Dziennik Niny, 15 marca
Przycisk Wyślij na stronie szkoły był malutki, a moja dłoń spociła się tak, jakby ściskała nie myszkę, ale obcą rękę. W formularzu napisałam szczerze: 55 lat. Doświadczenie szkolne teatrzyki, czytanie na zebraniach klasowych. W rubryce cel najpierw wpisałam dla siebie, skasowałam, wpisałam chcę nauczyć się mówić głośno, dopiero wtedy kliknęłam wyślij.
Minutę później przyszedł e-mail z adresem i godziną próbnych zajęć. Zamknęłam laptop tak energicznie, jakbym mogła przez to cofnąć to, co już zrobiłam, i poszłam do kuchni. Zlewozmywak pełen naczyń, na kuchence stygnął rosół. Automatycznie sięgnęłam po gąbkę, ale zatrzymałam się.
Później powiedziałam na głos i sama siebie tym zawstydziłam, jakby ktoś mnie podsłuchał.
Nikomu nie powiedziałam o szkole. W pracy, w księgowości, i tak już jest dość gadania kto co komu powiedział, kto na kogo patrzył. W domu syn, mąż, teściowa przez telefon wszystko przewidywalne, oczywiste, wymagające. Bałam się, iż jeżeli powiem: Idę do szkoły wystąpień, zacznie się lawina pytań, żartów, rad. Najgorsze by było współczujące: A czemu ci to, po co?. Sama sobie to powtarzałam przez lata.
Wyznaczonego wieczoru wysiadłam z metra w Warszawie i długo szukałam adekwatnego bloku, choć adres był jasny. Szedłam powoli, sprawdzałam w torebce: dowód osobisty, notes, butelka wody. Na klatce schodowej ktoś pchał się z wózkiem dziecięcym, przyklejałam się do ściany, przepuszczałam. Serce biło jak przed egzaminem.
Szkoła była na drugim piętrze, za drzwiami z napisem Pracownia Twórcza. W korytarzu stały krzesła, na ścianach wisiały plakaty z poprzednich pokazów. Zostawiłam płaszcz, odwiesiłam na haczyk, poprawiłam włosy przed lustrem. Wydawało mi się, iż siwizna na skroniach jest za bardzo widoczna i nerwowo ją przygładziłam, jakbym mogła ukryć.
W sali było dziesięć osób. Jedni się śmiali, ktoś wertował wydruki. Prowadząca, niska kobieta z krótkimi włosami, przedstawiła się: pani Magdalena i poprosiła wszystkich do kręgu.
Dziś próbujemy głosu. Nie chodzi o głośność, ale o siłę. Oddychamy. Nie przepraszamy.
To nie przepraszamy walnęło mnie w środek piersi. Już miałam na końcu języka: Ja tu tylko na próbę, z ciekawości, ale po prostu stanęłam w kręgu.
Pierwsze ćwiczenie było proste: wdech, długi wydech z ssss, potem z żżż. Starałam się nie rozglądać, ale zauważyłam, iż obok stoi dwudziestoletnia dziewczyna o jaskrawych paznokciach i wyprostowanej postawie, z drugiej strony mężczyzna w sportowej bluzie, odważnie rozchylając ramiona. Poczułam się jak intruz, obca na cudzym przyjęciu.
Teraz każdy mówi swoje imię i jedno zdanie ciągnęła pani Magdalena. Jakiekolwiek. Byle nie szeptem.
Gdy przyszła moja kolej, język przykleił mi się do podniebienia.
Nina powiedziałam i natychmiast dodałam: Przepraszam, ja
Stop! delikatnie, ale stanowczo przerwała prowadząca. Tego słowa dziś nie używamy. Jeszcze raz. Tylko imię.
Przełknęłam ślinę.
Nina.
Usłyszałam swój głos: nie był taki cienki jak zawsze myślałam. Niski, chropawy, ale prawdziwy. Przez to jednocześnie przestraszyłam się i poczułam ulgę.
Po zajęciach pani Magdalena podeszła.
Zapraszam na kurs powiedziała. Ma pani piękny tembr. I nawyk ukrywania się. Nad tym będziemy pracować.
Kiwnęłam głową, jakby to dotyczyło kogoś innego. Na zewnątrz sięgnęłam po telefon, żeby napisać do męża, iż się spóźnię. Po długim namyśle wysłałam krótkie: Będę później, zajęcia. Bez szczegółów.
Tydzień później ruszyły regularne próby. Wydrukowałam tekst wybrany na pierwsze wystąpienie fragment współczesnej prozy, krótki monolog kobiety, która uczy się mówić nie. Czytałam w kuchni, podczas gotowania makaronu, i ciągle się myliłam. Albo zapominałam linijkę, albo połknęłam końcówkę. Złościłam się na siebie, jak na niesforne dziecko.
Mamo, co tam mamroczesz? spytał syn, wchodząc do kuchni.
Aż podskoczyłam i gwałtownie schowałam kartkę.
Nic, praca.
Słowo praca było wygodną zasłoną. Wstydziłam się, iż chowam się przed własnym dzieckiem, ale bałam się przyznać jeszcze bardziej.
Na próbie pani Magdalena stawiała nas kolejno przy mikrofonie. Statyw, kabel, głośnik. Bałam się mikrofonu prawie tak samo jak ludzi. Wydawało mi się, iż gdy tylko odezwę się przez niego, mój głos zdradzi każdą słabość.
Nie wychylajcie się do mikrofonu. On ma być dla was. Stójcie prosto, oddychajcie plecami.
Próbowałam. Szło mi kiepsko: unosiłam ramiona, łapałam oddech płytko. Obok młoda kobieta czytała lekko, swobodnie, jakby rozmawiała z przyjaciółką. W głowie myśl: Już za późno. Jestem śmieszna. I zaraz usprawiedliwienia.
Po zajęciach zagadała do mnie kobieta w moim wieku, w szarym swetrze, z gładkim kucykiem.
Dobrze robisz pauzy powiedziała. Jestem Zosia. Też się bałam mikrofonu, myślałam, iż mnie obnaża.
Po raz pierwszy uśmiechnęłam się tego wieczoru.
Bo trochę obnaża szepnęłam.
Tak przyznała Zosia. Ale nie tak, jak myślimy.
Szłyśmy razem na przystanek. Zosia opowiadała, iż pracuje w przychodni, iż przyszła po trudnym roku, gdy czuła się jakby była z waty. Słuchałam i czułam, jak coś we mnie mięknie. Może nie od razu przyjaźń, ale możliwość niebycia samej.
Po kilku zajęciach przyszła nieprzyjemna uwaga. Czytałam swój fragment, próbując utrzymać oddech. W połowie się zacięłam na znanym słowie i ucichłam. Zrobiła się cisza w pokoju.
No, pamięć już nie ta mruknął mężczyzna w sportowej bluzie, niezbyt głośno, ale reszta usłyszała.
Zalał mnie rumieniec. Chciałam odpowiedzieć ostrym słowem, ale automatycznie się uśmiechnęłam, jak zawsze.
No tak, bywa wymamrotałam.
Pani Magdalena podniosła rękę.
Zdarza się każdemu powiedziała. I młodym też. Nie komentujemy wieku. Pracujemy.
Mężczyzna wzruszył ramionami. Stałam i myślałam, iż mój nawyk uśmiechania się po złośliwościach, to też forma braku głosu.
W domu jeszcze długo czytałam tekst, podczas gdy mąż oglądał Wiadomości. Zapytał:
Tekstu się uczysz, Nina?
Zamarłam. W gardle sucho.
Nie. Zapisałam się na zajęcia. Będę miała wystąpienie.
Oderwał wzrok od telewizora, spojrzał poważnie.
Wystąpienie? powtórzył bez kpiny.
Czekałam na żart, ale tylko przytaknął.
jeżeli ci potrzeba, idź. Tylko się nie zamartwiaj.
Słowa zupełnie zwykłe, ale poczułam w tej codzienności wsparcie. Nie jesteś super, nie jestem dumny, tylko: masz prawo nie tłumaczyć się.
Przygotowania szły opornie. Budzik nastawiałam pół godziny wcześniej, żeby zrobić ćwiczenia oddechowe, póki dom jeszcze śpi. Stałam przy oknie, dłonie na żebrach, liczyłam wdechy. Czasem kaszlałam, czasem śmiałam się z siebie. W notesie zapisywałam: rozluźnić żuchwę, pauza po «nie», patrzeć w salę, nie w podłogę.
Na jednej z prób pani Magdalena poprosiła, by wyobrazić sobie osobę w pierwszym rzędzie, której chce się powiedzieć swój tekst.
Od razu zobaczyłam teściową. Potem szefową. Potem siebie w lustrze z tym uśmieszkiem, którym maskowałam wszystko. Dłonie mi zadrżały.
Nie wszyscy naraz zauważyła prowadząca. Wybierzcie jednego. Mówcie do niego.
Wybrałam siebie. To było dziwne, trochę straszne, jakby pierwszy raz uznała, iż jestem kimś ważnym na widowni.
Dzień występu nadszedł za szybko. Obudziłam się bardzo wcześnie, w brzuchu pustka i chłód. Po cichu weszłam do kuchni, nalałam wody, piłam małymi łykami. Tekst leżał na stole, złożony na pół. Rozwaliłam go, przebiegłam wzrokiem nagle nie pamiętałam środka. Jakby tam była białość.
Usiadłam, dłonie przyłożyłam do skroni.
Nie pójdę. Ta myśl była słodka, jak obietnica ratunku. Mogę zadzwonić, iż jestem chora. Wymyślić nagłą sprawę. Nikomu nie stanie się krzywda.
Wtedy do kuchni wszedł mąż, zaspany.
Co tak wcześnie? spytał.
Spojrzałam i nagle powiedziałam prawdę.
Boję się. Że zapomnę tekst.
Podrapał się po głowie, wziął moją kartkę.
Przeczytaj mi, jak wyjdzie.
Chciałam odmówić, ale już stałam. Czytałam cicho, gubiłam się, przerywałam. Nie poprawiał. Tylko, gdy znowu przeprosiłam, uniósł brwi.
Uczysz się tam nie używać tego słowa zauważył.
Zaśmiałam się.
Widzisz. W domu też nie wychodzi.
Wyjdzie oddał kartkę. I tak pójdziesz.
Przed występem w szkole zrobiło się tłoczno. Szeleściły torby z kostiumami, ktoś poprawiał kołnierzyk, ktoś szeptał swój tekst. Trzymałam wydruki w teczce, żeby się nie pogniotły. Palce miałam lodowate.
Zosia podeszła, podała mi wodę.
Łyk, i nie powtarzaj teraz tekstu poradziła. Teraz już za późno. Teraz trzeba oddychać.
Skinęłam głową, schowałam kartki do torby, torbę ustawiłam przy ścianie, zasunęłam zamek. Musiałam wiedzieć, iż rzeczy są na miejscu, iż mam swoją kotwicę.
Na sali było około pięćdziesięciu osób. Mała scena, czarny kotar, dwa reflektory, światło aż razi. Mikrofon na środku. Wyszłam zza kulis, spojrzałam na widownię i od razu pożałowałam. Twarze zlewały się, ale poznałam kilku swoich. Mąż siedział bliżej przejścia, obok syn przyszedł niespodziewanie, co wywołało we mnie falę czułości i paniki.
Nie dam rady wyszeptałam do Zosi.
Dasz odpowiedziała cicho. Patrz na mnie. Będę z boku.
Podeszła pani Magdalena, położyła mi dłoń na ramię.
Nie musisz być idealna, szepnęła. Wystarczy być sobą. Wyjdziesz, weźmiesz oddech, powiesz pierwsze zdanie. Potem tekst sam poprowadzi.
Zamknęłam oczy. W ustach sucho, język obcy. Wzięłam wdech, jak uczono, bez unoszenia ramion, i poczułam, jak powietrze napiera na żebra. To nie magia, to biologia, ale ona mnie podtrzymała.
Wywołali mnie. Wysunęłam się na przód. Podłoga twarda, trochę śliska. Podeszłam do mikrofonu, stanęłam na długość dłoni. Światło w oczy, sala zaciemniona i to o dziwo pomogło: mniej widać, mniej obcych oczu.
Zatrzymałam się i przez moment nie mogłam nic powiedzieć. W głowie pustka. Zobaczyłam w pierwszym rzędzie męża, jego spokojne ręce, twarz skupioną. Zobaczyłam syna, patrzącego na mnie, nie w telefon. I nagle zrozumiałam, iż nie oczekują ode mnie doskonałości. Po prostu są.
Przywykłam mówić cicho wyrwało mi się jako pierwsze. Głos zadrżał, ale wybrzmiał.
Posypały się zdania. Nie pamiętałam ich perfekcyjnie, ale kolejne wypływały z siebie. Raz zgubiłam szyk, na chwilę serce zamarło. Przerwałam, wzięłam oddech i powiedziałam następne zdanie po swojemu. Nikt nie syknął, nie śmiał się. Sala była cicho, i to była cisza słuchająca.
Przy słowie nie zrobiłam zaplanowaną pauzę. Po raz pierwszy nie uśmiechnęłam się, żeby złagodzić wymowę. Po prostu powiedziałam.
Na koniec cofnęłam się krok, pamiętając, iż statyw stoi na miejscu, a dłoni nie chowam. Ręce drżały, ale nie ukryłam ich. Ukłon krótki.
Brawa nie były burzliwe, ale ciepłe, prawdziwe. Ktoś powiedział choćby dziękuję, a ja poczułam, jakby to było bezpośrednio do mnie.
Za kulisami oparłam się o ścianę, nogi jak z waty. Zosia objęła mnie na sekundę.
Wyszłaś powiedziała.
Kiwnęłam głową. Chciało mi się płakać, ale łez nie było. Było coś innego: jakby wreszcie zajęłam miejsce, które zawsze omijałam.
Po występie jeszcze długo trwało zbieranie się. Jedni szukali kurtki, inni robili zdjęcia. Poszłam po swoją torbę, sprawdziłam zamek, wyjęłam teczkę. Kartka z tekstem trochę pogięta, róg zawinięty. Pogładziłam papier i niespodziewanie stwierdziłam, iż nie mam zamiaru od razu jej wyrzucić. Niech będzie dowodem, iż to się stało.
Mąż i syn podeszli przy wyjściu.
Spoko było powiedział syn, udając obojętność, ale w oczach iskierki. choćby ciekawe.
Mąż przytaknął.
Brzmiałaś inaczej. Nie jak w kuchni.
Roześmiałam się krótko.
W kuchni wiecznie się spieszę odpowiedziałam. I zanim się przestraszyłam, dodałam: Chcę kontynuować.
Wyszliśmy. Zapięłam płaszcz, poprawiłam szalik. W środku przez cały czas drżało, ale teraz to była inna drżenie ciało pamiętało, iż zrobiłam krok.
Następnego dnia przyszłam do pracowni wcześniej. W korytarzu pusto. Podeszłam do stołu organizatora, wzięłam formularz i zapisałam się na wyższy poziom. W rubryce cel długo nie szukałam: wpisałam tylko jedno Mówić.
Gdy pani Magdalena wychodziła z gabinetu, spojrzałam jej w oczy.
Zostaję powiedziałam.
To dobrze odparła. Wybierz nowy tekst.
Wzięłam teczkę, przycisnęłam do piersi. I idąc do sali zorientowałam się, iż nie padło z moich ust ani jedno usprawiedliwienie. Mała rzecz, ale brzmiała we mnie głośniej niż wszystkie oklaski świata.











