Wyrównał ziemię i zrobił Marcie rabaty kwiatowe. Zbudował altanę. W domu też widać było silną, męską…

polregion.pl 2 godzin temu

Ziemię wyrównał. Zrobił Zofii grządki na kwiaty. Zbudował altanę. choćby w domu czuć było tę pewną, męską rękę. Oj, dobrze Zosia wybrała sobie męża. Bardzo dobrze. No i Leszek jeszcze potrafił zarobić porządne pieniądze. Cały czas próbował sprawić Zofii jakąś przyjemność, podsuwał jej prezenty.

Przecież ty mnie nie kochałaś. Bez miłości za mnie wyszłaś. Teraz mnie zostawisz, jak zachorowałem

Nigdzie nie pójdę! powiedziała Zosia i objęła Leszka. Jesteś najlepszym facetem na świecie! Za nic cię nie zostawię

Leszek nie mógł uwierzyć, iż to wszystko naprawdę się dzieje. Humor miał taki sobie

Zofia była mężatką przez dwadzieścia pięć lat i przez cały ten czas wciąż podobała się mężczyznom. Już jako dziewczyna cieszyła się sporym zainteresowaniem.

A co dopiero w szkole prawie wszyscy chłopacy biegali właśnie za Zofią. Przy tym, o dziwo, Zosia nigdy nie była klasyczną pięknością.

Nie rozstała się ze swoim pierwszym mężem, choć był typem niełatwym do życia.

Nie, Zosia wytrzymała z Mietkiem do jego końca. Wychowali córkę, wydali ją za mąż. Zięć zabrał Agatę do Włoch, teraz przysyłali ładne zdjęcia i zapraszali w gości. No, jakoś się we dwójkę z Mietkiem nie wybrali Może Zosia jeszcze tam pojedzie. A Mietek? Cóż, koniec historii.

Mietek zginął w wypadku samochodowym. Bezsensownie chociaż potem Zofii powiedzieli, iż najprawdopodobniej źle się poczuł za kierownicą. Coś z sercem, spanikował, stracił panowanie.

Może zasłabł? zgadywała.

Teraz się już nie dowiemy westchnęła przyjaciółka, lekarz. Powody: rozległe obrażenia, nie do pogodzenia z życiem.

Zofia była w szoku. Przyjaciółka, Ewa, pomogła wszystko ogarnąć.

To ona dowiedziała się wszystkiego czym prędzej. Mietka pochowali i Zofia została sama w dużym domu, który wspólnie z mężem postawili przez lata.

Dla dwojga w sam raz, zwłaszcza jak przyjeżdżali goście, dom wydawał się choćby ciasny. Ale dla jednej osoby zwłaszcza kobiety już zdecydowanie za duży, wręcz ciężar.

Dom to dom. Tu męska ręka potrzebna

Agata przyjechała na pogrzeb ojca. Zagadała do matki o sprzedaży domu, kupnie mieszkania i przeprowadzce Zofii do Włoch.

A w życiu! krzyknęła Zofia. Nie po to ten dom budowałam, żeby go teraz sprzedawać. I do waszych Włoch mi się nie chce. Widziałam ja te wasze Włochy

Mamo!

Oj, Agatko, ciemna jesteś! uśmiechnęła się przez łzy Zofia. Żartuję tylko.

To może jednak nie tak źle, skoro żartujesz.

Wszystko było, jak zawsze, „trochę tak, trochę nie”. Mietek też taki był z jednej strony troskliwy, kochający. Z drugiej człowiek nastroju. Jak miał zły dzień, potrafił Zofii tak natrzeć na nerwy, iż odechciewało się żyć. Potem żałował, przepraszał, a Zofia była człowiekiem pogodnym nie przejmowała się na dłużej. I tak przeżyli. Dwadzieścia pięć lat! Można oszaleć

Agata pobyła i wróciła jej mąż dużo pracował, więc śpieszyła się, by doglądać domowego ogniska. Zofia została sama.

No, ale znając siebie, wiedziała, iż długo sama nie będzie.

I faktycznie. Pół roku się smuciła, a jak otarła łzy, nagle wokół pojawiła się grupka absztyfikantów.

Nawet mama Zofii swego czasu dziwiła się wysokiemu zainteresowaniu córką.

Kogo oni tam w tobie widzą? Padają przed tobą jak muchy! Ty przecież nie jesteś żadną wielką pięknością albo ja czegoś nie rozumiem.

Taka jesteś, mamusiu, dobra Zosia uśmiechała się, poprawiając szminkę. Uroda jest przereklamowana. Kobieta ma mieć wdzięk i charakterek. Trochę pikanterii.

Idź już, kobieto, bo cię narzeczony przegapi mama śmiała się do łez.

Przyjdzie kolejny wzruszała ramionami Zofia.

Od tamtej rozmowy z mamą minęło prawie trzydzieści lat, a na świecie nic się nie zmieniło. Kobiety narzekają, iż „po czterdziestce” nie ma wolnych facetów i nie ma za kogo wyjść. Zofia nie rozumiała tych problemów. Miała czterdzieści sześć lat i właśnie dwóch narzeczonych, luksusowa sytuacja.

Z serca ciągnęło ją do Marka. Naprawdę jej się podobał i z wyglądu, i z charakteru. Przystojny, z klasą, rozmowny można z nim i pogadać, i pokazać się ludziom bez wstydu.

Tyle, iż z niego był mistrz głównie w gadaniu. Zofia zakochała się niemal uszami, ale wiedziała: wiek i doświadczenie nauczyły to nie jest facet na życie. Ani do tego dużego domu.

Drugi kandydat, Leszek, był prostym chłopem. Taki, co na imprezie wypije pół beczki, ale wszystko naprawi, ręce złote, serce też, charakter uległy, ale swoją godność ma.

Z żoną byłby potulny jak piesek, ale gdyby trzeba było, to i Rysy by przeniósł dla niej. Tylko, iż Zofii Leszek podobał się mniej ot, głupota kobieca.

Nie opowiadał jej pięknych rzeczy. Na trzeźwo Leszek był raczej milczkiem. Dopiero po kilku piwach zamieniał się w mistrza dowcipu i gawędy.

A pić Leszek naprawdę potrafił, ale następnego dnia znów żwawy, śmiało wstawał do roboty. Zofia wybrała Leszka.

Marek lekko się obraził, iż jego słodkie słowa nic nie dały, i zniknął z horyzontu.

Zofia wyszła za Leszka, a on był szczęśliwy jak dziecko. Na weselu wypił za trzech i tańczył do rana.

No, nieźle, Zosiu śmiała się Ewa. Dopiero rok po śmierci Mietka, a ty już znowu żona! I co, gdzie wszyscy ci faceci, których nie ma? Kobiety szukają po omacku, a ty ledwo wyjdziesz z domu i kolejka się ustawia.

Jeszcze powiedz: „Co oni w tobie widzą? Ty nie jesteś choćby ładna!”

Eh, nie będę wygłaszać żadnych zdań! Ale iż zawsze byłaś podejrzanie oblegana, to fakt.

Nie wiem, Ewka, co oni we mnie widzą. Idź się mojej mamy zapytaj.

Zofia puściła oczko i poszła tańczyć z mężem właśnie podszedł i poprosił ją do walca. Tańczyła i w myślach przepędzała resztki wątpliwości.

Co z tego, iż Leszek trochę prosty? Za to jaki silny. Złote ręce. A i wygląd jeszcze się trzyma. Że głównie milczy? Może to i lepiej.

A choćby gdyby wybrała Marka? Jak mawiają z gadania rosołu nie ugotujesz.

W kilka miesięcy Leszek zamienił działkę Zofii w rajski ogród. Zbędne drzewa wyciął.

Ziemię wyrównał. Zrobił jej grządki na kwiaty. Zbudował altanę. W domu od razu czuć było tę jego solidną łapę.

Nie, Zofia dobrze wybrała.

No i Leszek zarabiał dobre pieniądze. Bez przerwy kupował jej prezenty.

Porównała parę miesięcy wspólnego życia z dwudziestoma pięcioma latami poprzedniego małżeństwa i autentycznie żałowała, iż nie spotkała Leszka wcześniej. Facet ze złota!

Latem wieczorami grillowali i jedli kolacje w altanie, gdzie Leszek postawił piękny, drewniany stół i ławy.

Zofia, najedzona karkówką, mrużyła oczy jak najedzony kotek. Leszek uśmiechał się do niej szeroko.

Co jest, Leszku?

Nic, cieszę się.

Jego pierwsza żona była koszmarną nudziarą. Już nie wierzył, iż trafi na taką fajną kobietę.

Cieszyli się wspólnym szczęściem cztery lata, aż tu nagle Leszek zaczął się dziwnie czuć.

Szybko się męczył. Chudł bez przyczyny. A jak czasem wypił, to już zupełnie źle się robiło.

Leszku, musisz iść do lekarza! podniosła alarm Zofia. Na co czekasz? Ewidentnie coś nie gra.

Daj spokój, Zosiu. Samo przejdzie!

No, średniowiecze jakieś A jak nie przejdzie? Jesteś jak większość facetów boisz się lekarzy?

No hej już, nie przesadzaj!

Leszek bał się tylko jednego. Że jeżeli okaże się naprawdę chory, Zofia go zostawi. Po co jej chory facet?

Nie był głupi. Wiedział, iż Zofia wyszła za niego raczej z myślą praktyczną niż romantyczną. Ale on ją pokochał! Może na przekór wszystkiemu.

Zobaczył ją w sklepie, jak szukała portfela w torebce, zupełnie roztrzepana, i się zakochał. Miała w sobie to coś. Od razu chciał ją chronić do końca życia. A jego mama tylko patrzyła na Zofię i powiedziała z rozbrajającą szczerością:

Żyj sobie z nią, synku, ale ja nie wiem, co ty w niej znalazłeś. Nie młoda, nie ładna, a ty jeszcze całkiem dobrze się trzymasz! Każda młódka by za tobą poszła!

Leszek nikogo poza Zofią nie potrzebował. Teraz się bał a jeżeli zachoruje, czy przyda się Zofii?

Nie dał się namówić na wizytę u lekarza. Była sobota. W gościach mieli Ewę z mężem, Borysem. Leszek z Borysem pili piwo i smażyli kiełbaski. W kuchni Ewa zagadnęła Zofię:

Coś chyba Leszek niedomaga, co?

Sama nie wiem! syknęła Zofia. Proszę go, żeby poszedł do lekarza, a on nic! Ty jesteś lekarzem. Powiedz wygląda, jakby chorował?

No gorzej się prezentuje. Schudł. Skóra jakaś taka żółtawa.

O Jezu! Ewka, przekonaj go, błagam cię. Ciebie może posłucha, jesteś lekarką.

Ewa popatrzyła twardo.

Zosiu ty go kochasz? Bo pamiętam twoje rozterki

Zofia przygryzła wargę i nie powiedziała nic.

Jak się okazało, Ewa nie zdążyła przekonać Leszka on zemdlał przy stole. Wezwali pogotowie. Zofia pojechała z nim. Leszek nie odzyskał już przytomności w domu. Trzymała go za rękę i się modliła.

Natychmiast operowali.

Guz wątroby.

Rak?! przestraszyła się Zofia.

Czekamy na wyniki badań.

Na szczęście guz okazał się łagodny, ale był już całkiem spory, kiedy Leszek trafił na stół.

Lekarze zabronili mu praktycznie wszystkiego i ostrzegli, iż leczenie potrwa długo. Może nie wróci do pełni zdrowia. W końcu, swoje lata już ma.

Leszek zupełnie się podłamał. Mama odwiedziła go w szpitalu.

Zofia była w pracy, mama przyszła w dzień. Przyniosła parę kotletów na parze na liście dozwolonych potraw było tego niewiele.

Synu, ledwo cię poznaję! powiedziała Zofia. Co się dzieje? Przecież udało się przeżyć, raka nie ma, trzeba się cieszyć! No, jedz te kotlety.

Nie chcę.

Właśnie iż musisz! Przychodzi do ciebie Zofia?

Przychodzi jeszcze. mruknął Leszek.

Boisz się, iż cię zostawi? A głupia by była!

Ja już po wszystkim. Sama kaleka. Pracować nie mogę. Nic już nie mogę. W czerwcu mam dopiero pięćdziesiąt lat, a już inwalida. Komu taki potrzebny?

O co tu chodzi? zdziwiła się Zofia, wchodząc. Słychać was na cały oddział. Dzień dobry, pani Zofio!

To ja już pójdę, cześć, Zosiu, Leszku.

Co się stało?

Mama Leszka machnęła ręką i wyszła. Zofia umyła ręce i podeszła do leżącego męża.

No i co, kaleko? Ręce masz, nogi masz. Jaki z ciebie inwalida? Reszta się zagoi. Wiesz, co przeczytałam o wątrobie?

No?

To taki organ, który sam się regeneruje. Jak ci zostanie pięćdziesiąt jeden procent odrośnie całość. A tobie zostało sześćdziesiąt. Daj jej czas. Będzie dobrze!

Mam go tyle?

Co?

Czas.

Leszku, coś ukrywasz? Lekarz ci coś powiedział i nie chcesz mnie martwić?

Nie o to chodzi

Leszka wypisali. I zaczęła się dla niego najgorsza część życia. Wystarczyło, iż chwilę coś porobił, a już padał ze zmęczenia. Tego nie umiał przeboleć.

A tu zbliżała się okrągła rocznica, co teraz raczej go dołowało. Nic nie zje, nie wypije. Świetnie

A Zofia taktownie nie zwracała na to uwagi i z entuzjazmem zjadała z nim dietetyczne potrawy.

Zosieńko wreszcie się odważył. Co będzie teraz z nami?

W jakim sensie? zdziwiła się.

No powoli zdrowieję. Zostawisz mnie, prawda? Lepiej powiedz od razu.

Niby czemu? Jest mi z tobą dobrze jak nigdy.

Bo tak to było, jak wszystko robiłem i zarabiałem. A teraz? Teraz mnie samego ze sobą słabo.

Daj spokój. Ogarnij się trochę!

Staram się! Ale co to za życie? Dwa razy młotkiem machnę i już padam.

Zofia podeszła, objęła go od tyłu i przyłożyła policzek do karku.

Ja cię kocham, rozumiesz? Nigdy cię nie zostawię! Nie spieszy ci się z powrotem do zdrowia, niech to idzie swoim tempem.

Kochasz? Naprawdę?

No jasne, iż tak.

Zofia Leszka nie zostawiła. Powoli, powolutku zdrowieje.

Jubileusz zorganizowała mu bez mocnych trunków, iż nie musiał patrzeć, jak inni piją, a on nie może.

Wpadało paru znajomych, posiedzieli w altanie, pograli w planszówki.

Fart ci, Leszku, iż masz taką żonę żegnali się goście.

Pewnie idziecie się teraz upić za moje zdrowie? złośliwie spytał Leszek.

Pośmiali się i rozeszli. Wieczorem siedzieli z Zofią na ganku, patrzyli razem na polskie gwiazdy. Szczęśliwi. Tego wieczoru Leszek po raz pierwszy od miesięcy poczuł się dużo lepiej.

Poczuł, iż wraca do formy. I iż jego żona naprawdę go nie zostawi. Objął Zofię mocniej.

Co jest, Leszku?

Wszystko dobrze! powiedział.

Nareszcie prychnęła Zofia i cmoknęła go w policzek.

Było im dobrzeA potem położyli się spać razem, w swoim ciepłym domu, z poczuciem, iż przetrwali już najgorsze. Zofia zasypiała, słysząc znajome, spokojne chrapanie Leszka, i uśmiechnęła się pod nosem. W końcu choćby zwyczajna codzienność, kiedy dzieli się ją z ukochaną osobą, staje się czymś niezwykłym. W tej prostocie trochę śmiechu, trochę wzruszeń, planów na następny dzień był cały ich świat i cała prawda o miłości. A iż ogród rankiem znowu zakwitnie, Leszek pewnie spróbuje naprawić starą huśtawkę, a Zofia upiecze dla niego drożdżówkę to już tylko bonus. Tak właśnie wyglądało prawdziwe szczęście: nie zawsze idealne, ale wybrane własnym sercem i nie do podmiany za żadne włoskie widoki czy młodsze towarzystwo. I choć czas płynął dalej, Leszek wiedział, iż wszystko, co najważniejsze, już ma.

Idź do oryginalnego materiału