Dzisiaj był dzień, do którego długo się przygotowywałam nasza piętnasta rocznica ślubu, czyli kryształowe gody. Od rana krzątałam się po kuchni w naszym mieszkaniu na warszawskim Mokotowie. Wszystko miało być idealne rosół już pyrkał, kaczka z jabłkami powoli dochodziła w piekarniku, a na blacie chłodziły się sałatki, które szykowałam do późna w nocy. Przećwiczyłam choćby składanie wykrochmalonych serwetek, żeby stały na stole jak w porządnej restauracji.
Witek, przyniesiesz ten zestaw z porcelany z Chodzieży, ten ze złotym rantem? Tylko nie ten codzienny, proszę! I sprawdź serwetki, starannie je krochmaliłam poprosiłam, poprawiając niesforny kosmyk.
Witek, mój mąż, posłusznie wspiął się na taboret.
Daj spokój z takim sztywniactwem, Lena. Swoi przychodzą: Gienek, mama i ciocia Basia. Im choćby z emaliowanej miski dać jedzenie, byleby coś się lało mruknął, grzebiąc po górnych półkach.
Westchnęłam. W naszym domu były już niejedne święta, ale nigdy nie przyszło mi do głowy świętować byle jak. A Gienek, starszy brat Witka… Cóż, nigdy nie odpuszczał okazji, żeby skrytykować. Jak położę zwykłe talerze powie, iż zbiednieliśmy; jak dam wyszczerbione stwierdzi, iż nie dbamy o dom. Choć raz chciałam, aby nie miał do czego się przyczepić.
Witek zszedł z taboretu, niosąc pudło. Znałam dobrze ten wyraz zmęczenia na jego twarzy wiedział, iż mam rację. Mój szwagier, Eugeniusz Gienek był człowiekiem, delikatnie mówiąc, niełatwym. Częściej jednak mówiło się po prostu, iż to ordynarny cham i dowcipniś, który swoje prostackie żarty traktował jako szczyt szczerości.
Spróbuj dziś nie zwracać na niego uwagi, dobrze? poprosił Witek, wycierając talerze. Trudny czas ma. Wywalili go z pracy, żona odeszła… jest wściekły na cały świat.
Witek, on taki w trudnym czasie już czterdzieści lat. A jego żona odeszła, bo miała instynkt samozachowawczy rzuciłam sarkastycznie, mieszając sos. Mam swoje granice. jeżeli znowu wyjedzie z żartami o mojej figurze albo twojej pensji, nie wytrzymam.
Punktualnie o piątej zadzwonił domofon. Najpierw przyszła teściowa, pani Antonina, cicha i pełna czułości dla swoich synów zwłaszcza dla Gienia, którego uważała za zagubionego chłopca. Zaraz za nią ciocia Basia z wujkiem. Gienek oczywiście się spóźnił czterdzieści minut po wszystkich, gdy przekąski już ledwo ciepłe.
Wpadł rozkrzyczany, przesiąknięty tanim papierosem i zimowym powietrzem.
No to jestem! Tęskniliście? A prezent, mam nadzieję, czekał? wrzasnął i wepchnął Witekowi paczkę w gazecie.
A co to? zdziwił się mój mąż.
Zestaw śrubokrętów z Pepco. Przyda się, bo zawsze coś ci się psuje, a narzędzi szukasz po całym domu ryknął.
Nadziemnie się uśmiechnęłam.
Cześć, Gienek. Idź się umyć, zaraz siadamy.
Oczy Gienia przesunęły się po mnie miałam wrażenie, jakby ktoś mnie polał lodowatą wodą.
Lena, nowa sukienka? Błyszczysz jak bombka, czy to od świątecznego nastroju, czy żeby odciągnąć uwagę od zmarszczek? Żartuję! Dobrze się trzymasz, soczysta kobita z ciebie burknął, nie zważając na wszystkich.
Witek spróbował rozładować atmosferę, ale i tak w powietrzu zawisł ciężar. Gienek rozgościł się przy stole, już w pierwszej chwili nalewając sobie setkę wódki, nim jeszcze padł pierwszy toast.
No to, jubilaci, piętnastkę trzeba uczcić. Jak wyście się jeszcze nie pozabili? Ja z moją Sylwią raptem pięć lat, już mnie szlag trafiał. Kobiety to pijawki ciągnął bez żenady. Witold, szczęśliwie ci się trafiło, ta twoja Lena gotuje jakoś zjadliwie. Choć ta sałatka to przesolona. Zakochała się, czy już jej ręka od wieku drży?
Teściowa próbowała łagodzić, polecając sałatkę z ozorem:
Genusiu, Lena bardzo się starała. Weź ten z językiem, przepyszny!
Z językiem? W sam raz dla niej, bo i tak kłapiesz jęzorem, Lena rechotał Gienek. Ale prawda jest najważniejsza. Kto ją wytrzyma, temu medal!
Z każdym kolejnym kieliszkiem żarty stawały się bardziej złośliwe. Zerknęłam na siedzącego obok mnie Witka, który milczał, wlepiony w obrus. Wiedziałam, iż boi się skandalu. Całe życie to Gienek go przygniatał.
W myślach powtarzałam: Wytrzymam jeden wieczór. Dla Witka. Dla spokoju.
Próbowałam temat zmienić.
Gieniu, coś mówiłeś, iż miałeś rozmowę o pracę?
Daj spokój, Lena. Tam tylko kretyni pracują. Siedzi gówniarz, trzaska mi pytania o komputery. Mówię mu dzieciaku, pracowałem, gdy ty na nocnik robiłeś. I wiecie co? Nie nadaje się pan. Może własną firmę założę. Ale najpierw muszę zebrać parę groszy Witek, a pożyczysz mi piątkę do końca miesiąca? Bo rury mi ciekną, hydraulik potrzebny!
Zamarłam z miską w rękach.
Gienek, jeszcze nie oddałeś tamtych dziesięciu tysięcy złotych sprzed pół roku za naprawę samochodu przypomniałam spokojnym głosem.
Gienek się zaczerwienił, ale gwałtownie przeszedł do ataku.
O, księgowa nasza się odzywa. Zobacz, Witold, jak cię Lena pilnuje. Co krok kontrola! Ja się do brata zwracam, nie do ciebie. Chyba, iż już cię całkiem przegłosowała, iż choćby bratu nie możesz pomóc?
Witek spuścił głowę, poczułam jak żal ściska mi serce.
Gienek, naprawdę cienko u nas z kasą. Dopiero spłaciliśmy kredyt, obiad zrobiliśmy na ostatki
No jasne, paniusia gospodaruje! rzucił Gienek, wbijając widelec w kaczkę. Wszystko dla siebie. A iż rodzina ledwo ciągnie, masz gdzieś!
Ciocia Basia próbowała go uciszyć:
Geniuniu, zjedz lepiej, spróbuj ciasta.
Pewnie! Ona się stara… Pewnie dla szefa też tak się stara, co? rzucił z ohydnym uśmieszkiem. Podobno awansowałaś, Lena? Zastępcą kierownika? Za co, za ładne oczy, czy za te nadgodziny?
Nastała cisza. Każdy wiedział, iż przekroczył wszelkie granice. choćby ciocia Basia przestała żuć.
Witek napiął się, aż pobielały mu knykcie.
Gienek, o czym ty bredzisz? wyszeptał.
Gienek był już na rauszu. Nie ma dla niego hamulców. Witek, ty głupi jesteś. Bujasz się za marne grosze, a twoja żona cię wyprzedza. Myślisz, iż dlatego cię kocha? Z litości z tobą mieszka! Jesteś pantoflarz!
Milcz powiedziałam twardo, odkładając sałatkę. Ręce mi się trzęsły.
O, dowódca się odezwał! Gienek z szyderczym uśmiechem. Ty, Witek, co ty w niej widzisz? Ani urody, ani charakteru, tylko zrzędliwa. Sylwia to przynajmniej była piękna, nie ta szara myszka, co sobie króla zagrała, bo faceta podporządkowała.
Spojrzałam na Witka. Wciąż siedział, głowę w ramionach, milczał jak zbity pies. Wiedziałam, iż zaraz coś pęknie i już nie wróci. Czekałam, iż w końcu się odezwie obroni mnie lub zareaguje. Ale nic.
No to sama pomyślałam. Wyprostowałam się, poprawiłam sukienkę.
Wstań i wyjdź powiedziałam głosem, jakim sama się nie poznałam.
Gienek zdębiał.
Co? zaśmiał się zgryźliwie. Lena, gorąco ci od gotowania?
Wstań i wyjdź z mojego mieszkania. Natychmiast!
To mieszkanie twojego męża też! Witek, ona mnie wyrzuca! Powiedz coś!
Witek patrzył na mnie, potem na Gienia. To była chwila decyzji. Albo stanie po mojej stronie, albo to naprawdę będzie nasz ostatni wieczór.
Gienek, wyjdź powiedział cicho, ale stanowczo.
Gienek nie wierzył własnym uszom. Jeszcze tylko rzucił: Zmawiacie się przeciwko mnie? Mama, widzisz? Brata za kobietę wymienił! Pantoflarz! Chwycił butelkę wódki, którą złapał w locie, i wybiegł, trzaskając drzwiami tak mocno, iż aż zadrżały kieliszki w kredensie.
Po wszystkim w mieszkaniu zaległa cisza. Słychać było tylko tykanie zegara i ciężki oddech mamy Witka. Trzymała przy ustach chusteczkę i miała łzy w oczach.
Leniu, mogłaś delikatniej… On taki już jest, nie złośliwy… tylko wypił wyszeptała z żalem.
Siadłam naprzeciw niej, próbując nie trząść się ze złości.
Pani Antonino, proszę wybaczyć, ale ja więcej nie chcę, by mój dom był wysypiskiem na jego chamstwo. jeżeli chce go pani żałować proszę bardzo, ale nie u mnie przy stole.
Tym razem choćby ciocia Basia się odezwała:
A kaczka, Lena, pyszna! Rozpływa się w ustach. I dobrze, iż wygoniłaś tego chama. Mnie na waszym weselu buty zadeptał i choćby nie przeprosił. Witek, nalej mi wina, wzmocnić się muszę!
Atmosfera się rozluźniła. Witek nalał wszystkim po kieliszku i pierwszy raz od lat spojrzał na mnie z prawdziwą wdzięcznością i szacunkiem, którego wcześniej nie czułam. Nachylił się:
Przepraszam, Lena. Powinienem był to zrobić sam.
Nie szkodzi, liczy się, iż jesteśmy razem. Ważne, iż go już tu nie ma.
Reszta wieczoru minęła już inaczej lekko, bez ciężaru i ciągłego poczucia zagrożenia, iż zaraz coś się wydarzy. Ludzie zaczęli opowiadać żarty, ale już pozytywne, z dystansem do samych siebie. Mama oczywiście najpierw siedziała zatroskana, ale kawałek tortu Napoleon i kieliszek wiśniówki rozczuliły ją na tyle, iż zaczęła choćby śpiewać z ciocią Basią Sto lat.
Na koniec, kiedy już wszyscy wyszli, usiadłam w kuchni pośród sterty brudnych naczyń, patrząc na czerwone plamy na obrusie.
Chyba nie spierze się, prezent od mamy… westchnęłam.
Witek podszedł, przytulił mnie od tyłu.
Lena, odpuść, kupimy nowy. choćby dziesięć! Dzisiaj byłaś niesamowita. Całe życie pozwalałem mu na wszystko, bo od dziecka mama kazała Ustąp Gieniowi, on trudny. I tak ustępowałem… aż do dzisiaj.
Uśmiechnęłam się smutno.
Witek, rodzina jest jak kryształ. Krucha, ale piękna. I trzeba ją chronić przed takimi jak Gienek. Chyba czas najwyższy, abyśmy przestali się bać, a zaczęli żyć własnym życiem.
Roześmialiśmy się.
A te śrubokręty, Lena, wiesz, iż on już mi takie darował trzy lata temu na Wigilię? Musiał je sobie pożyczyć przy którejś okazji i teraz wręczył na nowo!
Zaśmiałam się.
Przynajmniej konsekwentny!
Następnego ranka Witek odebrał kilka telefonów od Gienia, ale po chwili patrzenia na wyświetlacz cisnął komórką ekranem do stołu i przeciągnął się:
Nie odbieram. Chcę trochę ciszy.
Mama się zmartwi zauważyłam.
Przeżyje. My mamy teraz spokój. Jesteśmy drużyną?
Drużyną miłośników ciszy i kaczki z jabłkami! uśmiechnęłam się.
Tydzień później dowiedziałam się, iż Gienek rozsiewa po rodzinie historie, jak to wściekła szwagierka wyrzuciła go bez powodu z własnego mieszkania, a biedny brat milczał pod butem. Krewni współczuli, ale nagle zaczęli coraz częściej dzwonić, zapowiadać odwiedziny i, co najważniejsze, zachowywać nadzwyczaj grzecznie. Najwyraźniej wieść, iż w tym domu chamstwa się nie toleruje, była lepsza niż domofon.
Obrus, swoją drogą, doprałam po babcinemu sól i wrzątek i po plamie nie ma śladu. Jak i po Gieniu w naszym życiu. Trochę się napracowałam, trochę pobolewało, ale teraz czysto i spokojnie i tego się będę trzymać.











