Wysłali do domu opieki
Ty mi to daj spokój, Zosiu, choćby się nie waż tego mówić! Klara Stanisławowna z rozmachem odsunęła talerz z owsianką. Do jakiegoś domu starców chcesz mnie oddać?
Żeby mnie tam truli, dusili poduszką, żebym się nie darła?
Nie doczekasz się!
Zosia westchnęła głęboko, starając się nie patrzeć na drżące dłonie babci.
Babciu, jaki dom starców? To prywatny dom opieki. Obok las, pielęgniarki całą dobę.
Masz tam towarzystwo, ogromny telewizor.
A tutaj całymi dniami sama, jak tata w pracy.
Znam ja to ich „towarzystwo”, warknęła staruszka, poprawiając się na poduszkach. Oskubią do zera, mieszkanie zabiorą, a mnie na śmietnik.
Tomkowi powiedz: matka, póki żyje, z tego mieszkania nie wyjdzie. Niech sam się mną zajmuje. Jest synem, czy kim?
Wychowywałam go, po nocach czuwałam, jak na ospę chorował. Teraz jego kolej.
Tata haruje na dwa etaty, żeby wykupywać ci lekarstwa! Ma pięćdziesiąt trzy lata, ciśnienie mu skacze, przez trzy lata choćby do kina nie poszedł, nie mówiąc o jakimś urlopie!
Nic nie szkodzi, ucięła Klara Stanisławowna, zaciskając wargi. Młody jeszcze, poradzi sobie.
A ty się nie wtrącaj, dzieci nie uczą rodziców. Idź, wytrzyj tę owsiankę. Syfu narobiłaś!
Zosia wyszła do korytarza i ciężko wypuściła powietrze. Jak z nią rozmawiać?!
Ojciec wrócił do mieszkania o siódmej wieczorem. choćby się od razu nie rozebrał, usiadł na pufie w przedpokoju i przez kilka minut patrzył się w jeden punkt.
Tato, wszystko w porządku? Zosia podeszła, biorąc od niego ciężką torbę z zakupami.
W porządku, Zosiu. W magazynie zawrót głowy, raporty roczne za pasem. Jak babcia?
Bez zmian. Znowu awantura przez ten dom opieki. Twierdzi, iż chcemy ją zgładzić.
Tato, tak się nie da. Sprawdziłam rachunki na jedzenie mamy trzy tysiące złotych.
A muszę jeszcze za akademik zapłacić i kupić podręczniki.
Poradzimy sobie, Tomasz podniósł się z trudem, ściągnął buty. Znalazłem dodatkową pracę. Nocki w ochronie, co drugi dzień.
Oszalałeś? Kiedy będziesz spał? Przewrócisz się gdzieś!
Tomasz nie odpowiedział. Przeszedł do kuchni, nalał wody do rondla i postawił na kuchence.
Jadła?
Połowę wylała na łóżko. Przebrałam pościel.
Dobra. Idź się ucz, masz niedługo egzaminy. Ja ją sam nakarmię i umyję.
Zosia patrzyła jak ojciec, kulejąc, idzie do pokoju mamy.
Było jej go strasznie żal. Widziała, jak z kiedyś krzepkiego, dowcipnego faceta przemienia się w cień.
Zniknęły żarty, nie było już w nim euforii z życia.
***
Po tygodniu było jeszcze gorzej wrócił później niż zwykle, chwiał się na nogach. Zosia natychmiast się zmartwiła.
Tato? Źle się czujesz?
Nic, Zosiu. Zakręciło mi się w głowie w metrze. Straszna duchota.
Siadaj. Zaraz zmierzymy ciśnienie.
Na ciśnieniomierzu pojawiło się 180 na 110. Zosia bez słowa podała mu tabletki.
Jutro nigdzie nie idziesz, musisz zadzwonić po lekarza.
Nie mogę, skrzywił się ojciec. Jutro kontrola w pracy. Jak mnie nie będzie, zabiorą premię. A przyszło nam podwyższenie podatku za babcine mieszkanie.
Sprzedaj je, tato! Zosia zniżyła głos, by nie słyszała babcia. Sprzedaj jej kawalerkę pod Warszawą.
Sześćset tysięcy to dla nas teraz majątek. Spłacimy długi, zatrudnimy porządną opiekunkę.
Tomasz westchnął:
Matka nie daje zgody
Tato, ona tam choćby nie była przez pięć lat! Po co jej to mieszkanie, jeżeli jest przykuta do łóżka?
Ojciec nie zdążył odpowiedzieć zza ściany rozległo się głośne stukanie.
Klara Stanisławowna waliła kubkiem w szafkę, żądając uwagi.
Tomku! Tomku, chodź tu! Z kim tam szepczesz? Znowu mnie obgadujecie?! rozległ się jej chrapliwy głos.
Tomasz westchnął, połknął tabletkę podaną przez córkę i poszedł na wezwanie.
***
Sześć lat temu ojciec miał kobietę. Helena, miła i spokojna, przychodziła do nich, przynosiła ciasta, planowali z tatą wyjazd do ośrodka niedaleko lasu.
Wszystko skończyło się, gdy babcia się położyła. Helena chciała pomagać, ale staruszka zrobiła z jej życia piekło i kobieta nie wytrzymała.
Przyszła, na gotowe chciała wszystko! Mojego syna chce wykorzystać! darła się na cały dom, udawała ataki serca za każdym razem, gdy Tomasz szykował się na spotkanie z Heleną. Precz z nią! Żeby mi już tu więcej nie weszła!
W końcu Helena odeszła, a tata choćby nie próbował jej zatrzymać.
Telefon zadzwonił, gdy Zosia uczyła się do egzaminu. Ojca nie było jeszcze w domu.
Halo?
Czy to pan Tomasz Nowak? zapytał męski głos.
Nie, to jego córka. Stało się coś?
Dziewczyno, tu z działu kadr. Twój ojciec dziś na zebraniu stracił przytomność. Wezwaliśmy karetkę, jest w miejskim szpitalu. Zapisz adres.
Zosia w pośpiechu zapisała adres na marginesie notatek. Nie zdążyła dobrze odłożyć słuchawki, babcia już domagała się uwagi.
Zosiu! usłyszała z pokoju. Kto tam dzwonił? Gdzie Tomek? Niech zrobi mi herbatę, chce mi się pić!
Zosia weszła do pokoju. Babcia półleżała, obstawiona poduszkami, niezadowolona i skrzywiona.
Tata w szpitalu, powiedziała krótko.
W szpitalu? Klara Stanisławowna na moment zamarła, ale zaraz dodała: No i proszę! Doprowadziliście mnie! Nakrzyczał na mnie wczoraj, Pan Bóg go ukarał za to.
W ogóle mnie nie oszczędzacie! Kto mnie teraz nakarmi? No, nastaw czajnik.
Zosia wyszła bez słowa.
***
Przez trzy dni Zosia biegała między szpitalem a domem.
Ojcu zdiagnozowano przełom nadciśnieniowy na tle silnego wyczerpania nerwowego.
Lekarze zakazali mu choćby wstawać z łóżka.
Zosiu, jak mama? spytał, gdy przyszła do jego sali.
Dobrze, tata. Sąsiadka zagląda, pomaga. Myśl o sobie. Musisz tu leżeć co najmniej dwa tygodnie.
Jakie dwa tygodnie… Zwolnią mnie… Pieniędzy nie będzie…
Śpij, Zosia poprawiła mu kołdrę. Ja dam radę. Obiecuję.
Czwartego dnia, wróciwszy do domu, została powitana przez babcię gradobiciem pretensji.
Gdzie się włóczysz?! Brudna leżę, Tomek się obija, a ja tu zamieram!
Zosia zacisnęła pięści i spokojnie oznajmiła:
Słuchaj, babciu. Uważnie, proszę. Tata jest bardzo chory, może mieć wylew, jeżeli jeszcze raz tak się zestresuje.
Co za brednie! prychnęła staruszka. Silny jest. Wdał się w ojca. No, przełóż mnie, bok mnie boli.
Nie. Zosia usiadła na krześle. Nie przełożę cię. I nie będę cię karmić.
Klara Stanisławowna wytrzeszczyła oczy.
Co to ma być? Zwariowałaś, dziewucho?
Nie. Nie mamy pieniędzy. W ogóle. Tata nie pracuje, premii nie dostanie. Twoja emerytura nie starcza choćby na pampersy i leki.
Kłamiesz! Tomek musi mieć odłożone na czarną godzinę!
Nie ma żadnych oszczędności. Wszystko poszło na twoje badania w zeszłym miesiącu. Więc wybierasz: podpisujemy dokumenty na sprzedaż twojego mieszkania pod Warszawą albo jutro dzwonię po opiekę społeczną, zabiorą cię do państwowego domu opieki. Bezpłatnie.
Nie zrobisz tego! wrzasnęła Klara Stanisławowna. Ja matka jego! Ja tu rządzę!
Czym rządzisz? Dzień po dniu wykańczasz swojego syna. Nie obchodzi cię, czy wyjdzie ze szpitala. Najważniejsze, żeby ci było wygodnie.
Dzwoniłam dziś do tego domu opieki, o którym rozmawiałyśmy. Zwolniło się miejsce, pieniądze ze sprzedaży mieszkania opłacą pobyt. Trafisz pod świetną opiekę.
Nie pojadę! zakaszlała staruszka.
To głoduj. Nie mam na jedzenie dla ciebie. Muszę dorabiać, wrócę późno. Na szafce masz butelkę wody. Pomyśl.
Zosia zamknęła za sobą drzwi. Trzęsła się z nerwów. Nigdy nie była twarda, ale wiedziała: jeżeli nie postawi sprawy jasno, straci ojca.
A babcia… babcia przeżyje wszystkich, jeżeli pozwolić jej przez cały czas wyssać z nich życie.
Noc minęła w ciszy. Zosia nie wchodziła do pokoju, słyszała tylko, iż babcia raz ją wołała, raz płakała, raz złorzeczyła. Przyszła dopiero rano.
Daj pić… zachrypiała staruszka.
Zosia podała jej kubek do ust.
I jak? Podpisujemy? Notariusz przyjedzie na dwunastą.
Potwory… wyszeptała staruszka już bez dawnej złości. Zabieracie wszystko… No dobrze. Pisz papierki.
Tylko powiedz Tomkowi… żeby przychodził.
Będzie odwiedzał, jak dojdzie do siebie. I ja będę. Obiecuję.
***
Tomasz siedział na ławce w parku domu opieki. Wyglądał zdrowo przybrał na wadze, rumieńce wróciły mu na policzki.
Obok na wózku siedziała jego mama czyściutka, w nowej ciepłej chuście, ze skupieniem jadła jabłko.
Tomku? No, Tomku, zawołała.
Tak, mamo?
A zadzwoniłeś do Heleny? Pogodziliście się?
Tomasz spojrzał zdziwiony.
Zadzwoniłem, przyjedzie w sobotę.
No i dobrze, staruszka odwróciła się do rabaty z kwiatami. Mamy tu pielęgniarkę, Lenka, strasznie szorstka, ciągle mi zwraca uwagę.
Niech twoja Helena zobaczy, jak się ze mną obchodzą.
I nie rani jej, Tomku. Niedobrze kobiety doprowadzać do łez.
Twój ojciec
Tomasz uśmiechnął się, ścisnął matkę za dłoń. Wszystko widziała Zosia, biegnąc alejką parku. Machając ręką i uśmiechając się szeroko.
Tato! Babciu! krzyknęła z daleka. Mam stypendium! I w pracy podwyżkę!
Tomasz wstał i rozłożył ramiona. Klara Stanisławowna patrzyła na nich, mrużąc oczy.
Nadal uważała, iż niesprawiedliwie wyrzucono ją z własnego mieszkania, ale nic już nie mówiła.
Kiedy podeszła opiekunka i z uśmiechem zaprosiła na masaż, staruszka tylko godnie skinęła głową.
Chodź, kochanie. Tylko ostrożnie, bo ja delikatna kobieta jestem. Ostatnio masażysta tak mi ścisnął nogę…
Powiedz mu, niech będzie delikatniejszy. Jak niedźwiedź, naprawdę
Opiekunka odjechała z wózkiem, Zosia objęła ojca, i oboje długo stali, patrząc na wysokie sosny.
Po raz pierwszy od dawna byli naprawdę szczęśliwi.
***
Klara Stanisławowna doczekała się prawnuka Zosia skończyła studia, wyszła za mąż za dobrego człowieka, urodził się syn.
Tomasz ożenił się z Heleną, drugą synową staruszka polubiła, ich relacje były ciepłe i można powiedzieć serdeczne. Helena zapomniała wszystkie przykrości na „dzień dobry”.
Staruszka odeszła cicho, we śnie, nie chowając urazy ani do wnuczki, ani do syna.
***
Patrzę dziś na swoje życie inaczej niż kiedyś. Zrozumiałem, iż czasem trzeba postawić wyraźną granicę, choćby wobec najbliższych. Inaczej los zniszczy wszystkich, których kochamy. Trzeba mieć odwagę wybrać własne szczęście dla siebie i dla tych, których kochamy najbardziej.









