Wyszłam na chwilę do kuchni, żeby zalać herbatę, i wtedy usłyszałam, jak w salonie coś cicho brzękło. Nie dzwonek, nie telefon — jakby ktoś przesunął szklankę po blacie. Wróciłam z kubkiem i zobaczyłam, iż pani Halina siedzi dalej na swoim miejscu, tylko torebkę trzyma teraz na kolanach, obiema rękami, jakby się bała, iż ktoś jej ją zabierze.

polregion.pl 1 tydzień temu

Pracuję w zakładzie pogrzebowym „Ostatnia Posługa” w Radomiu od jedenastu lat. Zaczynałam jako recepcjonistka, teraz prowadzę ceremonie. Przez ten czas widziałam setki pogrzebów, ale tę kobietę zapamiętam do końca życia.

Pierwszy raz zjawiła się we wtorek, w południe. Miała na sobie granatowy płaszcz zapięty pod szyję, chociaż na dworze było osiemnaście stopni. Stanęła przy drzwiach i rozejrzała się po ścianach, jakby czegoś szukała. Potem podeszła do mnie i zapytała, czy może usiąść. Powiedziałam, iż oczywiście. Usiadła na krześle obok kaloryfera i tak po prostu została.

— Organizuje pani pogrzeb? — zapytałam, bo to standardowe pytanie.

— Nie — odpowiedziała. — Chcę popatrzeć, jak to robicie.

Nie zrozumiałam, ale nie ciągnęłam. W naszym zawodzie człowiek uczy się nie zadawać zbyt wielu pytań w pierwszych pięciu minutach. Ludzie przychodzą do nas w różnym stanie i czasem odzywają się dopiero po godzinie.

Siedziała do zamknięcia. Kiedy podnosiłam się, żeby zgasić lampę, podniosła się też i wyszła bez słowa. Następnego dnia znowu przyszła. I następnego.

Za trzecim razem przyniosła w torbie jabłko i położyła je na kaloryferze. Powiedziała, iż to dla mnie. Nie zgniło się do piątku, więc widać naprawdę było świeże.

W czwartek — a był to czwartek, bo pan Grzegorz, nasz trumienny, przyniósł rachunki — pani Halina zapytała, czy może dotknąć wieka trumny. Trumna czekała na jutrzejszą ceremonię, jesionowa, z okuciem w kolorze mosiądzu. Stała na podwyższeniu w sali pożegnań, a obok leżał wieniec od rodziny.

— Niech pani nie dotyka — powiedziałam odruchowo, ale potem zobaczyłam jej twarz i dodałam: — Rękawiczkę pani dać?

Nie odpowiedziała. Wyciągnęła dłoń i położyła ją na wieczku w miejscu, gdzie u mężczyzny znajdowałoby się serce. Zostawiła tak przez kilka sekund, potem cofnęła rękę i odeszła do swojego krzesła.

Zaczęłam ją obserwować uważniej. Była chuda, ale nie chorobliwie. Siwe włosy obcięte tuż za uszy. Kiedy mówiła, bawiła się suwakiem od torebki, zaciągała go w górę i w dół, ale rzadko cokolwiek mówiła. Przez te wszystkie dni, które spędziła w zakładzie, dowiedziałam się o niej tylko jednego: iż ma syna i iż mieszka w bloku na osiedlu Gołębiów.

— Syn — powiedziała któregoś dnia, kiedy z radia leciał akurat stary przebój z lat osiemdziesiątych. — On ma teraz czterdzieści trzy lata. Jak był taki, to biegał po osiedlu i zrzucał jabłka z lipy. Myślałam, iż z tego wyrośnie. A wyszło inaczej.

Nie zapytałam, co wyszło inaczej. Wiedziałam, iż powie sama, jeżeli zechce.

W piątek rano zjawiła się przed ósmą, chociaż otwieramy o ósmej. Stała pod drzwiami i grzebała w torebce, jakby przygotowywała sobie legitymację. Kiedy otworzyłam, podała mi kopertę. Zwykłą, białą, bez nadruku.

— To dla pani — powiedziała.

W środku było pięćset złotych. Równe, nowe banknoty.

— Nie mogę tego przyjąć — zaczęłam, ale ona uciszyła mnie ruchem dłoni.

— To nie dla pani. To za usługę.

— Jaką usługę?

— Pogrzebowy.

Umówiła się na konsultację, wyjaśniła. adekwatnie nie umówiła — zadzwoniła tydzień temu i powiedziała, iż chciałaby porozmawiać o planowaniu czegoś z wyprzedzeniem. Potem się rozmyśliła, mówiła. Woli najpierw zobaczyć, jak firma wygląda od środka.

— Syn zginął w wypadku — powiedziała potem, przy automacie z kawą, gdzie akurat wymieniałam kubki. — Rok temu w lipcu. Na obwodnicy. Wiózł meble dla matki, czyli dla mnie, tyle iż ja o niczym nie wiedziałam. Nie zdążył zadzwonić. Zginął na miejscu.

Wylałam kawę na blat. Wylałam, bo zapomniałam podstawić kubek.

Ona mówiła dalej, równo, jakby recytowała z pisma:

— Pogrzeb robiła inna firma. Z Krakowa. Syn mieszkał w Krakowie ostatnio. Rodzina z jego strony, ta, która przyjechała, traktowała mnie tak, jakbym ja do tego doprowadziła. Jakbym to ja prosiła go o te meble. Jakbym to ja wybrała, żeby wracał nocą. Na ceremonii usiadłam z tyłu, za wszystkimi. Nikt mi nie podał ręki. Nikt nie zaprowadził do grobu. Kiedy przeszli, ja jeszcze stałam pod kaplicą i patrzyłam na drzwi. Zostałam na cmentarzu do wieczora, aż grabarz kazał mi iść do domu, bo zamyka.

Słuchałam tego, czyszcząc ekspres. Nie potrafiłam jej przerwać.

— Więc teraz — powiedziała pani Halina — chcę wszystko zrobić inaczej. Już wiem, gdzie będzie mój pogrzeb. Tu, w Radomiu. W tym zakładzie. I chcę, żeby to pani poprowadziła ceremonię, bo pani mi tego nigdy nie powiedziała — iż nie mogę dotykać trumny, tylko dała mi rękawiczkę.

Zamarłam z ręką przy pojemniku na fusy.

— Pani Halino — odezwałam się — ale przecież pani żyje.

— Żyję — zgodziła się. — Tylko nikt inny mi tego nie poprowadzi. Syn nie żyje. Synowa nie odbiera telefonów. Wnuczka, jak dzwonię, to mówi, iż później oddzwoni, i nie oddzwania. Po co mam czekać, aż położą mnie w opakowaniu po kimś innym? Sama to zrobię. Po swojemu.

I wtedy otworzyła torebkę i wyjęła plik papierów. Metryczkę chrztu, dowód osobisty, dokumentację lekarską, jakąś starą legitymację kolejową. Położyła to na biurku, jedno obok drugiego, jakby wykładała karty w grze.

— Chcę to wszystko zabezpieczyć — powiedziała. — Wszystko ma być zapłacone. Żeby nikt nie musiał nic robić. I żeby nikt nie stał z boku, jak ja na tym cmentarzu.

Sporządziłyśmy umowę. adekwatnie ja sporządziłam, ona dyktowała. Trumna sosnowa, beżowa tapicerka, bez owalnego zdjęcia — powiedziała, iż nie chce, żeby na nią patrzyli z ramki, jakby nie umarła naprawdę. Grób na radomskim cmentarzu komunalnym, sektor dwunasty, obok jej męża. Mąż zmarł dwadzieścia lat temu. Zostawił jej naczepę samochodową i działkę pod Radomiem, ale naczepa poszła na złom, a działkę przepisała synowi, kiedy ten obiecał, iż postawi na niej dom.

Nie postawił.

W sobotę pani Halina podpisała ostateczne dyspozycje. Przelewem wysłała pełną kwotę, sześć tysięcy osiemset złotych. Powiedziałam, iż to dużo na sam przód, iż mogła rozłożyć na raty.

— Nie — powiedziała. — Całą. Od razu. Żeby było zamknięte. — I zaciągnęła suwak w torebce tak, iż pękł. — No i proszę. Torebka też mi się wysłużyła.

W poniedziałek rano, kiedy przyszłam otworzyć biuro, zastałam pod drzwiami mężczyznę. Miał golf pod szyją, chociaż słońce przygrzewało. Palił papierosa przy wejściu, chociaż jest strefa zakazu.

— Pani z zakładu? — zapytał.

— Tak.

— Jestem synem Haliny Wąsik.

Zatkało mnie. Bo syn Haliny Wąsik nie żyje od roku.

— Syn — poprawił się, widząc moją minę. — To znaczy, pasierb. Z pierwszego małżeństwa jej męża. Nosił inne nazwisko, Wąsik nie był jego biologicznym ojcem. — Zaciągnął się. — Matka, to znaczy Halina, zniknęła z domu w zeszłym tygodniu. Ktokolwiek widział, mówi, iż przychodziła tutaj. Chcę wiedzieć, co ona nabroiła.

— Nie mogę udzielać informacji o klientach — powiedziałam.

— To może pani jej powie, iż ją szukam.

Nie powiedziałam.

Bo ja już rozumiałam, dlaczego pani Halina tak długo chodziła do nas jak do domu. Nie po pogrzeb. Nie po plan. Tylko po to, żeby przez kilka godzin dziennie być w miejscu, gdzie ktoś jej nie przerywał, nie uciszał, nie mówił, iż nie zdążył zadzwonić.

We wtorek pani Halina przyszła po raz ostatni. Stanęła przy biurku, wyjęła z torby mały czarny notes i położyła go między papierami.

— To numery — powiedziała. — Do synowej i do wnuczki. Jakby co.

— Jakby co — powtórzyłam.

— No. Gdyby trzeba było zawiadomić. — Wzięła oddech. — Wolałabym, żeby nie. Żeby zamiast tego pani do nich zadzwoniła dzień po mojej śmierci i powiedziała im, iż pogrzeb odbędzie się bez ich pomocy. Że wszystko już zapłacone. I iż nie jestem im nic winna.

Kiedy wychodziła, zaciągnęła suwak w tej pękniętej torebce. Znowu się rozjechał. Zostawiła go rozpiętego. Nie poprawiła.

Dwa tygodnie później odebrałam telefon z pogotowia. Pani Halina Wąsik zmarła w nocy, we własnym łóżku, na zawał. Miała siedemdziesiąt dwa lata.

Ceremonię poprowadziłam w czwartek, o trzynastej. Tak jak zapisała: trumna sosnowa, beżowa tapicerka, żadnego owalnego zdjęcia. Pasierb stał z boku, z założonymi rękami, i patrzył na mnie przez cały czas, jakby czekał, aż powiem coś nie tak. Nie powiedziałam. Na koniec, zamiast podziękowań i konwencjonalnej formułki, odczytałam zdanie, które zapisała własnoręcznie w umowie, litera po literze: „Żyłam, jak umiałam. Nikt nie musi już nic robić”.

Kiedy trumnę opuszczano, pasierb ruszył do przodu, jakby chciał rzucić na nią ziemię. Grabarz podał mu ją bez słowa. Rzucił garść. Potem drugą. Potem trzecią. Stał tam i rzucał, aż skończyła mu się ziemia w dłoni.

Wyszłam z cmentarza ostatnia, po wszystkim. Na bramie wisiała tabliczka z ogłoszeniem, iż sektor dwunasty zostanie zamknięty do odwołania z powodu remontu. Nikt jej nie zdejmował, chociaż ceremonia dawno się skończyła.

Wróciłam do biura. Na biurku leżał ten mały czarny notes z numerami do synowej i do wnuczki. Otworzyłam go, chociaż nie musiałam. Wyjęłam telefon i wybrałam pierwszy numer. Kiedy po drugiej stronie odezwał się kobiecy głos, powiedziałam:

— Dzień dobry, dzwonię z zakładu pogrzebowego. W sprawie pani Haliny Wąsik. Wszystko już zapłacone. Pogrzeb się odbył. Nikogo nie obciążamy. — I dodałam, zanim zdążyła odpowiedzieć: — Zostawiła pani numer. Gdyby pani chciała, grób jest w sektorze dwunastym, na cmentarzu komunalnym.

Głos po drugiej stronie milczał przez dłuższą chwilę. Potem usłyszałam westchnienie, jakby ktoś odłożył słuchawkę na stół.

Nie czekałam. Rozłączyłam się i zamknęłam notes. Suwak od jej torebki leżał na moim parapecie, przyniesiony przez kogoś w dniu ceremonii. Wsunęłam go do szuflady.

Trzeba wymienić. Nie wiem, co się robi ze starymi suwakami.

Ale zatrzymam go.

Idź do oryginalnego materiału