Wypatrzył sobie cudzą żonę – czyli jak artysta z małego miasteczka przegrał nie tylko sztukę, ale i …

polregion.pl 9 godzin temu

Przyswajana sobie cudzą żonę

W śnionej przez mgłę codzienności, Wincenty Duszyński okazał się człowiekiem miękkim, bez kręgosłupa. Z dnia na dzień budził się w innym nastroju. Czasami wstawał rześki, żartował szeleszczącym głosem, rechotał pod nosem, by zaraz potem popaść w niewypowiedziany smutek i znacjonalizować wszystkie kubki do kawy w domu bo pił jedną za drugą, szwendając się po chałupie, ponury jak listopadowa noc.

Duszyński był nauczycielem plastyki i techniki w wiejskiej szkole pod Piotrkowem Trybunalskim. Raz na ruski rok podmieniał nauczycielkę muzyki, jeżeli ta znikała na L4. Samotny artysta-dusza, pragnął czegoś większego, czego szkoła dać nie mogła, więc postanowił zamienić największy, najbardziej słoneczny pokój w domu na własną pracownię. Tę przestrzeń upatrzyła sobie Zdzisława, jego żona wyłącznie polskie imię na dziecięcy pokój przyszłych potomków. Ale dom należał do Wincentego, więc Zdzisława przemilczała temat.

I zamienił pokój w prawdziwy chaos sztalugi, farby, kawałki gliny. Nocami kleił dziwne postaci, dniami skrobał niepojęte martwe natury. Sprzedawać mu się nie chciało. Wszystko zostawało w domu ściany obwieszone obrazami, półki i parapety uginały się pod ciężarem glinianych dziwolągów.

Gdyby były piękne kto wie! Ale choćby koledzy artyści, dawni znajomi z łódzkiej ASP, przyjeżdżając z butelką śliwowicy, milczeli wymownie i zerkali gdzieś ponad ramieniem, oglądając kolekcję Duszyńskiego.

Najstarszy z nich, Leonard Ratajczak, wypił pół litra żubrówki i zrobił scenę:

Na wszystkie świętości, co za malarska bzdura! Tu poza wami nic nie zasługuje na uwagę! Chociaż pani domu to inna sprawa!

Wincentego dotknęło to do żywego. Bał się krytyki, więc tupał i krzyczał. Kazał wyprowadzić Ratajczaka przez próg. Wściekły wymyślał mu, iż z zazdrości i drżących rąk nie potrafi już trzymać pędzla. Zdzisława wybiegła za Leonardem, przepraszając za męża:

Proszę się nie gniewać, nie należało krytykować jego dzieł. A ja też powinnam była ostrzec

Nie tłumacz się, moje dziecko rzucił przez ramię Leonard ale żal mi cię, bo piękny dom zniszczony przez okropne obrazy twojego męża! choćby te jego dziwne gliniane figurki Wiesz, rzeczy które tworzymy, są odbiciem naszej duszy. A Duszyński ma ją pustą jak te płótna.

Ucałował Zdzisławę w dłoń i zniknął na zakurzonej drodze.

Wincenty przez kolejne tygodnie miotał się, rozwalał swoje rzeźby, rwał obrazy i wrzeszczał aż do kolejnej zmiany nastroju.

***

Przy tym wszystkim Zdzisława nigdy nie stawiała mężowi przeszkód. Wierzyła, iż na wszystko przyjdzie czas dzieci się pojawią, a pokój wróci do swej pierwotnej roli. Na razie niech się bawi w artystę.

Tuż po ślubie Wincenty usiłował być wzorowym mężem przynosił pensję i świeże jabłka, dbał o żonę. gwałtownie jednak mu przeszło. Do żony oziębł, pensji przestał oddawać i zmusił ją do opiekowania się domem, nim sam zamienił się w domowego marudera. Na jej głowie był również ogród, kurnik i teściowa.

Gdy Zdzisława dowiedziała się o ciąży, Wincenty po raz pierwszy od miesięcy się rozpromienił. Niestety, nie minął tydzień, a kobieta trafiła do szpitala i straciła dziecko. Wincenty, usłyszawszy wieść, wył, zamykał się po kątach i zrzucał cały ból na żonę nie wpuścił jej choćby do domu:

Otwórz, Wincek!

Nie otworzę. Po co wróciłaś? Powinnaś była urodzić moje dziecko, a zawiodłaś! A przez ciebie matka ma zawał! Przyniosłaś nieszczęście, odejdź! Nie chcę cię tutaj widzieć.

Zdzisława osunęła się na schody. Przecież mnie też boli

Przesiedziała tak do nocy, aż pod dom wrócił Wincenty. Wychudzony, zamknął wszystko na skobel (ale nie mógł znaleźć kłódki), bo nie miał pojęcia, gdzie co leży, zwykle pytał o wszystko żonę.

Gdy zniknął za furtką, Zdzisława weszła do środka i rzuciła się na posłanie.

Rankiem przyszła sąsiadka teściowa nie przeżyła zawału. Wincenty załamał się, rzucił pracę, zaległ jako cień na łóżku i gorzko wyznał żonie:

Nigdy cię nie kochałem i nie kocham! Ożeniłem się, bo matka chciała wnuki. Ty zniszczyłaś nasze życie! Nigdy ci nie wybaczę.

One raniły jak cios, ale Zdzisława postanowiła nie opuścić męża. Czas leciał, nic się nie zmieniało Wincenty nie wstawał z łóżka, pił tylko wodę, rósł mu wrzód w żołądku i apatia, a potem złożył pozew o rozwód.

***

Zdzisława nie miała dokąd iść. Matka, która cieszyła się z jej szybkiego zamążpójścia, zaraz po weselu wymknęła się do jakiegoś wdowca nad Bałtykiem i sprzedała dom za parę tysięcy złotych. Tak córka została w potrzasku.

***

Wszystko się pokończyło. Zdzisława zdrapała z dna szafy resztę kaszy i ugotowała ostatnie jajko zniesione przez ukochaną kurę. Karmiła tym niedołężnego eks-męża. Życie tak się ułożyło, iż zamiast dziecku, musiała ślinić kaszę dla dorosłego mężczyzny, który nie zważał na jej istnienie.

Pójdę na jarmark, może wymienię kurę na trochę jedzenia powiedziała.

Po co ją sprzedawać? Ugotuj rosół, ile można tej kaszy jeść? wymamrotał Wincenty.

Zdzisława poprawiła jedyną lnianą sukienkę, w której była na studniówce i ślubie bo nie miała nic innego.

Wiesz, nie potrafię Może zamienię albo komuś oddam. Pieszczoszka, za bardzo się przywiązała.

Pieszczoszka! parsknął Wincenty. Każdej kurze imię wymyślasz? Co można od ciebie oczekiwać

Weź moje figurki i obrazy, może ktoś kupi? rzucił po namyśle.

Odszukała dwie ptasie gliniane gwizdki udające bolesławiec oraz dużą świnkę-skarbonkę, ulubioną przez męża. Wymknęła się, nim wymusił na niej wzięcie kolejnych płócien, bo wstydziła się je komukolwiek pokazywać.

***

Upiorny skwar. Tylko dzień wsi, ludzie kolorowo ubrani, dźwięk harmonii odbijał się od stoisk z przaśnymi cukierkami i twardym miodem. Wszystko wokół żarło się od życia, tylko Zdzisława miała twarz jak ściereczka. Uściskała kurę w woreczku Pieszczoszka była jej jedyną pociechą. Kura kiedyś miała złamaną nogę, Zdzisława ją wyleczyła i odtąd ptak chodził za nią na jednej łapie, wywijając w piruetach, wprost do serca.

***

Przy jednym ze straganów, starsza kobieta namawiała Zdzisławę na kolczyki ze stali chirurgicznej, na co ta odpowiedziała cicho:

Chciałabym kurę wymienić, świeże duże jaja znosi Może ktoś się skusi?

Kura? I co ja mam z nią zrobić?

Wtedy młody mężczyzna obok zareagował, wziął kurę do rąk:

Za ile? Taka tania, w czym haczyk?

Lekko utyka, ale znosi dużo jaj odparła Zdzisława przestraszona jego spojrzeniem.

Dobra, biorę. A te gliniane cudeńka?

To tylko ręczna robota, bardzo tanio sprzedam, bo muszę.

Lubię interesujące rzeczy, wezmę wszystko.

Handlarka z boku parsknęła:

Denis, po co ci to? Pomógłbyś bratu przy grillu

Usłyszawszy to, Zdzisława rzuciła się, by odebrać kurę:

Nie sprzedam jej na rosół! To nie brojler!

Spokojnie, dam ją mamie. Hoduje kury.

Naprawdę?

Tak. Przyjeżdżaj odwiedzać swoją Pieszczoszkę. choćby nie wiedziałem, iż kury mają imiona.

***

Pod domem, kiedy wracała, dogonił ją samochód Denisa.

Macie jeszcze więcej takich figurek? Chętnie dokupię, nadają się na prezenty.

Zdzisława zamrużyła oczy w blasku słońca i odpowiedziała z lekkim uśmiechem:

Jest ich u nas pod dostatkiem.

***

Wincenty, słysząc wrzawę, zawołał:

Sofka, daj mi pić!

Denis spojrzał na duszne płótna na ścianie:

Cóż za niesamowite obrazy. To pani dzieło?

Ja! podskoczył Wincenty w łóżku. Ja nie rysuję, ja tworzę! Kto by chciał oglądać takie arcydzieła?

Kupię, podoba mi się ta oryginalność. A rzeźby też pana?

Moje! wrzasnął Duszyński i odepchnął Zdzisławę z wodą. Wszystko moje!

Pokuśtykał do gościa i, wygłaszając peany na cześć własnych dzieł, po cichu śledził wzrokiem Denisa, który nie spuszczał oka z Zdzisławy, zamyślonej i łagodnej.

Epilog

Wszystko przenikało się i przepływało jak w dziwacznym śnie. Wincenty nie był wcale chory! Starczyło, iż znalazł się kupiec na jego twórczość, w okamgnieniu wyskoczył z łóżka jak królik z kapelusza, gotów do boju.

Denis codziennie wracał do domu Duszyńskich, wykupując po jednym obrazie, po jednej figurce, aż wywoził je wszystkie.

Wincenty rzucił się w wir twórczości, bo ktoś wreszcie docenił jego potencjał choćby nie domyślając się, iż Denisa tak naprawdę pociągała Zdzisława.

Z każdym zakupionym płótnem Denis coraz dłużej zostawał na krótko pod furtką, rozmawiając z kobietą, aż z czasem uczucia rozkwitły.

Gdy obrazy się skończyły, Denis zabrał ze sobą z domu Duszyńskich dokładnie to, po co przyszedł byłą żonę Wincentego.

Po powrotach do swojego rodzinnego domu nad Pilicą, Denis ładował obrazy do pieca, gliniane dziwolągi upychał do starego worka, nie wiedząc jeszcze, co z nimi dalej zrobić.

Za to wciąż wyobrażał sobie łagodne, eteryczne oblicze Zdzisławy, tak zapamiętał od tego pierwszego, snującego się dnia na jarmarku, jej lnianą sukienkę i krzywy uśmiech.

Wiedział już wtedy, iż spotkał własne przeznaczenie. Dowiedział się od ludzi, jak biednie i smutno żyje młoda kobieta z artystą bez smaku, i iż nie ma dokąd odejść.

Więc dzień w dzień kupował te najbardziej niezrozumiałe dzieła, byle ją widzieć i dać jej nadzieję. Ileż rozmów przy furtce, ile czułych spojrzeń!

W końcu Zdzisława wszystko pojęła.

***

Wincenty nigdy nie spodziewał się takiego końca Denis nagle przestał przyjeżdżać, a dom opustoszał. Wieści niosły, iż para pobrała się i ruszyła w świat.

Bolało Wincentego, iż łatwo dał się oszukać. Takiej żony trudno szukać ponownie: Zdzisława była troskliwa i dobra, znosiła wszystko, dbała o niego, jakby był jej dzieckiem.

I dopiero teraz zrozumiał, iż stracił najcenniejsze ze swoich dzieł żonę. A gdzie znaleźć tak troskliwą i mądrą kobietę? Kto mu teraz przyniesie wodę, kto nakarmi terliwym żółtkiem i posprząta ten sen-domek nad kredensem?

Ale zanim Wincenty wpadłby w smutek, zrozumiał: w domu została cisza i jego zbyt wielkie ego.

Idź do oryginalnego materiału