Wyrzuć go na ulicę. Znalazłam pod śniegiem sąsiedzkiego domowego kota, a właścicielka odmówiła mu pomocy

newsempire24.com 1 tydzień temu

Wyrzuć go na dwór. Znalazłam pod śniegiem sąsiadkiego kota, a jego właścicielka odmówiła pomocy

Zawsze miałam mieszane uczucia wobec kota sąsiadki. Nigdy nie uważałam się za kocią przeciwniczkę, ale ten wielki, pręgowany łobuz potrafił naprawdę doprowadzić mnie do szału.

To opowieść o tym, jak ważne jest pozostać przyzwoitym człowiekiem – niezależnie od sytuacji.

Tamtego lata kot sąsiadki, Teofil, szczególnie upodobał sobie moje grządki jako własny wychodek. Niejeden raz przyłapałam go na gorącym uczynku w moim maleńkim warzywniku: z zapałem rozkopywał ziemię, jakby bawił się w małego archeologa. Goniłam go z krzykiem, a on uciekał, nie przejmując się specjalnie moją obecnością. Działka, którą dostałam po babci, była nieduża, dość solidna – akuratna w spokojnej okolicy na obrzeżach Krakowa, dosłownie kilka przystanków od centrum.

Im dalej szło się ulicą tym szybciej wiejski spokój wypierał miejski zgiełk. Do przystanku na głównej szosie szło się kilka minut. Bardzo lubiłam tu spędzać czas za życia babci, a i po jej odejściu wciąż często przyjeżdżałam na weekendy: ciągnęłam ze sobą znajome, razem rozgrzewałyśmy piec, grillowałyśmy kiełbaski i zbierałyśmy jagody. W pobliskim lesie w godzinę można było nazbierać podgrzybków na całą patelnię. Cisza, świeże powietrze, przestrzeń wszystko, czego potrzeba do odpoczynku. W tej samej wsi mieszkała moja kuzynka, Justyna córka wujka Janka, brata mojej mamy. Od dziecka byłyśmy sobie bliskie. Z ogrodem i rzeką za płotem nigdy nie narzekałyśmy na nudę.

Sama uprawiałam dosłownie kilka grządek rzodkiewki i ziół, pietruszki i szczypiorku, jeszcze trochę cebuli siedmiolatki. Może małe, ale moje własne grządki. A właśnie w nich urzędował sąsiadkowy łobuz. Poszłam się poskarżyć właścicielce, pani Halinie. Machnęła tylko ręką: A co ja mogę? Mam go pilnować na smyczy? Rzuć w niego kijem, jak dogonić nie możesz!

Taka surowa postawa miała swoje uzasadnienie: Teofil był kotem zmarłego męża pani Haliny, pana Lucjana. Sama zawsze powtarzała: Kotów nie znoszę! jawnie była psiarą, od zawsze miała psy. Ale dwa lata temu została wdową i kot po prostu z nią został.

Kotu żadna opieka szczególnie nie była potrzebna. Świetnie łapał myszy, a podobno choćby ryby z rzeki wyciągał. Kiedy pan Lucjan żył, zawsze towarzyszył mu na rybach. Potrzebował tylko dachu nad głową i ciepłej kuchni, by przeczekać słotę i zimę.

Musiałam więc z kotem stoczyć prawdziwą wojnę. Próbowałam przemówić mu do rozsądku, dogłaskać, przekupić przysmakami z miasta. Ale Teofil gardził sklepowym jedzeniem. Na moje łagodne prośby patrzył z daleka, szemrząc pod nosem i nie podchodząc bliżej niż na pięć metrów.

Raz choćby oblałam go zimną wodą z węża. Innym razem wyszłam na grządki z gwizdkiem gdy zobaczyłam go za płotem, zaczęłam go ścigać jak piłkarski sędzia, gwiżdżąc donośnie. Kiedy przez płot przeskoczył i rzucił mi spojrzenie, jakby mówił To się nie liczy, to faul!, nie mogłam przestać się śmiać, wspominając potem to, jak dumnie z wysoko uniesionym ogonem zniknął w malinach.

Pani Halina tylko się śmiała, obserwując moje zmagania zza płotu. Tym bardziej, iż w końcu spełniło się jej marzenie i została prawdziwą psiarą córka przywiozła jej na wakacje malutką suczkę rasy yorkshire Lusię, więc była zajęta czymś innym. Problem grządek rozwiązałam w końcu po swojemu: przywiozłam trzy worki trocin i wysypałam je w kącie ogrodu porośniętym pokrzywą.

Teofil przyjął prezent, wybierając trociny na swoje archeologiczne prace. Byłam zadowolona do czasu, gdy zauważyłam ze kot mnie obserwuje. Ze szpary w płocie, z dachu, z gęstych krzewów. Kiedyś, wracając późnym wieczorem do domu, o mało nie zemdlałam przez dwa lśniące ślepia wyłaniające się z ciemności. Chyba cała wieś słyszała mój okrzyk. Z Teofilem zawsze byliśmy na pan, nigdy nie wiadomo, gdzie mnie zaskoczy.

Do późnej jesieni zostawałam w babcinym domku, a potem wracałam do Krakowa na zajęcia i pojawiałam się rzadziej głównie na weekendy.

Podczas jednej z takich wizyt, wychodząc rano na podwórko, zauważyłam pod śniegiem niewielką górkę na ganku. To był Teofil. Wielki kot siedział, pokryty cienką warstwą śniegu, z soplami na wąsach. choćby się nie poruszył, tylko kuląc się podniósł lekko głowę. Strzepnęłam z niego śnieg zero reakcji. Gdy go pogłaskałam, bezgłośnie otworzył pysk, jakby próbował miauknąć, ale choćby nie był w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku.

Wzięłam go na ręce i zaniosłam do domu. Owinęłam w koc, ogrzewałam pyszczek, roztopiłam lód z wąsów ciepłym ręcznikiem. Teofil w ogóle nie protestował był tak słaby, iż nie miał już na nic siły. Ułożyłam go w ciepłe miejsce, a sama poszłam do pani Haliny.

A ta powiedziała szorstko: On śpi w szopie. Zasikał mi cały dom, więcej nie wpuszczę!. Okazało się, iż kiedy pojawiła się Lusia, Teofil zaczął ją atakować i znaczyć teren, więc właścicielka wygnała go do nieocieplanej szopy.

Letnie miesiące jakoś tam przetrwał. Ale mroźna zima w nieogrzewanej szopie była dla niego koszmarem. Tłumaczyłam pani Halinie, iż kot wcześniej polował, pomagał w domu, a teraz śnieg, mróz, głód Usłyszałam tylko Sypnęłam mu karmę do miski, niech je i popija śniegiem! Z głodu nie zdechnie! Najwyżej wyrzuć go na dwór!.

Wróciłam do domu i dopiero wtedy dotarło do mnie, iż kot nie przyszedł na mój ganek przypadkiem. Szukał ratunku. Stracił nadzieję na miłosierdzie ze strony właścicielki i przyszedł do tej, z którą przez całe lato toczył wojny.

Zaczęłam dzwonić po znajomych może ktoś weźmie kota. Chętnych jednak nie było. Kuzynka Justyna zaproponowała, żeby wyprosić dla niego miejsce w szopie z krową i świniakiem lepsze to niż dwór, ale nie mogła wziąć kota do domu, bo miała już własne zwierzaki.

Tymczasem ogrzany Teofil wyszedł spod koca, przeszedł ostrożnie po pokoju, dotknął łapą mojej nogi i usiadł naprzeciw, patrząc mi prosto w oczy, jakby wiedział, iż ważą się jego losy. Westchnęłam i zadzwoniłam do mamy. Ta zawsze była przeciwna zwierzętom w mieszkaniu, ale kiedy przypomniałam jej, jak dobry i pomocny był pan Lucjan, i jak dzielił się rybami z sąsiadami, nagle zmiękła. Wspominała, jak kot zawsze towarzyszył mu jak wierny pies. Łzy się jej zakręciły w oku, gdy usłyszała o losie zapomnianego i niechcianego kocura.

Decyzja podjęła się sama.

Kupiłyśmy plastikowy transporter w sklepie spożywczym, włożyłam delikatnie Teofila do środka i zabrałam go ze sobą do Krakowa. Dla niego zaczynało się nowe życie.

Idź do oryginalnego materiału