Wysunęłam się dziś wieczorem z domu mojego syna, zostawiając za sobą jeszcze parującą na stole pieczeń i zmięty fartuch na podłodze. Nie przestałam być babcią. Przestałam być przezroczysta we własnej rodzinie.
Mam na imię Genowefa. Mam sześćdziesiąt osiem lat i od trzech lat po cichu prowadzę dom mojego syna Pawła bez wynagrodzenia, bez uznania, bez chwili oddechu. To o takich ludziach mówi się: Potrzeba całej wioski, żeby wychować dziecko. Ale dzisiaj starszyzna wioski ma nieść brzemię w ciszy, nie śmiejąc się odezwać.
Pochodzę z czasów, kiedy obtarte kolana były częścią dzieciństwa, a zapalone latarnie na ulicy oznaczały, iż pora wracać do domu. Gdy wychowywałam Pawła, obiad był zawsze punktualnie o szóstej. Jadło się to, co było, albo czekało się do rana. Nie było warsztatów z emocji była odpowiedzialność. To nie było perfekcyjne, ale uczyło znosić dyskomfort, szanować wysiłek i stać na własnych nogach.
Moja synowa, Jagoda nie jest złą osobą. To oddana matka, która kocha swojego syna Antosia ponad wszystko. Ale boi się etykiet na jedzeniu, błędów wychowawczych, zgaszenia w nim indywidualności, oceny obcych ludzi w internecie.
I przez ten strach, mój ośmioletni wnuk trzyma całą rodzinę w garści.
Antoś jest bystry i potrafi być miły, ale nigdy w życiu nie usłyszał słowa nie bez negocjacji.
Dzisiaj był wtorek mój najdłuższy dzień. Przyszłam do nich jeszcze przed świtem, żeby odprowadzić Antosia na autobus, bo oboje rodzice harują w korporacji, na dom, w którym praktycznie nie mieszkają. Wyprałam wszystko. Wyprowadziłam psa. Ułożyłam spiżarnię, gdzie wykwintne, ekologiczne przekąski stoją obok tych zwykłych, które kupuję za emeryturę.
Chciałam, żeby dzisiejsza kolacja była ciepła, przytulna. Spędziłam cztery godziny nad tradycyjną polską pieczenią wołowina, ziemniaki, marchew, rozmaryn taki obiad, który pachnie domem i wspomnieniem.
Paweł i Jagoda wrócili późno, zapatrzeni w telefony, rozmawiali o terminach. Antoś leżał rozciągnięty na kanapie, oświetlony tylko światłem tabletu, słuchał wrzasków z jakieś gry.
Obiad gotowy powiedziałam, stawiając półmisek.
Paweł siadł, choćby nie podnosząc wzroku. Jagoda zmarszczyła brwi.
Staramy się ograniczać czerwone mięso rzuciła cicho. A te marchewki są na pewno ekologiczne? Wiesz przecież, iż Antoś jest wrażliwy.
To po prostu obiad odpowiedziałam. Prawdziwe jedzenie.
Paweł zawołał na Antosia. Odpowiedź padła z kanapy:
Nie! Jestem zajęty!
Za moich czasów ekran już by zgasł. Ale dzisiaj nikt nie drgnął.
Jagoda poszła go przekonywać. Słyszałam negocjacje, obietnice, tłumaczenia.
Antoś wszedł z tabletem w dłoni, spojrzał na jedzenie i odepchnął talerz.
To jest obrzydliwe rzucił. Chcę nuggetsy.
Paweł milczał. Jagoda podeszła do zamrażalnika.
Wtedy coś się we mnie złamało to nie był gniew, tylko rozpacz.
Usiądź powiedziałam.
Zastygła.
Zje to, co jest na stole, albo grzecznie odejdzie od stołu powiedziałam spokojnie.
Paweł wreszcie podniósł wzrok. Proszę nie zaczynajmy. Nie mamy siły. Po co go stresować?
Stres? powtórzyłam. Uważasz, iż odmówienie nuggetsów to trauma? Uczycie go, iż wszyscy muszą się dostosować do jego wygody. Że wysiłek drugiego nic nie znaczy.
Praktykujemy delikatne wychowanie Jagoda powiedziała lodowato.
To nie wychowanie odpowiedziałam. To kapitulacja. Boicie się jego niezadowolenia, dlatego stał się centrum wszechświata. Nie jestem tu rodziną jestem obsługą.
Antoś wrzasnął i rzucił widelcem. Jagoda rzuciła się by go uspokoić.
Babcia sobie nie radzi z emocjami szepnęła.
Wtedy już wiedziałam, iż mam dość.
Rozwiązałam fartuch, złożyłam go i położyłam obok nietkniętej kolacji.
Masz rację powiedziałam. Nie radzę sobie. Nie umiem patrzeć, jak mój syn jest statystą we własnym domu. Nie umiem patrzeć, jak dziecko zostaje bez granic. I nie potrafię czuć się szanowana.
Chwyciłam torebkę.
Odchodzisz? zapytał Paweł. Masz zająć się nim jutro.
Nie.
Nie możesz tak po prostu wyjść.
Owszem, mogę.
Przeszłam przez cichą ulicę.
Potrzebujemy cię! krzyczała Jagoda. Rodzina pomaga rodzinie!
Wioska to szacunek odpowiedziałam. To nie wioska. To okienko obsługi a ja zamykam interes.
Pojechałam, aż znalazłam park. Siedziałam w ciemności, otworzyłam okno i oddychałam zapachem mokrej trawy.
Wtedy je zobaczyłam maleńkie, żółte światełka, migające w wysokiej trawie.
Świetliki.
Kiedyś z Pawłem je łapałam, gdy był chłopcem. Podziwialiśmy je, a potem wypuszczaliśmy. Uczyliśmy go, iż pięknych rzeczy nie można zatrzymywać na siłę.
Patrzyłam na ich taniec.
Telefon wciąż wibruje. Przeprosiny. Zarzuty. Wyrzuty sumienia.
Nie odbieram.
Pomyśleliśmy, iż dajemy dzieciom wszystko, a tak naprawdę nie dajemy im siebie. Zamieniliśmy bliskość na ekrany, dyscyplinę na wygodę. Boimy się, iż nas nie polubią i przez to nie wychowujemy silnych ludzi.
Kocham wnuka na tyle, by pozwolić mu się zmagać.
Kocham syna na tyle, by pozwolić mu się nauczyć.
I po raz pierwszy od lat kocham siebie na tyle, by wrócić do domu, zjeść w spokoju i pozwolić świetlikom być wolnymi.
Wioska jest zamknięta na remont.
Kiedy otworzę ją z powrotem, wstęp będzie miał tylko ten, kto potrafi okazać szacunek.
