Wynoś się z mojego mieszkania! – powiedziała mama — Wynoś się, — powiedziała matka spokojnym tonem. Arina uśmiechnęła się lekceważąco i oparła oparcie krzesła — była przekonana, iż matka mówi do jej koleżanki. — Wynoś się z mojego mieszkania! — Natalia zwróciła się do córki. — Lenka, widziałaś post? — koleżanka wpadła do kuchni bez zdejmowania płaszcza. — Arisia urodziła! 3400 gramów, 52 centymetry. Cała wykapana tata, choćby taki sam zadarty nosek. Obiegłam już wszystkie sklepy, nakupowałam ubranek. Czemu taka markotna jesteś? — Gratuluję, Natalio. Cieszę się z was, — Lena wstała, by nalać koleżance herbaty. — Siadaj, płaszcz zdejmij. — Oj, nie mam czasu siedzieć, — Natalia przysiadła na skraju krzesła. — Tyle spraw, tyle spraw. Arinka taka dzielna, wszystko sama, wszystko o własnych siłach. Mąż jej to złoto, właśnie kupili mieszkanie na kredyt, remont kończą. Dumna jestem z mojej dziewczyny. Dobrze ją wychowałam! Lena bez słowa postawiła filiżankę przed koleżanką. No tak, dobrze… Gdyby tylko Natalia wiedziała… *** Dokładnie dwa lata temu Arina, córka Natalii, przyszła do niej bez zapowiedzi, z zapłakanymi oczami i trzęsącymi się dłońmi. — Ciociu Lenko, proszę, tylko nie mów mamie. Błagam! Jak się dowie, tego nie przeżyje, — wyła Arina, miętosiła mokrą chusteczkę. — Arina, uspokój się. Opowiedz, co się stało? — Lena się przestraszyła. — Ja… w pracy… — Arina pociągnęła nosem. — Koleżance zginęły z torebki pieniądze. Pięćdziesiąt tysięcy. A kamery zarejestrowały, jak wchodziłam do pokoju, gdy nikogo nie było. Przysięgam, ciociu Leno, nie brałam! Ale oni mówią: albo zwracam pięćdziesiąt tysięcy do jutra do południa, albo zgłaszają na policję. Mają „świadka”, iż niby widział, jak chowam portfel. To pułapka, ciociu Leno! Ale kto mi uwierzy? — Pięćdziesiąt tysięcy? — Lena zmarszczyła brwi. — Czemu nie poszłaś do ojca? — Poszłam! — Arina znów wybuchnęła płaczem. — Powiedział, iż sama jestem sobie winna, iż nie da mi ani grosza, skoro taka ze mnie ofiara. Powiedział: „Idź na policję, niech cię tam nauczą życia”. choćby do mieszkania mnie nie wpuścił, przez drzwi nawrzeszczał. Ciociu Lenko, nie mam już do kogo iść. Mam dwadzieścia tysięcy, odłożone. Brakuje mi trzydziestu. — A mama? Czemu jej nie powiesz? Jest twoją matką. — Nie! Mama mnie zje. I tak mówi, iż przynoszę jej wstyd, a tu jeszcze kradzież… Pracuje w szkole, wszyscy ją znają. Proszę, pożycz mi trzydzieści tysięcy, dobrze? Przysięgam, będę oddawać po dwa–trzy tysiące tygodniowo. Już szukam innej pracy! Proszę, ciociu Leno! Lena żal się zrobiło dziewczyny. Dwadzieścia lat, życie dopiero się zaczyna, a już taka plama. Ojciec odmówił, odwrócił się, matka naprawdę jeszcze jej… urwie głowę… — Kto w życiu nie popełnia błędów? — pomyślała wtedy Lena. Arina nie przestawała płakać. — Dobrze, — powiedziała. — Mam te pieniądze. Miały być na zęby, ale zęby poczekają. Tylko obiecaj, iż to ostatni raz. I twojej mamie naprawdę nic nie powiem, skoro tak się boisz. — Dziękuję! Dziękuję, ciociu Leno! Życie mi uratowałaś! — Arina rzuciła się jej na szyję. W pierwszy tydzień Arina rzeczywiście przyniosła dwa tysiące. Przybiegła radosna, powiedziała, iż wszystko załatwione, policja nie ingeruje, w nowej pracy jest świetnie. A potem… potem przestała odpowiadać na wiadomości. Miesiąc, dwa, trzy. Lena widziała ją na imieninach u Natalii, ale Arina zachowywała się tak, jakby z Leną były ledwie znajome — zimne „dzień dobry” i tyle. Lena nie naciskała. Myślała: — Młoda, wstydzi się, dlatego unika. Uznała, iż trzydzieści tysięcy to niewielka cena za wieloletnią przyjaźń z Natalią. Po prostu spisała dług na straty i zapomniała. *** — Słuchasz mnie w ogóle? — Natalia machnęła przed twarzą Leny ręką. — O czym tak myślisz? — Tak sobie, — Lena otrząsnęła się. — O swoich sprawach. — Słuchaj, — Natalia ściszyła głos. — Spotkałam Ksenie, no wiesz, dawną sąsiadkę? Wczoraj w sklepie do mnie podeszła. Dziwna jakaś. Zaczęła wypytywać o Arisię, czy oddała długi. Nie zrozumiałam, o co jej chodzi. Powiedziałam, iż moja Arina jest samodzielna, sama zarabia. A Ksena dziwnie się uśmiechnęła i poszła. Nie wiesz, czy Arisia była jej coś winna? Lena poczuła narastające napięcie. — Nie wiem, Natalio. Może drobne. — Dobra, idę już. Muszę jeszcze wpaść do apteki, — Natalia wstała, cmoknęła Lenę w policzek i wyszła. Wieczorem Lena nie wytrzymała. Znalazła numer Kseni i zadzwoniła. — Ksenia, cześć. To Lena. Słuchaj, dzisiaj widziałaś Natalię? O jakie długi pytałaś? Na drugim końcu usłyszała ciężki westchnienie. — Ojej, Lenka… Myślałam, iż jesteś w temacie. Przecież z nimi najbliżej jesteś. Dwa lata temu Arina przyszła do mnie. Cała roztrzęsiona, zapłakana. Powiedziała, iż ją o kradzież w pracy oskarżają. Albo oddaje trzydzieści tysięcy, albo więzienie. Błagała, żeby mamie nie mówić, płakała. Ja, głupia, dałam jej te pieniądze. Obiecała, iż za miesiąc odda. I przepadła… Lena ścisnęła słuchawkę. — Trzydzieści tysięcy? — powtórzyła. — Dokładnie trzydzieści? — Tak, powiedziała, iż jej dokładnie tyle brakuje. Oddała pięćset złotych po pół roku i zniknęła. A potem dowiedziałam się od Wiery z trzeciej klatki, iż do niej Arina z tą samą historią przyszła. Wiera dała jej czterdzieści tysięcy. I jeszcze pani Galina, ich dawna nauczycielka, też „ratowała” Arisię przed więzieniem. Tamta w ogóle dała pięćdziesiąt. — Poczekaj… — Lena usiadła na kanapie. — Czyli co? Do wszystkich przyszła z jedną historią i prosiła o identyczne sumy? — Wygląda na to, — głos Kseni stwardniał. — Dziewczyna po prostu zebrała „daninę” od wszystkich przyjaciółek matki. Od każdej po trzydzieści–czterdzieści tysięcy. Zmyśliła historię, grała na litość. Kochamy Natalię, więc milczałyśmy, nie chciałyśmy jej martwić. A Arina za te pieniądze najwyraźniej sobie pobalowała. Bo miesiąc później wstawiła na Facebooka zdjęcia z Turcji. — Ja też jej dałam trzydzieści tysięcy, — powiedziała cicho Lena. — No i widzisz, — parsknęła Ksena. — Jest nas takich pewnie pięć–sześć. To już biznes, Lenka. To nie „błąd młodości”, ale czyste oszustwo. A Natalia nie ma o niczym pojęcia. Chodzi dumna z córeczki. A córka — złodziejka! Lena odłożyła słuchawkę. W uszach szumiało. Pieniędzy jej nie żal — już dawno się z nimi pożegnała. Mdliło ją natomiast świadomość, jak przemyślanie i bez skrupułów dwudziestoletnia dziewczyna wyrolowała dorosłe kobiety, wykorzystując ich zaufanie. *** Następnego dnia Lena poszła do Natalii. Nie miała zamiaru robić afery. Chciała po prostu spojrzeć Arinie w oczy. Ta właśnie wróciła ze szpitala i, póki trwał remont jej mieszkania na kredyt, przebywała u matki. — O, ciociu Leno! — Arina uśmiechnęła się sztucznie na widok koleżanki mamy w drzwiach. — Proszę, herbaty? Natalia krzątała się przy kuchni. — Oj, Lenka, siadaj. Czemu nie zadzwoniłaś? Lena usiadła naprzeciw Ariny. — Arina, — zaczęła spokojnie. — Spotkałam Ksenę. I Wierę. I panią Galinę. Wczoraj długo rozmawiałyśmy. Założyłyśmy, można powiedzieć, klub „poszkodowanych”. Arina zamarła, pobladła i spojrzała gwałtownie na matkę, która stała odwrócona. — O czym mowa, Leno? — Natalia się odwróciła. — O tym Arina dobrze wie, — Lena spojrzała dziewczynie prosto w oczy. — Pamiętasz, Aro, tamtą paskudną historię sprzed dwóch lat? Kiedy prosiłaś mnie o trzydzieści tysięcy? I Ksenę o trzydzieści? I Wierę o czterdzieści, i panią Galinę o pięćdziesiąt. Wszystkie cię „ratowałyśmy” przed więzieniem. Każdej wydawało się, iż zna twoją wielką tajemnicę tylko ona. Ręka Natalii zadrżała, wrzątek wylał się na kuchenkę. — Jakie pięćdziesiąt tysięcy? — Natalia odstawiła czajnik. — Arina? O czym ona mówi? Pożyczałaś pieniądze moim koleżankom? choćby pani Galinie?! — Mamo… to nie tak… — Arina zaczęła się jąkać. — Ja… prawie wszystko oddałam… — Nic nie oddałaś, Arina, — Lena skwitowała. — Przyniosłaś mi dwa tysiące na odczepnego i zniknęłaś. Po prostu wyciągnęłaś od nas około dwustu tysięcy na zmyśloną historię. Milczałyśmy z litości dla twojej mamy. Ale zrozumiałam wczoraj, iż żałować należało nie jej — tylko samych siebie. — Arina, spojrzyj na mnie. Wyłudziłaś pieniądze od moich koleżanek?! Zmyśliłaś historię o kradzieży, żeby oszukać tych, którzy przychodzą do mnie w gości? — Mamo, bardzo potrzebne mi były pieniądze na wyprowadzkę! — krzyknęła Arina. — Nic mi nie dawaliście! Ojciec nie dał mi ani złotówki, musiałam zacząć życie! Co w tym złego? Im tych pieniędzy nie brakuje, przecież nie zabrałam ostatniego! Lena poczuła wstręt. Tak to więc wygląda… — Wszystko jasne. Natalio, przepraszam, iż ci to mówię akurat teraz, ale już nie mogę tego dłużej ukrywać. Nie chcę tego dalej tolerować. Wszystkie nas ma za głupie! Natalia stała oparta o stół. Jej ramiona drżały. — Wynoś się, — powiedziała spokojnym tonem. Arina uśmiechnęła się i oparła na krześle — była pewna, iż chodzi o Lenę. — Wynoś się z mojego mieszkania! — Natalia odwróciła się do córki. — Pakuj się, idź do męża. I żebym cię tu więcej nie widziała! Arina zbladła. — Mamo, mam malutkie dziecko! Nie mogę się denerwować! — Nie masz już matki, Arina. Matka była tej dziewczyny, którą uważałam za uczciwą. Ty jesteś złodziejką. Pani Galina… Boże, codziennie dzwoniła, pytała, co u nas, i ani słowa nie powiedziała… Jak ja jej teraz spojrzę w oczy? Jak? Arina chwyciła torbę, rzuciła ścierką o podłogę. — Udławcie się tymi swoimi pieniędzmi! — krzyknęła. — Wstrętne staruchy! Idźcie do diabła! Wpadła do pokoju, chwyciła gondolę z dzieckiem i wybiegła. Natalia opadła na krzesło i zakryła twarz dłońmi. Leni zrobiło się głupio. — Przepraszam, Natalio… — Nie, Lenka… To ja cię przepraszam. Że takiego… potwora wychowałam. Naprawdę wierzyłam, iż doszła do wszystkiego sama, a ona… Boże, jaki wstyd… Lena pogładziła przyjaciółkę po ramieniu, a Natalia się rozryczała. *** Po tygodniu mąż Ariny, blady i przybity, objechał wszystkich „wierzycieli”, przepraszał, nie patrząc w oczy. Obiecał, iż odda pieniądze. I faktycznie, zaczęły spływać przelewy — pięćdziesiąt tysięcy dla pani Galiny zwróciła Natalia. Lena nie czuje się winna. Oszustka przecież zasłużyła na karę. Prawda?

polregion.pl 8 godzin temu

Wynocha z mojego mieszkania! powiedziała mama

Wynocha powiedziała mama całkiem spokojnie.
Ola tylko się uśmiechnęła i rozparła wygodnie na krześle, bo była przekonana, iż mama zwraca się do jej przyjaciółki.
Wynocha z mojego mieszkania! Justyna odwróciła się do córki.

Kaśka, widziałaś post? przyjaciółka wpadła do kuchni choćby nie zdejmując płaszcza. Olka urodziła! Waży trzy czterysta, pięćdziesiąt dwa centymetry.

Cały tata ten sam zadarty nos. Już obiegłam wszystkie sklepy, nakupiłam ubranek. Czemu jesteś taka ponura?

Gratuluję, Justynka. Cieszę się z Wami Kaśka wstała, żeby nalać przyjaciółce herbaty. Siadaj, zdejmij ten płaszcz.

Ach, nie mam czasu w takie posiadówki Justyna przysiadła na brzegu krzesła. Tyle spraw, tyle spraw. Olka taka dzielna, wszystko sama, wszystko na własnych plecach.

Mąż to skarb, wzięli właśnie nowe mieszkanie na kredyt, kończą remont. Jestem dumna z mojej dziewczyny. Porządnie ją wychowałam!

Kaśka bez słowa postawiła herbatę przed Justyną. No oczywiście… Gdyby Justyna tylko wiedziała…

***

Dokładnie dwa lata temu, córka Justyny Ola przyszła bez zapowiedzi do Kaśki, z zapuchniętymi od łez oczami i drżącymi rękami.

Ciociu Kaśka, tylko błagam, nie mów mamie. Proszę cię! Jak się dowie, serca jej nie wytrzyma wyła Ola, miętosiła w rękach mokrą chusteczkę.

Olka, uspokój się, opowiadaj dokładnie. Co się stało? Kaśka naprawdę się wtedy przestraszyła.

Ja… w pracy… szlochała Ola. Koledze zginęły pieniądze z torebki. Pięćdziesiąt tysięcy złotych.

Kamery nagrały, jak wchodziłam do pokoju, kiedy wszyscy wyszli. Nie brałam tych pieniędzy, ciociu Kaśka, przysięgam!

Ale powiedzieli mi: albo oddaję pięćdziesiąt tysięcy do jutra do południa, albo zgłaszają na policję.

Powiedzieli, iż jest świadek, który niby widział, jak chowam portfel.

To prowokacja, ciociu! Ale kto mi uwierzy?

Pięćdziesiąt tysięcy? Kaśka się zaniepokoiła. Dlaczego nie poszłaś do ojca?

Poszłam! wybuchnęła Ola nowymi łzami. Powiedział, iż sama jestem sobie winna, iż grosza mi nie da, skoro taka jestem głupia.

Powiedział: Idź na policję, niech cię nauczą życia.

Nawet mnie do mieszkania nie wpuścił, krzyczał przez drzwi.

Ciociu Kaśka, nie mam już do kogo iść. Mam dwadzieścia tysięcy, uzbierałam. Brakuje mi trzydziestu.

A Justyna? Czemu jej nie powiesz? W końcu to twoja matka.

Nie! Mama mnie zje żywcem. I tak zawsze mówi, iż tylko ją kompromituję, a tu jeszcze kradzież…

Pracuje w szkole, wszyscy ją znają.

Błagam, pożycz mi te trzydzieści tysięcy, co? Przysięgam, będę oddawać po dwa-trzy tysiące tygodniowo. Już mam drugą pracę!

Proszę, ciociu Kaśka!

Kaśce serce się krajało. Dwadzieścia lat, życie przed nią, a tu taka plama.

Ojciec odmówił, matka by zabiła…

Kto w życiu nie popełnia błędów? pomyślała wtedy Kaśka.

Ola płakała bez końca.

Dobra powiedziała Kaśka. Mam te pieniądze, odkładałam na zęby, ale zęby poczekają.

Tylko obiecaj, iż to ostatni raz. I twojej mamie nic nie powiem, skoro tak się boisz.

Dziękuję! Dziękuję, ciociu! Ratujesz mi życie! Ola rzuciła jej się na szyję.

W pierwszym tygodniu faktycznie przyniosła dwa tysiące. Przyszła cała w skowronkach, twierdziła, iż wszystko załatwione, polska policja się nie czepia, w nowej pracy jest świetnie.

A potem… potem zupełnie przestała odpisywać na wiadomości. Miesiąc, dwa, trzy. Kaśka widywała ją u Justyny na imprezach, ale Ola udawała, jakby byli obcymi: krótkie dzień dobry i tyle.

Kaśka nie nalegała. Myślała sobie:

No młoda, wstydzi się, dlatego unika.

Uznała, iż trzydzieści tysięcy to nie cena za wieloletnią przyjaźń z Justyną. Spisała dług na straty, zapomniała.

***

Ty mnie w ogóle słuchasz? pomachała Justyna Kaśce przed oczami. O czym rozmyślasz?

E tam, o swoich sprawach Kaśka otrząsnęła się.

Słuchaj Justyna ściszyła głos. Spotkałam wczoraj Ksenię, pamiętasz naszą dawną sąsiadkę? Wpadła na mnie w sklepie. Dziwna jakaś była.

Wypytywała o Olkę, czy u niej dobrze, czy oddała długi. Nic nie rozumiałam o co chodzi.

Powiedziałam jej, iż Olka jest samodzielna, sama zarabia. Ksenia jakoś dziwnie się uśmiechnęła i poszła.

Ty nie wiesz, czy Ola jej coś kiedyś pożyczała?

Kaśka poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku.

Nie wiem, Justyna. Może jakieś drobiazgi.

Dobra, lecę dalej. Muszę jeszcze do apteki skoczyć Justyna wstała, cmoknęła Kaśkę i zniknęła.

Wieczorem Kaśka nie wytrzymała. Znalazła numer Kseni i zadzwoniła.

Cześć, Ksenia. Tu Kaśka. Słuchaj, dzisiaj widziałaś Justynę? O co pytałaś o te długi?

Po drugiej stronie długo było cicho.

Oj, Kaśka… Myślałam, iż wiesz. W końcu byłaś najbliżej nich.

Dwa lata temu Olka do mnie przyszła. Cała zaryczana, spuchnięta. Twierdziła, iż ją w pracy oskarżyli o kradzież.

Że albo odda trzydzieści tysięcy, albo więzienie. Błagała, żeby nie mówić matce, płakała.

No i głupia ja pożyczyłam jej te pieniądze. Miała oddać za miesiąc. I zniknęła

Kaśka aż ścisnęła telefon.

Trzydzieści tysięcy? powtórzyła. Dokładnie trzydzieści?

No dokładnie. Powiedziała, iż jej tyle brakuje. Oddała mi pięćset złotych po pół roku i ślad po niej zaginął.

A potem Werka z trzeciej klatki powiedziała mi, iż z tą samą historią Ola przyszła do niej.

Werka dała jej czterdzieści tysięcy.

A jeszcze była pani Gienia, ich dawna nauczycielka, ona też ratowała Olkę przed więzieniem. Ta to dała jej pięćdziesiąt.

Poczekaj… Kaśka opadła na kanapę. To znaczy, iż ona wszystkim opowiadała tę samą historię? Tyle samo prosiła?

Wygląda na to głos Kseni stwardniał. Ola zebrała haracz od wszystkich przyjaciółek mamy. Od każdej po trzydzieści-czterdzieści tysięcy.

Całą tę historię wymyśliła, żeby nam się żal zrobiło. Każda myślała, iż tylko ona wie. A potem zdjęcia z Turcji na Facebooku…

Ja też jej dałam trzydzieści tysięcy szepnęła Kaśka.

No i masz. To już ze sześć osób. To już nie młodzieńczy wybryk, tylko zwykłe oszustwo. A Justyna dalej dumna z córki. A jej córka to zwykła złodziejka!

Kaśka odłożyła telefon. Szumiało jej w uszach. Nie żal jej już było tych pieniędzy z nimi już się dawno pożegnała.

Było jej mdło na myśl, jak wyrachowanie i bez cienia wstydu dwudziestoletnia dziewczyna ograła dorosłe kobiety na ich współczuciu.

***

Następnego dnia Kaśka pojechała do Justyny. Nie chciała robić awantury. Chciała tylko spojrzeć w oczy Oli.

Ta akurat wróciła ze szpitala z dzieckiem i zanim się wprowadziła do nowego mieszkania w kredycie, koczowała chwilę u mamy.

O, ciocia Kaśka! Ola wymusiła uśmiech na widok mamy przyjaciółki. Zapraszam do środka. Herbaty?

Justyna krzątała się przy kuchence.

Och, Kaśka, usiądź. Czemu nie zadzwoniłaś?

Kaśka usiadła naprzeciw Oli.

Ola zaczęła spokojnie. Wczoraj spotkałam Ksenię. I Werkę. I panią Gienię. Wieczorem długo rozmawiałyśmy. Mamy już własny klub poszkodowanych.

Ola zamarła, pobladła i zerknęła nerwowo na mamę, która stała tyłem.

O czym mówicie? Justyna się odwróciła.

Ola wie, o czym, Kaśka patrzyła prosto w oczy dziewczynie. Pamiętasz tamtą niefajną historię sprzed dwóch lat?

Kiedy prosiłaś mnie o trzydzieści tysięcy? Ksenię o trzydzieści. Werkę o czterdzieści. A panią Gienię o pięćdziesiąt.

Każda z nas ratowała cię przed więzieniem. Każda myślała, iż jest jedyną powiernicą twojej tajemnicy.

Justynie zadrżał czajnik w ręku, woda rozlała się po kuchence i zaczęła syczeć.

Co za pięćdziesiąt tysięcy? Justyna odstawiła czajnik. Ola? O co chodzi? Pożyczałaś od moich przyjaciółek? choćby od pani Gieni?!

Mamo… to nie tak… Ola zaczęła się jąkać. Ja… ja już prawie wszystko oddałam…

Nic nie oddałaś warknęła Kaśka. Przyniosłaś mi dwa tysiące i tyle cię widziałam.

Wyciągnęłaś z nas wszystkich blisko dwieście tysięcy na fikcyjną historię. Milczałyśmy, bo szkoda nam było twojej mamy.

Ale teraz wiem, iż powinnam żałować nas, nie was.

Ola, spójrz mi w oczy. Oj, nabrałaś od moich przyjaciółek pieniędzy?! Zmyśliłaś bajkę o kradzieży, żeby wyciągnąć od tych, co do mnie przychodzili?

Mamo, potrzebowałam pieniędzy na wyprowadzkę! krzyknęła Ola. Wy nic mi nie dawaliście!

Ojciec, jak zwykle, sknerzył, a ja musiałam jakoś życie zacząć!

To co? Przecież nie zabrałam im ostatnich pieniędzy!

Kaśce zrobiło się niedobrze. No proszę…

Wszystko jasne. Justyna, wybacz, iż cię teraz obarczam, ale nie mogę już tego kryć.

Nie będę dłużej udawać, iż nic się nie stało. Ola nas wszystkie zrobiła w balona!

Justyna stała z rękami opartymi o blat. Ramiona jej lekko drżały.

Wynocha powiedziała zupełnie spokojnie.

Ola tylko się uśmiechnęła i rozparła na krześle, przekonana, iż matka nie mówi do niej.

Wynocha z mojego mieszkania! Justyna odwróciła się do córki. Pakuj się i idź do męża. Nie chcę cię tu widzieć!

Ola zbladła.

Mamo, mam dziecko! Ja nie mogę się denerwować!

Nie masz już matki, Ola. Matkę miała dziewczyna, którą uważałam za porządną. Ty jesteś złodziejką.

Pani Gienia… Boże, ona do mnie codziennie dzwoniła, pytała, jak się trzymam, i ani słowem nie wspomniała… Jak mam teraz na nią spojrzeć?

Ola złapała torbę, rzuciła ręcznikiem o podłogę.

No to się tymi pieniędzmi podławcie! wrzasnęła. Stare raszple! Idźcie wy sobie…!

Ola wybiegła z pokoju, złapała nosidełko z dzieckiem i wybiegła z mieszkania.

Justyna usiadła i schowała twarz w dłoniach. Kaśce zrobiło się przykro.

Przepraszam, Justynka…

Nie, Kaśka… To ja ciebie przepraszam. Że wychowałam taką… cóż… Wierzyłam, iż sama do wszystkiego doszła, a tu… Boże, jaki wstyd…

Kaśka położyła jej rękę na ramieniu. Justyna rozpłakała się na dobre.

***

Tydzień później mąż Oli, blady i przygaszony, objechał wszystkie pożyczki, przepraszał wszystkich bez podnoszenia wzroku. Obiecał, iż odda wszystko, ile tylko się da.

I rzeczywiście zaczął przelewać pieniądze Justyna przelała pani Gieni pięćdziesiąt tysięcy za córkę.

Kaśka nie czuła się winna. Oszustka musiała ponieść konsekwencje. A chyba tak właśnie powinno być, prawda?

Idź do oryginalnego materiału