Anna weszła do mieszkania i od progu powiedziała, iż potrzebuje na wesele koleżanki sukienki za osiemset złotych. Tak po prostu. Jakby chodziło o bilet na tramwaj.
Siedziałam przy stole w kuchni, obierałam ziemniaki. Nóż mi się zatrzymał w połowie. Za oknem padał listopadowy deszcz, taki drobny i natarczywy, iż choćby gołębie schowały się pod rynnę. Pomyślałam: przecież prowadzę zakład krawiecki od piętnastu lat. Mogę jej uszyć taką sukienkę, jakiej nie będzie miała żadna z tych dziewczyn.
— Mamo, ale to ma być na już. Wesele w sobotę, a u ciebie zawsze wszystko trwa tydzień. Poza tym ta w salonie jest po prostu idealna.
Ziemniak upadł do miski z wodą. Plusk. Tak jakoś głupio to zabrzmiało w tej ciszy.
Moja córka, jedynaczka, którą po rozwodzie wychowywałam sama. Pracowałam na półtora etatu, żeby miała wszystko. A ona teraz stoi przede mną w białym płaszczu, który tez mi nie smakował, i mówi, iż wyprzedaje mnie jak starą maszynę do szycia.
Nie chodziło o te osiemset złotych. Chodziło o to, iż trzeci raz w tym miesiącu przyszła tylko po to, żeby coś wziąć, a nie żeby porozmawiać.
Jej narzeczony, Tomek, przed rokiem zaproponował, żebym sprzedała mieszkanie i kupiła mniejsze. "Będzie pani wygodniej, mniej sprzątania" — mówił, a ja wiedziałam, iż za tym stoi coś innego. Odmówiłam. Od tamtej pory Anna prawie przestała do mnie dzwonić, a jak dzwoniła, to z jakąś prośbą.
Teraz stała i czekała na odpowiedź.
— Nie mam tylu pieniędzy wolnych teraz — powiedziałam spokojnie.
Znałam ją wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, iż ta odpowiedź nie przejdzie. I się nie myliłam.
— Ale przecież masz oszczędności! Mówiłaś, iż na czarną godzinę. To właśnie jest ta godzina, mamo. Zastanów się!
Wstałam, wytarłam ręce w ścierkę z kogutem. Ta ścierka miała ze dwadzieścia lat — kupiłam ją jeszcze na bazarze przy ulicy Pawiej, jak Anna była mała. Przez moment chciałam jej to wszystko powiedzieć: o tym, iż za każdym razem, gdy prosi o pieniądze, coś we mnie kruszeje. O tym, iż Tomek od roku nie znalazł stałej pracy, a do mnie dzwoni wyłącznie wtedy, gdy kończą im się pieniądze na koncie.
— Aniu, a może porozmawiamy? Usiądź, zrobię herbaty.
— Mamo, nie robię tu z ciebie bankomatu, ale to naprawdę ważne. To wesele mojej najlepszej przyjaciółki!
Nie usiadła. Spojrzała na telefon, na którym leżała jej torebka, jakby już się spieszyła.
— Dobrze — powiedziałam. — Ale mam jeden warunek. Tomek odda mi te pieniądze w przyszłym miesiącu. Z jego oszczędności.
Zamarła. Wreszcie na mnie popatrzyła. Nie wiem, co zobaczyła w mojej twarzy, ale musiało to zrobić wrażenie, bo zaczęła mówić szybciej, iż przecież Tomek nie ma stałych dochodów, iż to będzie wspólny prezent, iż wesele jest bardzo ważne, że…
— To niech będzie twój prezent — przerwałam. — I niech cię to cieszy. Ale pieniędzy nie dam ci ja.
Milczała dłuższą chwilę. W kuchni głośno tykał zegar z kukułką — prezent od moich rodziców na trzydziestolecie. Osiemnaście lat wisiał w tym samym miejscu. Nagle wydał mi się najgłośniejszym dźwiękiem w całym mieszkaniu.
W końcu Anna powiedziała, iż jestem niemożliwa i iż przez taką postawę stracę jedyną córkę. Wzięła torebkę, trzasnęła drzwiami. Wtedy po raz pierwszy od bardzo dawna nie zadzwoniłam do niej, żeby przeprosić.
Wieczorem usiadłam przy maszynie. Z kartonu wyciągnęłam zwój czarnej tkaniny… i zaczęłam szyć.
Szyłam do trzeciej w nocy. Codziennie. Szyłam suknię z długim jedwabnym trenem, czarną, z rozcięciem z boku, w której Anna wyglądałaby tak, iż wszystkich gości przeszłyby ciarki. Suknię, o jakiej marzyła, opowiadając mi o ślubach gwiazd, zanim w ogóle zaczęła spotykać się z Tomkiem.
W piątek przyszła esemesowa odpowiedź od Anny: "Nie musisz już dawać mi nic. Poradzimy sobie." Trzymałam telefon w dłoni, patrzyłam na ekran, aż zgasł.
W sobotę, w dniu tego wesela, zapakowałam suknię w pudełko. Pojechałam tramwajem do centrum handlowego, prosto do butiku, w którym Anna zostawiła w zamówieniu tę swoją sukienkę za osiemset złotych. Poprosiłam o inną — suknię wieczorową, granatową, z wszytymi perłami. Za czterysta sześćdziesiąt. Wyjęłam plik banknotów, przeliczyłam przy ekspedientce.
— A tę pierwszą proszę zostawić — powiedziałam. — Ale niech pani doliczy metkę z tym napisem: "Prezent od mamy".
Pani popatrzyła na mnie znad okularów, ale skinęła. Wiedziałam, iż nie zrozumie i nie miała z czego zrozumieć. Pakując granatową suknię, uśmiechnęła się tylko i dodała, iż córka na pewno będzie zadowolona.
Wyszłam z butiku i ruszyłam do wyjścia z galerii. Wtedy telefon zawibrował. Anna.
— Mamo, jestem w centrum, Tomek odwołał wyjazd na to wesele w ostatniej chwili, bo autobus się zepsuł. Jesteśmy przy kasach. Możemy wpaść po tę sukienkę? Za pół godziny…
Więc jednak wesele Marcina i Oli było. Dobrze wiedziałam, iż kłamała. Ola była nie jej przyjaciółką, tylko koleżanką z pracy, która jej nie znosiła. Ale to już nie miało znaczenia.
— Jestem w galerii, zaraz wyjdę — powiedziałam.
— To może dołączysz do nas na poprawinach jutro? — wydusiła z siebie w końcu.
Skręciłam w prawo, minęłam stoisko z lodami i fontannę, przy której Anna jako dziecko upychała drobne do kieszeni, żeby kupić sobie sorbet cytrynowy. Stanęłam.
— Może — powiedziałam. — A teraz muszę kończyć, bo umówiłam się w sprawie jednej sukni.
Rozłączyłam się. Poprawiłam torbę na ramieniu. Wyszłam na deszcz, który padał tak samo jak wtedy, gdy Anna po raz pierwszy przyprowadziła Tomka na obiad. Tylko iż teraz szłam sama, bez parasola, a w torbie niosłam dwie suknie. Jedną granatową. I jedną, której nikt nie miał zobaczyć.
Na przystanku wsiadłam w ósemkę. Przy kasowniku nie mogłam znaleźć biletu miesięcznego, więc kupiłam jednorazowy u kierowcy. Starym zwyczajem usiadłam przy oknie, choć cały autobus był pusty. Za szybą mieniły się neony wystaw.
Wtedy zrobiłam coś, czego nie planowałam. Wyjęłam telefon i wybrałam numer zakładu. Nie, nie zakład. Numer mieszkania. Odebrała moja własna automatyczna sekretarka, bo nigdy nie zdążyłam jej wyłączyć.
— Dzień dobry, mówi Halina Nowak. Zostawiam wiadomość dla siebie samej. Jutro zanieś te suknie do sklepu charytatywnego przy Długiej. Obie.
Odłożyłam telefon. Deszcz bębnił o dach. Jechałam w stronę mieszkania, w którym wszystko stało tak samo, tylko jedna rzecz się zmieniła: nikt już nie mógł przyjść i wziąć.













