Wyjdę za mąż, ale na pewno nie za tego przystojniaka. Tak, jest wspaniałym chłopakiem pod każdym wzg…

polregion.pl 5 godzin temu

Wyjdę za mąż, ale na pewno nie za tego przystojniaka. Jasne, chłopak jak z obrazka ideał na papierze. Tylko, iż nie mój typ.

Znowu mama z konkubentem przylazła. I jeszcze z jakimś jeszcze facetem. Już po paru kieliszkach słychać. Weronika, skulona za komodą, liczy płytki w podłodze.

I gdzie się tu schować? Na dworze śnieg po kolana. Mam dosyć tego kołchozu. W czerwcu skończę podstawówkę i spadam do miasta. Pójdę do pedagogicznego i zostanę nauczycielką. Miasto niby zaraz za rogiem, tylko dziesięć kilometrów, ale będę mieszkać w akademiku.

Mama i jej goście stacjonują w kuchni. Słychać bulgotanie, jak leją do szklanki, zapach kiełbasy unosi się po mieszkaniu. Dziewczynie aż ślina pociekła.

Poczekaj chwileczkę! rozległ się głos mamy.

Co się tak stawiasz?

Was dwóch

A co, pierwszy raz z dwoma? zaśmiał się Marian, konkubent mamy.

Nagle stukot talerzy, szuranie po podłodze. Weronika wciska się mocniej w kąt. Nagle cisza.

Wiesz co, Jacek, ona śpi słychać Mariana.

Sam mówiłeś, fajna jest, ale coś mi tak nie bardzo…

Przecież ona córkę ma…

Jaką córkę?

Weronikę już wyrosła. Pewnie zaszyła się w pokoju.

Zaciągnij ją tu! zawołał z entuzjazmem Jacek.

Weroniko, gdzie się chowasz? Marian zajrzał do pokoju, zobaczył dziewczynę i chytrze się uśmiechnął. No chodź, posiedzisz z nami!

Mi tu dobrze.

Co się krygujesz? Marian próbował złapać ją w ramiona.

Weronika złapała z komody wazon i trach przez łeb konkubentowi matki.

Szklanki w drobny mak, cichy krzyk. Weronika rzuciła się do przodu i wypadła z pokoju.

Łap ją! wrzeszczał Marian, ale Weronika była już przy drzwiach. O butach zapomniała, wybiegła w samych skarpetach, starych szortach i koszulce na śnieg.

Za nią ruszyli obaj panowie. Ulica wioski jak zwykle pusta. I gdzie teraz biec, śnieg po kostki? Z tyłu krzyki. Przebiegają obok dużego domu, szczeka pies. Jakiś głos ucisza zwierzaka.

Weronika podbiega do furtki, wali w nią pięścią. Drzwi otwiera facet po czterdziestce.

Pomocy… szepcze dziewczyna, patrząc błagalnie.

Wejdź! chwyta ją za rękę i zamyka drzwi.

Andrzej, kto tam tak łomocze? z sieni zagląda kobieta.

Proszę, gospodarz wskazał na Weronikę. Jacyś faceci ją ganiają.

gwałtownie do środka! kobieta łapie dziewczynę za rękę. Potem opowiesz.

Weroniko, wyłaź grzecznie! wrzasnął Marian zza furtki.

Andrzej, nie wdawaj się! krzyknęła gospodyni. Wchodź do domu!

Na zewnątrz krzyki, pies ujada w ogródku.

Trzeba zadzwonić na policję, kobieta wyjmuje telefon.

Paulina, daj spokój. Ja się zaraz z nimi dogadam. To tubylcy, sąsiedzi…

interesujące jak chcesz to załatwić?

Po ludzku. Uspokój dziewczynę.

Andrzej bierze foliową torbę, podchodzi do lodówki. Wkłada tam butelkę, kawał kiełbasy.

Na podwórku głaszcze psa i wychodzi na ulicę. Marian rusza w jego stronę:

Oddaj Weronikę!

Tu masz, bierz i znikaj.

Co to? zagląda do torby, na twarzy cień uśmiechu. Chodź, Jacek!

***
Tak, jestem Paulina Siergiejewna, postawiła czajnik na gazie. Siadaj, mów, kim jesteś i co się wydarzyło.

Weronika jestem, zęby szczękają. Mieszkam tu, ale na ostatniej ulicy.

Ty córka Karoliny?

Tak.

Dopiero się tu wprowadziliśmy, ale o twojej matce już słyszeliśmy.

Dziewczyna spuszcza głowę, łzy lecą ciurkiem.

Daj spokój, nie płacz!

Paulina objęła ją lekko. Weronika oszołomiona tym gestem nagle przytuliła się jeszcze mocniej i zaniosła się łzami.

Cicho już, cicho! Zaraz herbatka się zrobi.

Gospodarz wrócił:

Już po sprawie, przegoniłem.

A co z tą uroczą panienką? Paulina uśmiechnęła się do Weroniki.

Myślę, pogadamy jutro. Teraz napijmy się herbaty, potem do kąpieli.

Jesteś głodna? Paulina podała kubek z herbatą i znów się uśmiechnęła. Wyglądasz na bardzo głodną.

Na stole pojawiły się kanapki, resztki tortu.

Jedz, jedz! zachęcał Andrzej, widząc jak Weronika rzuca głodne spojrzenia na jedzenie.

Pytaniami jej już nie dręczyli. I w ogóle starali się traktować ją naturalnie, widząc jak bardzo dziewczyna się peszy.

Po kolacji Paulina zaprowadziła ją do łazienki:

Wykąp się, tu masz szlafrok.

***
Weronika marzyła tylko jedno: zostać tu na noc, nie być wyrzuconą na śnieg. Tak przyjemnie leżeć w ciepłej kąpieli, podczas gdy za oknem mróz. Ale już czas kończyć, gospodarze czekają.

Wychodzi. Małżeństwo siedzi na kanapie, Weronika nieśmiało się uśmiecha:

Dziękuję!

Słuchaj, Weroniko, zaczęła Paulina. Rozumiem, nikt szczególnie cię nie będzie szukał. Sama nie chcesz wracać do domu.

Dziewczyna spuściła głowę.

Jutro musimy wcześnie wyjechać…

Rozumiem, Weronika jeszcze niżej pochyliła głowę.

Zostaniesz tu sama. Nikomu nie otwieraj! W ogródku nasz Azor, nikogo nie wpuści. Rozumiesz?

Tak! radośnie zawołała Weronika.

Może przy okazji ugotujesz barszcz? Andrzej mrugnął z przekąsem. Umiiesz?

Umiem, podekscytowana wydukała Weronika, bojąc się, iż ją wygonią. Lubię gotować. Zresztą i posprzątam, jeżeli trzeba.

Posprzątaj na dole, jak ci nie ciężko, Paulina zgodziła się łagodnie.

***
Rano obudziła się razem z gospodarzami. Udawała, iż śpi, aż do odjazdu samochodu z podwórka.

Wstała, umyła twarz. W kuchni czajnik paruje, na stole chleb, kiełbasa, ser. Na blacie żeberka wieprzowe.

Zjadła śniadanie. Umyła po sobie, przetarła wszystko. Podłogę na błysk.

W korytarzu zauważyła odkurzacz. Włączyła, odkurza.

Ledwo wyłączyła…

Co to wszystko ma znaczyć? zabrzmiał głos za plecami.

Odwróciła się gwałtownie. Przed nią stoi wysoki, przystojny chłopak na oko osiemnastoletni, oczy piwne, uśmiech figlarny.

Sprzątam, mruknęła Weronika. A pan to?

No tak pokręcił głową, wyjął telefon z kieszeni:

Mamo, jestem już. A to kto?

Synku, niech dziewczyna chwilę tu pomieszka.

A mi to obojętne.

Telefon z powrotem do kieszeni, spojrzał oceniająco na Weronikę od stóp do głów, ruszył do kuchni.

Zaparzyć ci herbatę? spytała nieśmiało.

Dam sobie radę!

***
Weronika schowała odkurzacz. Zabrała się za ścieranie kurzu, nasłuchując odgłosów z kuchni.

Chłopak zjadł śniadanie, poszedł do łazienki.
Wrócił gładki, pachnie wodą po goleniu.

Ej, szefie, daj jeszcze jedną flaszkę! krzyk na podwórku.

Co się dzieje? chłopak podszedł do okna.

Nie otwieraj im! rzuciła Weronika spanikowana.

Spojrzał na nią z zaciekawieniem, uśmiechnął się, poszedł do drzwi.

Weronika podbiegła do okna. Pod płotem Marian z Jackiem wykrzykują coś. Strach ją paraliżuje.

Chłopak wyszedł. Tamci rzucili się do niego. I nagle bach, obaj leżą w śniegu, jakby ktoś ich podciął.

Chłopak coś do nich mówi, tamci wstają, podkuleni odpadają w stronę matki Weroniki.

***

Chłopak wraca. Jego spojrzenie pada na zastygłą Weronikę. Podchodzi:

Wystraszyłaś się?

Nagle wtula się w niego i zaczyna płakać.

Jak masz na imię? pyta.

Weronika.

Ja Szymon. No już, nie płacz. Nie wrócą.

***
Szymon poszedł na górę do swojego pokoju, nie pokazał się do wieczora. Weronika nagotowała barszcz. Usiadła przy stole, zadumana.

Oczywiście, chciałaby tu zostać, z tymi miłymi ludźmi, ale wiedziała, iż chyba przegięła.

Gospodarze wracają. Paulina Siergiejewna ocenia porządek, kręci głową z podziwem. Andrzej docenia barszcz po męsku.

Idę do domu westchnęła zrezygnowana Weronika. Dziękuję za wszystko!

Weronika, zostań kilka dni, przynajmniej!

Dziękuję, pani Paulino, ale pójdę powtórzyła Weronika.

Staje w przedpokoju, niepewna. Od wczoraj chodzi w cudzym szlafroku, pożyczonych kapciach.

Chodź! gospodyni prowadzi ją do garderoby.

Otwiera szafę, przekopuje rzeczy. W końcu wyciąga dżinsy, sweter, ciepłą kurtkę.

Ubieraj się! Podobny wzrost mamy.

Ale proszę, nie trzeba…

Przecież nie pójdziesz na golasa! Ubieraj się, nie zbankrutuję przez to.

Weronika założyła. Zerkając dyskretnie w lustro nie wierzyła, iż ma na sobie takie fajne ciuchy. W przedpokoju gospodyni jeszcze czapka, zimowe buty.

Weroniko, noś na zdrowie!

Dziękuję pani Paulino!

***
Życie wróciło do starego rytmu. W sumie nie do końca mama zaczęła pracę na fermie, konkubent gdzieś przepadł ze swoim kumplem.

Przyszła wiosna. Weronika ślęczy nad lekcjami, gdy ktoś puka do furtki. Zagląda przez okno nie wierzy własnym oczom Szymon pod płotem. Kiwaniem głowy daje znak wyjdź!

Nie wychodzi. Ona wyskakuje.

Cześć! uśmiech Szymona.

Witam!

Mama cię wzywa.

***

Znowu jest w tym domu, w którym spędziła najszczęśliwszy dzień.

Weroniko, witaj! Paulina w drzwiach, przytula ją.

Dzień dobry, pani Paulino!

Chodź, napijemy się herbaty!

Gospodyni sadza ją przy stole, nalewa herbatę, sama siada.

Mam do ciebie sprawę. Lecimy z mężem na miesiąc do Turcji, rozmarzony uśmiech kwitnie na twarzy. Syn prawie nie bywa w domu. Mogłabyś przypilnować domu? Azora nakarmić, kota też. Rośliny podlać. Mam ich mnóstwo…

Oczywiście, pani Paulino!

I dobrze, podaje plik banknotów. Oto osiem tysięcy złotych.

Pani Paulino, po co aż tyle?

Bierz! Nie zrujnujemy się, spokojnie. Chodź, pokażę ci wszystko!

Weronika skrupulatnie zapamiętuje rozmieszczenie donic, misek i roślin. Gdzie co dla kota, gdzie mięso dla psa. Paulina woła:

Szymon! syn natychmiast w drzwiach. Poznaj Weronikę z Azorem!

Chodź! lekka ręka Szymona na jej ramieniu.

Wychodzą w ogródek, rozwiązują Azora i idą na spacer.

Po drodze Szymon opowiada o studiach w uniwersytecie, karate, biznesie z ojcem.

Weronika myśli zupełnie o czym innym. Wie już dobrze, iż między nią a Szymonem wielka przepaść. Tak jak między jej mamą, a rodzicami Szymona. Dobrzy ludzie, ale to nie bajka o Kopciuszku, tylko życie.

Za dwa miesiące egzaminy do kolegium, zdarzę na pewno. Będę się uczyć, harować, kombinować ale zostanę kimś. Wyjdę za mąż ale nie za tego przystojniaka. Fakt, świetny facet. Ale nie mój!

Dziękuję pani Paulinie za ubrania i te osiem tysięcy złotych. Przynajmniej nie zginę w pierwszym tygodniu w mieście.

Dość wyraźnie czuła, iż to już, w tym momencie, kończy się jej ciężkie dzieciństwo. Teraz zaczyna się dorosłe życie nie mniej trudne, w którym wszystko zależy już tylko od niej.

Doszli do domu. Weronika pogłaskała Azora, uśmiechnęła się do Szymona i ruszyła do siebie. Jutro zaczyna się jej praca w tym domu. Tylko praca. I już.

Idź do oryginalnego materiału