Wspomnienia spod jarzma matki
Miałam wtedy trzydzieści pięć lat. Nazywałam się Wioletta Mazur, cicha i nieśmiała kobieta, którą życie raczej nie rozpieszczało. Nigdy nie chodziłam na randki, choć od lat pracowałam jako księgowa w jednym z biur w Krakowie. Od razu po skończeniu technikum dostałam tę posadę i tak już zostało stale to samo miejsce, ci sami ludzie.
Nie przywiązywałam wielkiej wagi do swojego wyglądu. Ubierałam się w workowate, bezkształtne ubrania, byłam nieco pulchniejsza, z wiecznie smutnym spojrzeniem i opadniętymi kącikami ust. Mama, Grażyna, dorobiła się mnie mając osiemnaście lat ojca nigdy nie poznałam, matka nigdy o nim nie mówiła. Wychowywałam się na wsi niedaleko Nowego Sącza u babci Jadwigi, skończyłam tam szkołę i dopiero podczas technikum przeniosłam się do mamy do miasta.
Kiedy dorastałam u babci, mama hasała po Krakowie, zmieniała mężczyzn i bawiła się życiem. Słynęła z urody i roztrzepania, do wsi wpadała rzadko, raz na miesiąc, czasem rzadziej. Zwykle przywoziła mi zabawkę, a potem znikała. Babcia była surowa, więc miłości i ciepła nie zaznałam ani od niej, ani od matki.
Z biegiem lat wciąż mieszkałam z mamą w małym mieszkaniu na osiedlu. Grażyna, pięćdziesięcioparoletnia, była zadbana i pełna energii, korzystała z drogiej polskiej kosmetyki, odwiedzała fryzjera, choćby chodziła czasem na randki. Ja jej całkowite przeciwieństwo.
Właśnie skończyłam dzień pracy, przekazałam dokumenty koleżance, która miała mnie zastąpić na urlopie i wyszłam z biura.
No i mam kolejny urlop pomyślałam z ciężkim sercem. Premia schowana w torebce. Szkoda, bo zaraz znowu mama zabierze mi wszystkie pieniądze. Pewnie spędzę urlop w domu Mam tego wszystkiego dosyć Czemu nie potrafię postawić na swoim, przecież nie jestem już dzieckiem, a mama wciąż trzyma mnie przy sobie. Domaga się svaki grosz, pensją nie mogę rozporządzać po swojemu. Żadnych perspektyw
Otwierając drzwi do mieszkania, zobaczyłam mamę w przedpokoju, już na mnie czekała.
W końcu wróciłaś, powiedziała Grażyna. Dostałaś premie urlopową? Dawaj tu.
Dostałam, odparłam spokojnie. Oddam zaraz, tylko się przebiorę
Zdążysz się rozebrać
Otworzyłam torebkę i szukałam portmonetki.
Boże, chodzisz z taką starą torebką, wstyd, jakbyś babcią była, nie żenujesz się? wytknęła mi matka.
Zatkało mnie, łzy napłynęły do oczu.
A skąd mam mieć pieniądze na nową torebkę, przecież wszystko mi zabierasz, wymsknęło mi się nagle, sama się dziwiłam własnej odwadze.
To nie tylko torebka, ty cała jesteś niechlujna i zbyt pulchna. Powinnaś schudnąć i zadbać o siebie, zadrwiła Grażyna. Wstyd mi z tobą gdzieś się pokazać.
Wstyd? krzyknęłam. A zabieranie moich pieniędzy cię nie wstydzi? I tak nigdzie ze mną nie wychodzisz. Krzyknęłam głośniej, a potem rozpłakana wybiegłam z mieszkania.
Biegłam po schodach, aż usiadłam zapłakana na ławce przed blokiem, chowając twarz w dłoniach. Nie wiem ile minęło czasu, gdy usłyszałam głos.
Wioletta, co się stało? Gdy podniosłam głowę, zobaczyłam panią Annę Grochowską, starszą sąsiadkę z pierwszego piętra obok. Przysiadła się, ujęła moją dłoń. Czy aż tak źle, iż płaczesz?
Nie wytrzymałam i opowiedziałam jej wszystko.
Mama bierze całe moje pieniądze, kupuje sobie kosmetyki i ubrania, a ja chodzę w starych rzeczach. Zawsze byłam zbyt uległa, babci nie umiałam się przeciwstawić, a teraz matce Grażyna jest surowa i złośliwa Anna kiwała głową, a mnie zrobiło się trochę wstyd.
Ach, co ja mówię o własnej matce. Pewnie myśli pani, iż jestem plotkarą. No ale pech w życiu mam na pewno.
Anna Grochowska dobrze znała Grażynę, nigdy jej nie szanowała. Wiedziała, iż córka żyje pod jej jarzmem.
Wioletto, przestań się zamartwiać. Jesteś dorosłą kobietą, powinnaś w końcu zadbać o siebie.
Jaka tam ze mnie kobieta Nikt mnie nie kochał, nikomu nie jestem potrzebna
Musisz uciec od matki, powiedziała stanowczo sąsiadka. Spojrzałam na nią przestraszona.
Dokąd pójdę? Moja pensja starcza tylko na jedzenie, nie stać mnie na wynajem. A mama będzie krzyczeć, premii jej nie oddałam. Po prostu nie wytrzymałam oburzyła mnie jej złośliwość.
A więc dostałaś premie i jeszcze jej nie oddałaś. Nie martw się o matkę ona sobie poradzi. Ty myśl o sobie. Mam propozycję pojedź na moją działkę pod Tarnowem. Dom solidny, mój zmarły mąż go stawiał. Nie wezmę od ciebie ani złotówki, odpocznij wreszcie.
Pani Anno, a nie boi się pani puścić mnie do siebie? zapytałam nieśmiało.
Głupoty gadasz, przecież dobrze cię znam. Zaraz przyniosę klucze, zapiszę adres i mój numer.
Dotarłam na dworzec, kupiłam bilet na pociąg i usiadłam przy oknie, podpatrując innych podróżnych. Nigdy nigdzie nie wyjeżdżałam dom, praca, to całe życie. Przestałam się przejmować, patrzyłam na pejzaże, które przesuwały się za oknem. Wysiadłam na odpowiednim przystanku, gwałtownie doszłam do działki i weszłam do domu.
Otoczyła mnie kojąca cisza. Przeszłam się po kątach, zasiadłam w starym fotelu.
Boże, tak cicho Jak przyjemnie być samej, nieznany świat spokoju i wolności, myślałam.
Matka nie stała mi nad głową, nie szydziła. Znalazłam pilota na stole i włączyłam telewizor, leciało jakieś polskie show zwykle matka nie pozwalała oglądać, zawsze wszystko przełączała na swoje programy, niezależnie od mojego zdania.
Ty sama jesteś niechlujna, więc i głupoty oglądasz, szydziła matka, nie pozwalając mi zaprotestować, wyzywając od najgorszych.
Nigdy nie odważyłam się jej odpowiedzieć, zawsze pochylałam głowę coraz niżej, gdy zaczynała wyzywać. choćby w myślach nie stawiałam matki do pionu.
Obeszłam dom, włączyłam lodówkę, wsadziłam do środka paczkę polskich pierogów, sera i jogurtu, które kupiłam jeszcze przed pociągiem koło dworca.
Ugotowałam pierogi, zjadłam z apetytem i poczułam, jak ogarnia mnie spokój.
Jak dobrze być samej, cieszyłam się.
Po chwili zadzwonił telefon. To była matka.
Uciekłaś, widziałam cię na ławce z Anną. No zobaczymy, jak sobie poradzisz sama. I tak wrócisz. Słuchasz obcych ludzi, nikt ci nie pomoże, bo jesteś niezdolna do życia. Zginiesz beze mnie
Wyłączyłam połączenie, wiedząc, iż za chwilę będzie wyzywać. Co dziwne, nie poczułam żalu. Wieczorem zadzwoniła Anna Grochowska.
Wioletko, jak się czujesz, urządziłaś się?
Tak, pani Anno, dziękuję.
Jutro przyjedzie do ciebie mój siostrzeniec Stefan. Przywiezie twoje rzeczy.
Jakie rzeczy?
Grażyna przyniosła wielki worek z twoimi rzeczami i powiedziała: Zabrałaś moją córkę, to i rzeczy zabieraj.
Dobrze, a jak rozpoznam Stefana?
Przyjedzie samochodem, zna moją działkę, wysoki, okularnik…
A to na pewno w porządku?
Wioletta, nie zadawaj dziwnych pytań. Zacznij wreszcie żyć! Pokochaj siebie, zadbaj o siebie jesteś ładna, tylko się zaniedbałaś. Zmień ubrania, zrób coś dla siebie. No, do jutra!
Na trawie błyszczała rosa, szczekał gdzieś pies, ptaki śpiewały.
Zamyśliłam się nad tymi słowami, podeszłam do lustra.
Faktycznie, oczy mam ładne, tylko smutne, włosów dużo, tylko wiecznie w kok spięte jak u babci muszę schudnąć, mama miała rację w tej jednej sprawie.
Spałam tam spokojnie ani razu się nie obudziłam. Rankiem słońce próbowało wedrzeć się przez firanki, otworzyłam okno, patrząc na rosę i czując, jak ptaki śpiewają, w oddali szczekał pies.
Ależ piękny poranek, pomyślałam, przeciągając się.
Usiadłam na werandzie, wzięłam kawę znalezioną w szafce. Włączyłam telewizor. Przyszło mi do głowy, żeby zmienić pracę, pomyśleć o wynajęciu mieszkania przecież na działce nie będę wiecznie, do miasta mam daleko. O matce nie myślałam. Serce drżało na myśl o nowym życiu.
W końcu będę żyć samodzielnie, bez zależności od mamy, moją myśl przerwało ciche pukanie do drzwi.
Kto tam? zaniepokojona uchyliłam drzwi.
Za progiem stał wysoki mężczyzna w okularach, z dużą torbą.
Dzień dobry, przywitał się. Nazywam się Stefan, pani to Wioletta?
Tak, zapraszam, ustąpiłam miejsca.
Ciocia Anna prosiła, żebym przywiózł pani rzeczy i pomógł. Może musisz coś załatwić, mam samochód, możesz mówić śmiało, Wioletto. Ciocia opowiadała mi trochę o pani. Przepraszam znam pani historię.
Tak właśnie poznałam Stefana przyszłego męża. Pokochaliśmy się od razu. Jego pierwsze małżeństwo było nieudane, ja też należałam do tych nieszczęśliwych. Gdy się zakochałam, wszystko się zmieniło spokój, pewna siebie postawa, szczery uśmiech, znikły zahamowania. Schudłam, wybrałam nowe ubrania, poszłam do fryzjera i kosmetyczki zmieniono mnie nie do poznania.
To naprawdę ja? śmiałam się przed lustrem, z każdym dniem coraz pogodniejsza.
Stefan zaprosił mnie do siebie do miasta do mieszkania w centrum Krakowa.
Wioletko, zawsze marzyłem o kobiecie takiej jak ty mądrej, dobrej, troskliwej. Nie bawmy się w konwenanse, jesteśmy dorośli wyjdź za mnie!
Oczywiście się zgodziłam, wiedziałam, iż mam szczęście. Ślub był spokojny, skromny, zaprosiliśmy choćby Grażynę. Oczywiście złośliwiła się już przy stole, ale Anna Grochowska natychmiast ją uciszyła. Mama gwałtownie wyszła, choćby nie zauważyłam jej odejścia.
Rodzina Stefana polubiła mnie od razu. Stefan patrzył na mnie zakochanym wzrokiem i myślał:
Prędzej czy później szczęście dopada każdego tak stało się i z nami, Wioletko.
Wkrótce spodziewałam się dziecka podwójna radość. Moje szczęście przyszło późno, ale w końcu nadeszło. Zapomniałam już, jak wyglądało życie pod twardą ręką matki. Odnalazłam w sobie siłę, by zmienić swoje losy. Nie tylko wypiękniałam na zewnątrz rozkwitłam wewnętrznie. Bo pierwszy raz w życiu pokochałam siebie i Stefana.
Dziękuję za przeczytanie tej historii, za wsparcie i życzliwość. Szczęścia Wam życzę!











