Wyjść i powiedzieć głośno

twojacena.pl 23 godzin temu

Przycisk Wyślij na stronie szkoły był mały, a dłoń Iwony spociła się tak, jakby trzymała nie myszkę, tylko czyjąś cudzą rękę. W ankiecie szczerze wpisała: 55 lat. Doświadczenie szkolne apelki, czytanie referatów na zebraniach. W rubryce cel najpierw napisała dla siebie, skasowała, potem: chcę nauczyć się mówić na głos i dopiero wtedy kliknęła.

Po minucie przyszła wiadomość z adresem i godziną próbnych zajęć. Iwona zamknęła laptopa, jakby to mogło cofnąć jej decyzję, i poszła do kuchni. Na blacie pietrzyły się naczynia, na kuchence stygnął żurek. Sięgnęła po gąbkę, ale w pół gestu się zatrzymała.

Później powiedziała na głos, po czym speszyła się własnym głosem, jakby ktoś mógł ją usłyszeć.

Nikomu nie powiedziała o szkole. W pracy, w biurze rachunkowym, i tak było dość rozmów: kto komu co powiedział, kto na kogo spojrzał. W domu syn, mąż, teściowa przez telefon, wszystko znajome i wymagające. Bała się, iż gdyby powiedziała: Idę do szkoły wystąpień scenicznych, zaraz pojawiłyby się pytania, żarty, rady. A najgorsze to współczujące: Iwona, po co ci to? Sama sobie to powtarzała przez lata.

W wyznaczony wieczór wysiadła z metra na Dworcu Gdańskim, długo szukała numeru kamienicy, choć adres był jasny. Szedła powoli, sprawdzała w torbie: dowód osobisty, notes, butelka wody. W klatce schodowej było wąsko. Ktoś schodził z wózkiem Iwona przywarła do ściany. Jej serce tłukło się jakby szła na maturę.

Szkoła mieściła się na drugim piętrze, za drzwiami z tabliczką Pracownia Twórcza. W korytarzu rząd krzeseł, na ścianach plakaty z dawnych spektakli. Iwona zdjęła płaszcz, powiesiła na haczyku, poprawiła włosy w lustrze. Zauważyła, iż siwizna nad skroniami bardzo się wybija, przegładziła ją bezwiednie palcami jakby mogła ją ukryć.

W sali było około dziesięciu osób. Ktoś się śmiał, ktoś przewracał kartki skryptu. Prowadząca, drobna kobieta o krótkich włosach, przedstawiła się:

Dobry wieczór, Anna Majchrzak. Proszę, stańmy w kółku.

Dziś ćwiczymy głos nie głośność, a podparcie. Oddychamy. Proszę się nie przepraszać.

Słowa proszę się nie przepraszać uderzyły Iwonę prosto w klatkę piersiową. Złapała się na tym, iż już jest gotowa wydukać: Jestem tu tylko na chwilę, tak się przyglądam. Stanęła jednak cicho w kręgu.

Pierwsze ćwiczenie było proste: wdech, długi wydech na sss, potem na żżż. Starała się nie patrzeć na innych, ale i tak dostrzegała: obok stała dziewczyna około dwudziestki z jaskrawymi paznokciami, idealną postawą; dalej mężczyzna w dresie, wyprostowany i pewny. Czuła się obco, jak gość na nieznanych urodzinach.

Teraz każdy poda imię i powie jedno zdanie oznajmiła Anna Majchrzak. Dowolne. Ale nie szeptem.

Kiedy przyszła kolej na Iwonę, język przykleił się do podniebienia.

Iwona powiedziała i natychmiast dodała: Przepraszam, ja…

Stop łagodnie, ale stanowczo przerwała prowadząca. Dziś nie używamy tego słowa. Proszę jeszcze raz same imię.

Iwony gardło było suche.

Iwona.

I nagle usłyszała: jej głos nie był tak cienki, jak się jej zdawało. Był niski, trochę chropowaty, ale prawdziwy. To było jednocześnie przerażające i wyzwalające.

Po zajęciach Anna Majchrzak podeszła do niej.

Proszę dołączyć do kursu. Ma pani barwę. I nawyk chowania się. Nad tym popracujemy.

Iwona skinęła głową, jakby to nie o niej była rozmowa. Na zewnątrz wyjęła telefon, by napisać do męża, iż się spóźni, długo układała treść. Ostatecznie wysłała krótkie: Będę później, zajęcia. Bez szczegółów.

Za tydzień zaczęły się regularne próby. Iwona wydrukowała tekst na pierwsze wystąpienie: fragment współczesnej prozy, krótki monolog o kobiecie, która uczy się mówić nie. Czytała go w domu, w kuchni, podczas gotowania makaronu, ciągle myląc fragmenty. Zapominała wiersz, gubiła końcówki. Była na siebie zła, jak na łobuzującego dzieciaka.

Co tam mamroczesz, mamo? zapytał syn, zaglądając do kuchni.

Iwona drgnęła i gwałtownie złożyła kartkę.

Nic. Praca.

Słowo praca było jej stałą wymówką. Wstydziła się, iż skrywa się przed własnym synem, ale powiedzieć prawdę to było jeszcze trudniejsze.

Na próbie Anna stawiała ich pod mikrofonem raz po raz. Mikrofon na statywie, kabel zwisał do głośnika. Iwona bała się go tak samo jak ludzi. Wyobrażała sobie, iż gdy zrobi krok, jej głos odbije się od ścian i wzmocni każdy jej drżący ton.

Nie nachylamy się do mikrofonu pouczyła Anna. To on powinien wychodzić naprzeciw. Stoimy prosto. Oddychamy z tyłu.

Iwona próbowała. Na początku marnie: ramiona wzwyż, oddech się rwał. Słyszała, jak młoda dziewczyna mówi lekko, jakby opowiadała koleżance. Myśl: Za późno. Jestem śmieszna. od razu rodziła w niej usprawiedliwienia.

Po próbie podeszła do niej kobieta może jej wieku, w szarym swetrze, z ciasno związanym kucykiem.

Umiesz robić pauzy powiedziała. Jestem Basia. Też bałam się mikrofonu. Myślałam, iż mnie zdradzi przed wszystkimi.

Iwona uśmiechnęła się pierwszy raz tego wieczoru.

I rzeczywiście zdradza odparła cicho.

Tak odpowiedziała Basia. Tylko nie tak, jak nam się wydaje.

Razem wyszły na przystanek. Basia opowiadała, iż pracuje w przychodni, iż przyszła po ciężkim roku, kiedy w środku poczuła się zupełnie pusta. Iwona słuchała i czuła, jak coś w niej spuszcza lód. Jeszcze nie przyjaźń, ale już możliwość nie bycia całkiem samą.

Po kilku spotkaniach wydarzyła się niemiła uwaga. Iwona czytała swoją część, starając się trzymać oddech. W połowie zacięła się na słowie, które w domu znała na pamięć i zamilkła. Zapadła cisza.

No, już pamięć nie ta wymamrotał mężczyzna w dresie; niegłośno, ale wystarczająco, by słyszeli wszyscy.

Iwonie policzki zapiekły. Chciała odpysknąć, ale automatycznie uśmiechnęła się, jak miała w zwyczaju.

Bywa mruknęła.

Anna Majchrzak podniosła rękę:

Zdarza się każdemu powiedziała. Młodym też. Nie komentujemy wieku. Pracujemy.

Mężczyzna wzruszył ramionami, jakby nic się nie stało. A Iwona zrozumiała, iż jej zwyczaj uśmiechania się na zaczepki to też element jej głosu. A raczej milczenia.

W domu tego wieczoru otworzyła tekst i czytała znowu, kiedy mąż oglądał wiadomości. Spojrzał:

Uczysz się wiersza?

Iwona zesztywniała, w gardle zaschło.

Nie… Zapisałam się na zajęcia. Będzie wystąpienie.

Mąż oderwał się od ekranu, patrzył uważnie.

Wystąpienie? powtórzył bez kpiącej intonacji.

Czekała na drwinę, a on tylko kiwnął głową:

Jak ci potrzeba, idź. Tylko nie zamęczaj się.

Słowa były zwykłe, bez aplauzu. Ale Iwona właśnie w tej zwyczajności poczuła wsparcie. Nie zachętę, nie dumę pozwolenie, żeby nie tłumaczyć się.

Przygotowania były ciężkie. Nastawiała budzik na pół godziny wcześniej, żeby zdążyć poćwiczyć oddech, kiedy dom spał. Stawała przy oknie, dłonie na żebrach, liczyła wdechy. Niekiedy kaszlała, czasem śmiała się z siebie. W notesie pojawiały się notatki: nie zaciskać szczęki, pauza po nie , patrz na salę, nie w podłogę.

Pewnego dnia Anna poprosiła, by wyobrazili sobie, iż w pierwszym rzędzie siedzi osoba, do której chcą mówić.

Iwona od razu zobaczyła teściową. Potem szefową. Potem siebie w lustrze, z tym uśmiechem, którym zawsze wszystko przykrywała. Ręce jej się trzęsły.

Nie do wszystkich naraz powiedziała Anna, zauważywszy Proszę wybrać jedną osobę. Mówić do niej.

Iwona wybrała siebie. To było dziwne i straszne, jakby po raz pierwszy uznała, iż ona też jest kimś w pierwszym rzędzie.

Dzień występu nadszedł za szybko. Obudziła się, choć budzik jeszcze nie dzwonił. W brzuchu miała pustkę i chłód. Poszła do kuchni, nalała wody, piła małymi łykami. Tekst leżał na stole, złożony na pół; rozchyliła go i nagle odkryła, iż nie pamięta środka. Nie zupełnie ale jakby w głowie ziała biała dziura.

Usiadła, przycisnęła dłonie do skroni.

Nie wyjdę pomyślała. Ta myśl była kusząca, jak propozycja ratunku. Można powiedzieć, iż rozchorowała się. Wymyślić pilną sprawę. Nic się nie stanie.

Wtedy pojawił się mąż, zaspany.

Czemu jesteś na nogach tak wcześnie? zapytał.

Iwona spojrzała na niego i bezwiednie powiedziała prawdę:

Boję się. Że zapomnę.

Podrapał się po głowie, wziął kartkę ze stołu.

Przeczytaj mi powiedział. Jak wyjdzie.

Chciała odmówić, ale już wstała i zaczęła mówić cicho, zająkując się, przerywając. Nie poprawiał jej. Tylko tam, gdzie znów zaczęła przepraszać, uniósł brew:

Uczycie się tam, by nie używać tego słowa, prawda?

Iwona uśmiechnęła się z zażenowaniem.

Tak. Ale widzisz, choćby w domu nie wychodzi.

Dasz radę odpowiedział, oddał kartkę. I tak pójdziesz.

W szkole, przed występem, było tłoczno. W korytarzu szeleściły torebki z kostiumami, ktoś poprawiał kołnierzyk, ktoś trenował szeptem tekst. Iwona trzymała wydruk w skoroszycie żeby się nie pogiął. Palce miała zimne mimo ciepła w środku.

Basia podeszła, podała butelkę z wodą.

Weź łyk. I już nie czytaj powiedziała. Za późno na naukę. Teraz trzeba oddychać.

Iwona schowała skoroszyt do torby. Postawiła torbę na krześle, zasunęła zamek. Potrzebowała wiedzieć, gdzie są jej rzeczy punkt, do którego zawsze można wrócić.

Na sali było około pięćdziesięciu osób. Mała scena, czarny kotar, dwa reflektory, oślepiające światłem. Mikrofon pośrodku. Iwona wyszła na skraj kulis, spojrzała na widownię i natychmiast pożałowała: twarze zlewały się w jedną ciemną masę, ale dostrzegła znajome profile: mąż siedział bliżej przejścia, obok niespodziewanie syn. Zalała ją fala czułości i paniki.

Nie mogę wyszeptała Basi.

Możesz odpowiedziała cicho. Patrz na mnie, będę z boku.

Anna dotknęła jej ramienia.

Nie musisz być idealna powiedziała. Masz być żywa. Wyjść, nabrać powietrza, powiedzieć pierwsze zdanie. Potem słowa cię poprowadzą.

Iwona zamknęła oczy. W ustach sucho, język jak z waty. Wzięła wdech, jak ją uczono, nie zrywając barków, poczuła opór powietrza na żebrach. To nie magia to fizjologia, ale trzymało.

Została wywołana. Wyszła. Deski pod nogami były pewne, lekko śliskie. Stanęła przy mikrofonie, na dłoń od statywu. Światło biło w oczy, widownia zamgliła się i to akurat pomogło: mniej obcych spojrzeń na nią.

Otworzyła usta i sekundę nie mogła zacząć. W głowie błysnęła pustka. W pierwszym rzędzie zobaczyła męża, jego spokojne ręce, twarz bez napięcia. Syn patrzył nie w telefon, tylko na nią. Zrozumiała nagle, iż nie czekają na jej doskonałość. Po prostu są.

Zawsze mówiłam cicho powiedziała Iwona pierwsze zdanie. Głos drżał, ale był.

Potem poszło. Nie pamiętała każdej frazy, ale tekst sam się układał. W jednym miejscu pomyliła kolejność i na moment serce jej opadło. Przerwała, wzięła wdech i powiedziała następną myśl najlepiej, jak potrafiła. Nikt się nie roześmiał. W sali było cicho i ta cisza nie przygniatała, tylko słuchała.

Gdy doszła do słowa nie, zrobiła pauzę jak notowała w notesie. I pierwszy raz go nie złagodziła uśmiechem. Po prostu powiedziała.

Na koniec cofnęła się o krok, pamiętając, iż mikrofon zostaje przy statywie, a rąk nie trzeba ukrywać. Dłonie jej drżały, ale nie zaciskała palców. Ukłoniła się delikatnie.

Brawa nie były burzliwe, ale ciepłe i szczere. Ktoś powiedział dziękuję na głos i Iwona usłyszała to wyraźnie, jakby to słowo skierowane było wyłącznie do niej.

Za kulisami oparła się o ścianę. Kolana miała miękkie, jak po wejściu na piąte piętro. Basia objęła ją szybko, przyjacielsko.

Wyszłaś szepnęła.

Iwona skinęła głową. Chciało jej się płakać, ale nie miała łez. Było coś nowego poczucie, iż zajęła miejsce, które zawsze omijała.

Po występie długo się zbierali. Ktoś szukał płaszcza, ktoś robił zdjęcia. Iwona podeszła do torby pod ścianą, sprawdziła zamek, wyjęła skoroszyt. Kartka z tekstem była lekko zgięta, róg zawinięty. Przejechała palcami po papierze i poczuła, iż nie chce jej wyrzucać. Niech zostanie dowód, iż się wydarzyło.

Mąż i syn podeszli w korytarzu.

Było okej powiedział syn, starając się zachować spokój, ale w oczach mu błyszczało. choćby ciekawie.

Mąż kiwnął głową:

Zabrzmiałaś inaczej niż w kuchni.

Iwona roześmiała się krótko:

W kuchni zawsze się spieszę odparła. I zanim się zawahała, dodała: Chcę jeszcze.

Wyszli na dwór. Zapięła płaszcz, poprawiła szalik. Cała drżała, ale już nie ze strachu ciało pamiętało: zrobiła krok.

Nazajutrz przyszła do pracowni przed czasem. Korytarz był pusty. Podeszła do stolika recepcjonistki, pobrała druk zgłoszenia i wpisała się na kolejny poziom. W rubryce cel nie szukała już wymówek napisała krótko: Mówić.

Gdy Anna Majchrzak wyszła z pokoju, Iwona podniosła wzrok.

Zostaję powiedziała.

Dobrze odpowiedziała prowadząca. To wybierzmy nowy tekst.

Iwona wzięła teczkę, przytuliła do piersi. Wychodząc na salę, uświadomiła sobie, iż nie wypowiedziała dziś ani jednej wymówki. To była drobna, prawie niezauważalna zmiana ale brzmiała w niej głośniej niż każde oklaski.

Idź do oryginalnego materiału