga z torby najważniejszy brelok w kształcie króliczka (prezent od Olgierda) i z hukiem rzuca go na stół. Brzęk breloka rozbrzmiewa po całym pomieszczeniu.
Zjem się! wykrzykuje. Nie będzie tu moich stóp! Zapomnieliście matkę, zamieniliście ją w szmatę! Kiedy umrę, nie przychodźcie na mój grób, nie potrzebuję waszych obłudnych łez!
Chwyta torbę, podnosi podbródek i wychodzi z kuchni. Po chwili drzwi wejściowe trzaskają, a tynk z krawędzi odrywa się i spada.
Marzena wydycha i opada na krzesło. Głowa wiruje, migrena wraca z podwójną siłą.
Zadowolona? mruczy Olgierd, nie patrząc na nią. Teraz jej ciśnienie podskoczy, trzeba będzie dzwonić po karetkę. Będę winny.
Nie będziesz winny, a spokojny odpowiada Marzena, chowając klucze do kieszeni. I ja będę spokojna. Dziękuję, Olgierd. Wiem, jak ci było ciężko.
Trudno nie jest to słowo. Ona teraz nie da mi pół roku życia, będzie dzwonić i przeklinać.
Przetrwamy mówi Marzena, obejmując męża od tyłu. Teraz nasz dom jest tylko nasz.
Jednak historia się nie kończy. Marzena, jako kobieta przewidująca, wie, iż Jadwiga Pawłovna nie podda się tak łatwo. Oddane klucze mogły nie być jedynymi. Kto wie, czy teściowa nie zrobiła jeszcze jednego duplikatu?
Następnego dnia, biorąc pół dnia wolnego, Marzena wzywa ślusarza i wymienia zamki. Olgierd nie wie o tym postanowiła oszczędzić mu nerwów i powiedzieć po fakcie. Zamek się zepsuł, zaciął się, musiałam wymienić, wymyśliła.
I, jak się okazało, intuicja jej nie zawiodła.
Trzy dni później, w sobotę, Marzena i Olgierd, korzystając z legalnego weekendu, leżą dłużej w łóżku. Około dziesiątej rano budzą ich dziwne dźwięki. Ktoś usilnie próbuje włożyć klucz do zamka drzwi wejściowych.
Skrzypienie metalu, niezadowolone mamrotanie, kolejna próba. Potem cisza i kolejny dźwięk.
Marzena i Olgierd patrzą na siebie.
Czekasz kogoś? szeptał mąż.
Nie. A ty?
Nie.
Wstają cicho i podchodzą na palcach do drzwi. w oku jest ciemno ktoś zasłonił je palcem.
Co to za pierdoły! rozlega się zza drzwi znajomy głos Jadwigi Pawłownej. Utknęło? Czy złe klucze? Nie, to ten z czerwoną wstążką
Marzena patrzy na męża triumfalnie. Olgierd blaknie.
Zrobiła kopię mówi Marzena. Wiedziała, iż będę żądała kluczy i się przygotowała. Albo ma ich kilka.
Za drzwiami dzwoni telefon.
Halo, Łucjo? głos teściowej rozbrzmiewa głośno, nie wstydząc się. Stojałam pod waszym drzwiami! Chciałam zrobić niespodziankę. Upiekłam naleśniki, myślę, iż wpadnę, kiedy jeszcze śpią, nakryję stół, zaparzę kawę. Nie pasuje mi klucz! Muszę przyznać, iż zamki wymieniliście! Co za podłość! Z własnej matki fortecę budują!
Olgierd przykrywa twarz dłonią i przyciska czoło do zimnego metalu. Czuje się zawstydzony.
Co, otwieramy? pyta Marzena.
Trzeba. Inaczej cała klatka schodowa się rozje.
Olgierd gwałtownie odkręca zamknięcie i otwiera drzwi. Jadwiga Pawłovna, która w tym momencie przyciska się do drzwi, próbując dobrać odpowiedni kąt, wpada do mieszkania, ledwie utrzymując równowagę. W jednej ręce trzyma talerz z naleśnikami pod przykryciem ręcznika, w drugiej telefon i zestaw kluczy.
O! Obudziłyście mnie! nie przejmując się, woła. A ja się staram zamknięliście je?
Zmieniliśmy, mamo mówi Olgierd lodowatym tonem, którego Marzena nigdy nie słyszała. Specjalnie zmieniliśmy, żeby takie niespodzianki nie zdarzały się.
Jakich niespodzianek? krzywi oczy teściowa, udając niewinną. Mam naleśniki z twarogiem, twoje ulubione.
Mamo, trzy dni temu wywołałaś scenę, rzuciłaś klucze i krzyczałaś, iż twoich nóg tu nie będzie. Dziś próbujesz włamać się do nas z ukrytą kopią! Rozumiesz, jak to wygląda?
Nie ukryłam! To stary komplet, o którym zapomniałam, a potem znalazłam w zimowej kurtce! wyjaśnia Jadwiga. I nie włamywam się! Chciałam po prostu zrobić najlepsze śniadanie w łóżku!
Nie chcemy od ciebie śniadania w łóżku, mamo. Chcemy prywatności. Kłamałaś, iż oddałaś klucze, a sama przyszła sprawdzić, czy zapasowy działa.
Bo potrzebuję waszego klucza! obraża się teściowa, kładąc talerz z naleśnikami na stoliku w przedpokoju. Ból mi! Żyjcie po swojemu, synu! Ja przychodzę z dobrą wolą, a wy
Odwraca się, by wyjść, ale w tym momencie na klatkę schodową wchodzi sąsiadka, ciocia Wanda, ciekawska i bystra. Wynosi śmieci, ale zatrzymuje się przy otwartych drzwiach.
O, Jadwigo! Co to za hałas tak wcześnie? Myślałam, iż ktoś jest okradany.
Okradzeni, Wanda, jak okradzeni! od razu znajduje wdzięcznego słuchacza teściowa. Duszę okradają! Synowi od mamy odbierają, zamki zmieniają, nie wpuszczają! Naleśniki przyniosłam, a oni odwracają!
Ojej, kiwa głową ciocia Wanda, przymrużając oczy. Słyszałam, iż klucze szeleszczą dziesięć minut. Pomyślałam, iż to włóczkowie. A to ty w gości przychodzisz? Bez zaproszenia, własnym kluczem?
A co w tym? To mój syn!
Nie wiem, Tato. Do swojej synowej się nie wpakowuję. Młodzi mają swoje sprawy. Może biegają nagiW końcu wszyscy usiedli przy stole, zjedli, i postanowili, iż od tego dnia drzwi będą zamykane na klucz i granice każdej rodziny będą szanowane.











