Przycisk Wyślij na stronie szkoły był mały, a moja dłoń spociła się, jakbym ściskał nie myszkę, tylko czyjąś rękę. W formularzu bez ogródek wpisałem: 55 lat. Doświadczenie szkolne przedstawienia, czytałem na zebraniach. W rubryce cel najpierw napisałem dla siebie, skasowałem, wpisałem chcę nauczyć się mówić na głos i dopiero wtedy kliknąłem.
Po chwili otrzymałem maila z adresem i godziną zajęć próbnych. Zamknąłem laptopa jakby to mogło cofnąć decyzję i poszedłem do kuchni. Stos naczyń czekał, zupa już dawno wystygła. Niemal automatycznie sięgnąłem po gąbkę, ale zawahałem się.
Później powiedziałem na głos, i od razu zrobiło mi się głupio, jakby ktoś to słyszał.
O zajęciach nikomu nie powiedziałem. W biurze rachunkowym i tak wystarczy tych rozmów o wszystkim i niczym. W domu to samo syn, żona, teściowa przez telefon wszystko znajome, rutynowe. Bałem się, iż jeżeli wypalę: Idę na warsztaty emisji głosu, od razu posypią się pytania, żarty, dobre rady. Najgorsze byłoby współczujące: No ale po co ci to. Sam sobie to powtarzałem przez lata.
W wyznaczony wieczór wyszedłem ze stacji metra w centrum Warszawy i szukałem adekwatnego adresu. Trzymałem się powoli, sprawdzając co chwila: dowód, notes, butelka wody. Na klatce schodowej cisnęliśmy się ktoś schodził z wózkiem, więc przesunąłem się do ściany, by przepuścić. Serce biło jak przed maturą.
Szkoła mieściła się na drugim piętrze, za drzwiami z tabliczką Pracownia Twórcza. W korytarzu poustawiano krzesła, na ścianach wisiały afisze dawnych spektakli. Zostawiłem płaszcz na wieszaku, poprawiłem włosy w lustrze. Wydawało mi się, iż siwizna na skroniach rzuca się w oczy, więc przygładziłem ją, jakbym mógł schować.
W sali było dziesięć osób. Ktoś żartował, ktoś przewracał kartki notatek. Prowadząca, niska kobieta z krótkimi włosami, przedstawiła się jako pani Elżbieta Rogowska i poprosiła, byśmy ustawili się w kręgu.
Dzisiaj spróbujemy z głosem. Nie chodzi o siłę, ale o oparcie powiedziała. Oddychamy. Bez przepraszania.
Słowo bez przepraszania walnęło mnie w piersi. Już miałem rzucić: Na chwilę tylko, chcę się rozejrzeć. Zamiast tego wszedłem bez słowa do kręgu.
Pierwsze ćwiczenie było proste: wdech, długi wydech na ssss, potem na żżż. Starałem się nie zerkać wokół, ale zauważyłem: obok stała dziewczyna dwudziestoparoletnia z pomalowanymi paznokciami i prostą sylwetką, dalej gość w bluzie sportowej, wyprostowany i pewny siebie. Poczułem się obco, jakbym wpadł nie na swoje imieniny.
Teraz każdy mówi swoje imię i jedno zdanie ciągnęła pani Rogowska. Jakiekolwiek. Tylko głośno.
Kiedy przyszła moja kolej, język przykleił mi się do podniebienia.
Damian rzuciłem, i już miałem dodać: Przepraszam, ja
Stop delikatnie, ale zdecydowanie przerwała prowadząca. Tego słowa dziś nie używamy. Jeszcze raz. Tylko imię.
Przełknąłem ślinę.
Damian.
I nagle usłyszałem, iż mój głos nie jest taki cienki, jak myślałem. Był niski, trochę zachrypnięty, ale wyrazisty. To było jednocześnie straszne i dziwnie wyzwalające.
Po zajęciach Elżbieta podeszła do mnie.
Proszę przyjść na cały kurs powiedziała. Ma pan głos, barwę. Ale i nawyk chowania się. Będziemy z tym pracować.
Kiwnąłem głową, jakby to dotyczyło kogoś innego. Wyciągnąłem telefon, by napisać żonie, iż się spóźnię, ale długo układałem wiadomość. Napisałem w końcu krótko: Wrócę później, mam zajęcia. Bez szczegółów.
W kolejnym tygodniu zaczęły się regularne próby. Wydrukowałem tekst, który przygotowali na pierwsze wystąpienie: fragment współczesnej prozy krótki monolog o kobiecie uczącej się mówić nie. Czytałem go w kuchni, gdy makaron się gotował, ale ciągle coś plątałem. Zapominałem linijki, połknąłem końcówki. Denerwowałem się, jakbym upominał samego siebie.
Co tam tak mamroczesz? zapytał syn, wchodząc do kuchni.
Drgnąłem, gwałtownie złożyłem kartkę.
Nic. Robota.
Słowo robota stało się wygodną zasłoną. Zawstydziło mnie to, iż chowam się przed własnym synem, ale i tak bardziej bałem się przyznać.
Na próbach Elżbieta ustawiała nas do mikrofonu prawdziwy, na stojaku, z przewodem do głośnika. Bałem się go prawie tak jak ludzi. Wyobrażałem sobie, iż każdy mój błąd rozbrzmi w sali, podkreślając wszystkie niedoskonałości.
Nie podchodźcie do mikrofonu mówiła prowadząca. Pozwólcie, by to mikrofon was szukał. Stańcie prosto. Oddychamy w plecy.
Spróbowałem. Z początku nie szło: ramiona się unosiły, oddech urywał. Słyszałem, jak obok młoda dziewczyna czyta z lekkością, jakby rozmawiała z koleżanką. I znów myśl: Za późno dla mnie. Śmieszny jestem. Zaraz w duszy tłumaczyłem się sam przed sobą.
Po próbie podeszła do mnie kobieta w moim wieku, w szarym swetrze, z włosami spiętymi w kucyk.
Umiesz dobrze robić pauzy powiedziała. Jestem Anka. Też bałam się mikrofonu, wydawało mi się, iż demaskuje wszystko.
Uśmiechnąłem się pierwszy raz tego wieczoru.
On naprawdę wszystko obnaża dodałem cicho.
Tak, ale nie tak, jak nam się wydaje odpowiedziała.
Wyszliśmy razem do tramwaju. Opowiadała, iż pracuje w przychodni, iż trafiła tu po ciężkim roku, kiedy w środku zrobiło się pusto jak w bańce. Słuchałem poczułem, jak coś we mnie topnieje. To nie była od razu przyjaźń, raczej szansa nie bycia samemu.
Parę prób później wydarzył się zgrzyt. Czytałem swój tekst, pilnując oddechu. Zaciąłem się na słowie, które w domu recytowałem bezbłędnie, i zamilkłem. W sali zapadła cisza.
No tak, już nie ta pamięć mruknął facet w bluzie, niby cicho, ale słyszalnie.
Zalał mnie rumieniec. Miałem ochotę ostro odpowiedzieć, ale nawykowo tylko się uśmiechnąłem.
Zdarza się wymamrotałem.
Elżbieta podniosła dłoń.
Zdarza się każdemu powiedziała. Młodzi też zapominają. Nie komentujemy wieku. Pracujemy.
Facet wzruszył ramionami. Stałem dalej i myślałem, iż mój uśmiech w odpowiedzi na złośliwość to też część mojego głosu a raczej jego braku.
Wieczorem w domu znów otworzyłem tekst i czytałem, gdy żona oglądała Wiadomości. Zapytała:
Ty co, wierszyków się uczysz?
Zamknąłem się w sobie, sucho w ustach.
Nie. Zapisałem się na kurs wystąpień. Będzie prezentacja.
Oderwała wzrok od ekranu, spojrzała uważnie.
Prezentacja? powtórzyła zwyczajnie.
Czekałem na dowcip, uszczypliwość. Ale tylko skinęła głową.
jeżeli ci jest to potrzebne, to idź. Ale bez przesady.
Słowa były proste, bez euforii, ale poczułem wsparcie w tej zwykłości. Nie brawo, nie duma tylko milcząca zgoda. Nic już nie musiałem wyjaśniać.
Przygotowania szły ciężko. Nastawiałem budzik pół godziny wcześniej, żeby zrobić ćwiczenia oddechowe, gdy dom jeszcze spał. Stałem przy oknie, dłonie na żebrach, liczyłem wdechy. Czasem kaszlałem, czasem śmiałem się z samego siebie. W notesie przybywało uwag: nie zaciskać szczęki, pauza po nie, patrzeć w salę, nie w podłogę.
Pewnego razu Elżbieta kazała nam wyobrazić sobie osobę z pierwszego rzędu, do której chcemy kierować tekst.
Od razu zobaczyłem teściową. Potem szefową. Wreszcie samego siebie w lustrze z tym uśmiechem, za którym wszystko się chowało. Ręce mi się zatrzęsły.
Nie musicie mówić wszystkim zauważyła prowadząca. Wybierzcie jednego. Do niego mówcie.
Wybrałem siebie. Dziwne, nieswoje, jakby po raz pierwszy przyznałem, iż jestem na widowni swojego życia.
Dzień występu nadszedł szybciej, niż się spodziewałem. Obudziłem się wcześniej, żołądek miałem ściśnięty. Poszedłem cicho do kuchni, nalałem sobie wody. Tekst trzymałem na stole, złożony na pół. Rozwinąłem go nagle poczułem, iż nie pamiętam środka. Nie do końca, raczej jakby była tam biała plama.
Usiadłem, dłońmi przytrzymałem skronie.
Nie wyjdę pomyślałem. Myśl była kusząca zawsze można się rozchorować, wymyślić naglący powód. Nikt nie umrze.
Wtedy do kuchni wszedł zaspany syn.
Czemu tak wcześnie? spytał.
Spojrzałem na niego i niespodziewanie powiedziałem prawdę.
Boję się. Boję się, iż zapomnę.
Podrapał się po głowie, podszedł, wziął kartkę.
Przeczytaj mi, jak ci wyjdzie.
Chciałem odmówić, ale już wstałem. Czytałem cicho, gubiłem się, czasem musiałem przerwać. Syn nie przerywał. W jednym miejscu, gdy znów się zacząłem tłumaczyć, tylko uniósł brwi.
Przecież tam ćwiczysz, żeby już nie przepraszać powiedział.
Uśmiechnąłem się.
No widzisz, choćby w domu nie wychodzi.
Wyjdzie. I tak pójdziesz oddał kartkę.
W szkole przed występem było tłoczno: szelest kostiumów, ktoś poprawiał kołnierz, ktoś szeptał tekst. Trzymałem wydruk w teczce, żeby go nie zniszczyć. Miałem lodowate palce, mimo iż w sali było ciepło.
Anka podeszła z butelką wody.
Napij się. I już nie czytaj powiedziała. Teraz nie czas na naukę. Teraz oddychaj.
Skinąłem głową i schowałem teczkę do torby. Torbę zostawiłem przy ścianie, sprawdziłem zamek musiałem mieć coś, do czego można wrócić.
Na sali czekało około pięćdziesiąt osób. Mała scena, czarny kotar, dwa reflektory. Mikrofon na środku. Wyszedłem na kraniec kulisy, zerknąłem na widownię i od razu pożałowałem. Twarze zlewały się, ale rozpoznałem parę znajomych żona siedziała przy przejściu, obok syn, który przyszedł znienacka. Uderzyła mnie fala czułości i paniki zarazem.
Nie dam rady wyszeptałem do Anki.
Dasz szepnęła. Patrz na mnie, będę z boku.
Elżbieta zbliżyła się, położyła mi dłoń na ramieniu.
Nie musisz być idealny powiedziała. Masz być żywy. Wejdź, zacznij pierwszym zdaniem. Dalej tekst sam cię poprowadzi.
Zamknąłem oczy. Język wydawał się nie swój, sucho w gardle. Wziąłem wdech tak jak ćwiczyliśmy, bez unoszenia ramion. Powietrze naparło na żebra. Fizyczne, nie magiczne poczucie ale tylko ono mnie trzymało.
Zapowiedziano mnie. wszedłem. Podłoga była twarda, lekko śliska. Podszedłem na metr do mikrofonu. Światło raziło w oczy, sala ciemnością pomagała mniej widziałem, mniej obcych oczu.
Otworzyłem usta i na sekundę znikły mi wszystkie słowa. W głowie pusto. Zobaczyłem na pierwszym rzędzie żonę, ręce złożone, spokojną twarz. Syn nie patrzył w telefon, tylko na mnie. I nagle pojąłem, iż nie liczą na doskonałość. Oni po prostu są.
Zawsze mówiłem cicho wymówiłem pierwsze zdanie. Drżał mi głos, ale brzmiał.
Poszło dalej. Nie pamiętałem wszystkich słów; zdania jednak wiązały się jedno w drugie. W pewnym momencie przestawiłem kolejność na sekundę zapadło mi serce zatrzymałem się, wziąłem oddech i powiedziałem po swojemu. Nikt nie westchnął, nie zaśmiał się. W sali była cisza, która nie przygniatała, a słuchała.
Przy słowie nie zrobiłem wyćwiczoną pauzę. I pierwszy raz nie uśmiechnąłem się przepraszająco po prostu to powiedziałem.
Na koniec odszedłem krok do tyłu, pamiętając, by mikrofon został na stojaku i nie kryłem rąk. Dłonie mi się trzęsły, ale były otwarte. Ukłoniłem się krótko.
Oklaski były ciepłe, bez owacji, ale prawdziwe. Ktoś powiedział dziękuję na głos; usłyszałem to wyraźnie, jakby było skierowane do mnie.
Za kulisami oparłem się o ścianę. Kolana miałem jak z waty. Anka objęła mnie na szybko.
Wyszedłeś powiedziała.
Kiwnąłem głową. Chciałem płakać, ale nie mogłem. Było za to inne uczucie: jakbym wreszcie zajął miejsce, które przez lata omijałem.
Po występie zbieraliśmy się długo. Jedni szukali rzeczy, inni robili zdjęcia. Ja podszedłem do torby przy ścianie, sprawdziłem zamek, wyciągnąłem teczkę. Kartka była trochę pomięta, zagięty róg. Przejechałem po niej palcami i poczułem, iż nie chcę jeszcze jej wyrzucać. Niech zostanie na dowód, iż to naprawdę się stało.
Żona i syn podeszli w korytarzu.
Całkiem ok rzucił syn, udając obojętność, ale w oczach mu iskry. choćby ciekawe.
Żona skinęła.
Brzmiałeś. Inaczej niż w domu.
Zaśmiałem się krótko.
W domu wiecznie się śpieszę powiedziałem. I dodałem, zanim zdążyłem się wystraszyć: Chcę to kontynuować.
Wyszliśmy na ulicę. Zapiąłem płaszcz, poprawiłem szalik. Cały czas lekko drżałem, ale to nie był już strach, tylko uczucie, iż ciało pamięta: przeszedłem przez coś ważnego.
Następnego dnia pojawiłem się godzinę przed kolejnym kursem. Pusto w korytarzu. Podszedłem do biurka, gdzie leżały formularze, i zapisałem się na kolejny poziom. W rubryce cel nie kombinowałem, tylko napisałem: Mówić.
Kiedy Elżbieta wyszła z pokoju, spojrzałem prosto na nią.
Zostaję powiedziałem.
Świetnie odpowiedziała. Proszę wybrać nowy tekst.
Wziąłem teczkę, przycisnąłem do piersi i wychodząc do sali, zauważyłem, iż nie powiedziałem żadnego wyjaśnienia czy przeprosin. To była drobna, niemal niedostrzegalna zmiana, ale brzmiała we mnie głośniej niż wszelkie oklaski.










