Wyjdę za mąż, ale na pewno nie za tego przystojniaka. Tak, jest świetnym chłopakiem pod każdym względem. Ale to nie jest mój człowiek „Znowu mama z konkubentem przyszła i jeszcze z jakimś typem. Już podchmieleni” – Irmina usiadła w kącie za szafką. – I nie ma gdzie się schować, za oknem śnieg. Mam wszystkiego dość. Latem skończę dziewiątą klasę i wyjadę do miasta. Zdam do pedagogicznego kolegium i zostanę nauczycielką. Miasto niby blisko, tylko dziesięć kilometrów, ale w akademiku będę mieszkała. Mama i goście zasiedli w kuchni. Usłyszała bulgot, gdy nalewali alkohol do szklanek, poczuła zapach kiełbasy. Dziewczyna mimowolnie przełknęła ślinę. – Poczekaj ty! – rozległ się głos matki. – Co się wygłupiasz? – Was dwóch przecież… – Jakby pierwszy raz z dwoma, – mówił Mariusz, konkubent matki. Rozległ się dźwięk rozbitego naczynia. Szuranie, sapanie. Irmina mocniej przyciska się do ściany. Nagle robi się cicho. – Słuchaj, Nikodem, ona śpi, – mówi konkubent. – Sam mówiłeś, fajna dziewucha, a coś mnie do niej… – Przecież ona ma córkę… – Jaką córkę? – Irka, już wyrosła. Pewnie schowała się w pokoju. – Przynieś ją tutaj! – radośnie woła Nikodem. – Irka, gdzie się chowasz? – do pokoju wchodzi konkubent matki, widzi Irminę i uśmiecha się paskudnie. – Chodź, usiądź z nami! – Tu jest mi dobrze. – Czego się wstydzisz? – Mariusz próbuje ją objąć. Irmina chwyta wazon stojący na szafce i ciska go w głowę konkubenta matki. Rozlega się dźwięk tłuczonego szkła. Irmina wyrywa się i wybiega z pokoju. – Łap ją! – krzyczy Mariusz. Ale dziewczyna już dobiegła do drzwi wejściowych. Nie miała czasu w buty, więc wybiegła na zewnątrz w samych skarpetach, starych szortach i koszulce. Za nią biegną mężczyźni. Ulica w osiedlu pusta. Gdzie biec nocą po śniegu? Za plecami krzyki. W dużym domu, obok którego przebiega, pojawia się szczekanie psa. Potem czyjś głos, który ucisza zwierzę. Irmina podbiega do bramy i wali pięścią. Drzwi otwiera mężczyzna koło czterdziestki. – Pomóż mi! – szepcze dziewczyna, błagalnie patrząc. – Wejdź! – chwyta ją za rękę i zamyka drzwi. – Olek, kto to? – na ganek wychodzi kobieta. – Spójrz na nią – wskazuje ją gospodarz. – Dwóch facetów ją goni. – gwałtownie do domu! – gospodyni łapie Irminę za rękę. – Wszystko opowiesz w środku. – Irka, wyjdź po dobroci! – nawołuje głos Mariusza. – Olek, nie ryzykuj! – krzyczy gospodyni. – Chodź do domu! Z ulicy dobiega krzyk, z podwórka szczekanie. – Trzeba zadzwonić na policję, – gospodyni wyjmuje telefon. – Polina, nie trzeba. Sam załatwię. Są tutejsi. – Jak niby załatwisz? – Spokojnie. Uspokój dziewczynę! Olek bierze siatkę, podchodzi do lodówki. Wkłada do niej butelkę i kawał kiełbasy. Na dworze głaszcze psa, wychodzi na ulicę. Podbiega do niego Mariusz: – Oddawaj Irkę! – Bierz, i zmywajcie się! – Co tam masz? – zagląda do siatki, na twarzy pojawia się uśmiech, wskazuje kumplowi. – Idziemy, Nikodem! *** – Dobrze! Jestem Polina Serhijewna, – kobieta nastawia czajnik. – Siadaj, opowiedz kim jesteś i co się wydarzyło. – Nazywam się Irmina, – zaczyna dziewczyna, zęby jej szczękają. – Mieszkam na tej ulicy, na końcu. – Ty jesteś córką Kiry? – Tak. – My tu dopiero co zamieszkaliśmy, ale o twojej matce już słyszeliśmy. Dziewczyna spuszcza głowę i płacze. – Dobra, nie płacz już! Kobieta podchodzi, lekko ją przytula. Ten gest jest dla Irminy czymś niezwykłym. Przytula się mocniej i zaczyna płakać jeszcze głośniej. – No już, już! Zaraz będzie herbata. Wchodzi gospodarz: – Załatwione, poszli. – I co z naszą ślicznotką? – uśmiecha się Polina w stronę dziewczyny. – Decydujemy jutro! Teraz pijemy herbatę i do kąpieli z nią. – Chcesz coś zjeść? – Polina podaje jej kubek herbaty. Znów się uśmiecha. – Widzę, iż chcesz. Na stole pojawiają się kanapki i resztka tortu. – Jedz, jedz! – zachęca gospodarz, patrząc, jak dziewczyna zerka na jedzenie. Nie zasypują ją pytaniami. Starają się nie zwracać za dużo uwagi, widzą, iż się krępuje. Po kolacji Polina zaprowadza ją do łazienki: – Umyj się, załóż ten szlafrok! *** Irmina pragnie tylko jednego: żeby dzisiaj jej nie wyrzucili. Miło leżeć w ciepłej wannie i myśleć, jak zimno jest na zewnątrz. Ale trzeba wyjść, gospodarze czekają. Wychodzi. Małżeństwo siedzi na sofie. Dziewczyna uśmiecha się nieśmiało: – Dziękuję! – Słuchaj, Irmina, – zaczyna gospodyni. – Nikt cię raczej szukać nie będzie. Do domu ci się wracać nie chce. Dziewczyna spuszcza głowę. – Jutro wcześnie rano musimy wyjechać… – Rozumiem, – spuszcza głowę jeszcze niżej. – Zostaniesz tu sama. Nikomu nie otwieraj drzwi! Jack na podwórku nikogo nie wpuści. Jasne? – Tak! – wykrzykuje dziewczyna, nie mogąc ukryć emocji. – Możesz nam ugotować barszcz, – żartuje Olek. – Potrafisz? – Potrafię, – mówi gwałtownie Irmina, wciąż bojąc się, iż ją odprawią. – Dobrze gotuję i potrafię posprzątać. – Posprzątaj w dolnych pokojach, jeżeli możesz, – zgadza się Polina Serhijewna. *** Budzi się razem z gospodarzami. Cicho leży w łóżku, w strachu, iż ją wyrzucą. Zaraz samochód rusza na podwórzu. Po chwili cisza. Wstaje. Myje się. W kuchni gorący czajnik, na stole chleb, kiełbasa, ser. Na stole do krojenia żeberka wieprzowe. Zjada śniadanie. Sprząta ze stołu. Wyciera wszystko. Zmywa podłogę. W korytarzu widzi odkurzacz. Włącza go i zaczyna sprzątać. Ledwo skończyła… – I co tu się dzieje? – słyszy głos za plecami. Odwraca się gwałtownie. Wysoki przystojniak około osiemnastki, w brązowych oczach ciekawość. – Sprzątam, – mruczy Irmina. – A pan to kto? – No niezłe… – chłopak kiwa głową i wyjmuje telefon z kieszeni: – Mamo, jestem w domu. A kto to? – Synku, niech ta dziewczyna trochę u nas pomieszka. – Mi to nie przeszkadza. Chowa telefon. Lustruje Irminę od góry do dołu i idzie do kuchni. – Zrobić panu herbaty? – pyta dziewczyna. – Poradzę sobie. *** Irmina chowa odkurzacz. Zaczyna wycierać kurz, wsłuchując się w każdy dźwięk z kuchni. Chłopak zjada śniadanie, idzie do łazienki. Wychodzi gładko ogolony, pachnie wodą po goleniu. – Ej, gospodarz, dorzuć jeszcze jedną butelkę! – rozlega się rozbawiony krzyk z podwórka. – Co to ma być? – chłopak podchodzi do okna. – Nie wpuszczaj ich! – przerażona krzyczy Irmina. Spogląda na nią z zaciekawieniem, śmieje się, wychodzi do wyjścia. Dziewczyna rzuca się do okna. Przy płocie stoją konkubent matki z kolegą, coś krzyczą. Dziewczyna boi się. Chłopak wychodzi na dwór. Tamci rzucają się na niego. I nagle… padają w śnieg, obaj równocześnie. Chłopak coś do nich mówi. Wstają i idą ze spuszczonymi głowami w stronę domu matki. Chłopak wraca. Jego wzrok zatrzymuje się na zmartwiałej dziewczynie. Podchodzi: – Przestraszyłaś się? Bez kontroli chowa twarz w jego piersi i zaczyna płakać. – Jak masz na imię? – pyta. – Irmina. – A ja – Ruslan. Już nie płacz. Nie wrócą więcej. *** Ruslan idzie na górę, nie schodzi aż do wieczora. Irmina gotuje barszcz. Siedzi przy stole i rozmyśla. Chciałaby tutaj zostać, z tymi cudownymi ludźmi, ale wie, iż przekroczyła granice przyzwoitości. Wracają gospodarze. Polina Serhijewna zdziwiona kiwa głową patrząc na porządek. Olek Romaniuk docenia barszcz. – Chyba już wrócę do domu, – mówi Irmina. – Dziękuję za wszystko! – Irmina, zostań jeszcze parę dni u nas! – Dziękuję, Polino, wrócę już do domu – powtarza. Robi krok i zamiera. Od wczoraj chodziła w cudzym szlafroku i kapciach. – Chodź! – gospodyni bierze ją za ramię, prowadzi do szafy. Otwiera ją, długo wybiera ubrania. Wyciąga dżinsy, sweter, sportową kurtkę. – Zakładaj! Jesteśmy tego samego wzrostu. – Ale… nie trzeba… – Nie pójdziesz do domu rozebrana. Zakładaj, nie zbiednieję. Założyła. Zerka ukradkiem w lustro – takich ładnych rzeczy jeszcze nie miała. W korytarzu gospodyni daje jej czapkę i zimowe buty. – Irmina, noś na zdrowie! – Dziękuję, Polino! *** Wszystko wraca do normy. Prawie. Matka znalazła pracę na fermie. Jej konkubent zniknął z kolegą. Wiosna. Siedzi nad lekcjami, ktoś puka do furtki. Irmina zagląda przez okno – przy płocie Ruslan. Kiwając głową daje znak, by wyszła. Wylatuje za drzwi. – Cześć! – uśmiecha się Ruslan. – Witaj! – Mama cię prosiła… *** Wchodzi do domu, w którym spędziła jeden szczęśliwy dzień. – Cześć Irmina! – wita ją na progu gospodyni, przytula ją. – Witam, Polino! – Chodź! Napijemy się herbaty! Siadają razem przy stole. – Mam do ciebie sprawę. Lecimy z mężem na miesiąc do Turcji, – na twarzy gospodyni pojawia się marzycielski uśmiech. – Syn bywa w domu rzadko. Mogłabyś przypilnować domu? Jacek i kot muszą mieć jedzenie. Kwiaty podlewane. Kwiatów mam mnóstwo. – Oczywiście, Polino! – Świetnie, – sięga po pieniądze. – Tu masz dwadzieścia tysięcy. – Polino, po co? – Bierz! Dla nas to żaden wydatek. Chodź, wszystko ci pokażę. Irmina starannie zapamiętuje, gdzie stoją donice i wiadra z kwiatami, gdzie leży karma dla kota, mięso dla psa. Wreszcie Polina woła: – Ruslan! – syn od razu schodzi. – Zapoznaj Irminę z Jackiem! – Chodź! – chłopak lekko kładzie rękę na ramieniu dziewczyny. Idą na podwórze, odpinają Jacka i idą na spacer. Całą drogę Ruslan opowiada o studiach, karate, o rodzinnym biznesie. A Irmina myśli o czymś zupełnie innym. Wie, iż między nią a Ruslanem jest taka sama przepaść jak między jej matką, a rodzicami Ruslana. Tak, to dobrzy ludzie, ale to nie bajka o Kopciuszku, tylko samo życie. „Za dwa miesiące zdaję egzaminy do kolegium, na pewno zdałam! Będę się uczyć, pracować, obracać, ale zostanę kimś. Wyjdę za mąż, ale na pewno nie za tego przystojniaka. Tak, jest dobry pod każdym względem. Ale nie mój! Jestem wdzięczna Polinie za ubrania i te dwadzieścia tysięcy. Przynajmniej starczy mi na początek w mieście.” Wewnętrznie czuje, iż właśnie teraz, w tym momencie, kończy się jej trudne dzieciństwo. I zaczyna dorosłe życie — niełatwe, ale gdzie wszystko zależy wyłącznie od niej. Doszli do domu. Irmina pogłaskała Jacka, uśmiechnęła się do Ruslana i ruszyła do siebie. Jutro zacznie się jej praca w tamtym domu. Tylko praca – i nic więcej!

newskey24.com 5 godzin temu

Wyjdę za mąż, ale na pewno nie za tego przystojniaka. Owszem, to naprawdę porządny chłopak na wielu płaszczyznach. Ale nie mój.

Znowu mama przyszła ze swoim partnerem, a do tego z jakimś innym mężczyzną. Już lekko podchmieleni, Agnieszka usiadła w kącie obok komody.

I nie ma się gdzie schować, na dworze śnieg. Mam tego wszystkiego już serdecznie dosyć. Latem skończę dziewięć klas i wyjadę do miasta. Zdam do kolegium pedagogicznego i zostanę nauczycielką. Do miasta tylko dziesięć kilometrów, ale zamieszkam w internacie.

Mama i jej goście zasiedli w kuchni. Słychać było chlupot nalewanego trunku, powiało kiełbasą. Dziewczyna mimowolnie przełknęła ślinę.

Poczekaj ty! rozległ się głos matki.

Co ty się krygujesz?

Przecież was dwóch

Jakby pierwszy raz z dwójką, odezwał się głos Edwarda, partnera mamy.

Rozległ się brzęk upadających naczyń. Skrzypienie, sapnięcie. Agnieszka mocniej wtuliła się w kąt. Nagle hałas ucichł.

Słuchaj, Andrzej, ona chyba śpi, mruknął Edward.

Sam mówiłeś, fajna dziewczyna, ale nie mam do niej

Słuchaj, ona ma córkę

Jaką córkę?

Agnieszkę, jest już dorosła. Pewnie skryła się w pokoju.

Przyprowadź ją tutaj, rozległ się entuzjastyczny głos Andrzeja.

Agnieszka, gdzie jesteś? do pokoju wszedł partner mamy, zobaczył Agnieszkę i uśmiechnął się w sposób nieprzyjemny. Chodź, posiedź z nami!

Tu mi dobrze.

Co ty się wstydzisz? Edward próbował objąć dziewczynę.

Agnieszka złapała wazon stojący na komodzie i uderzyła go w głowę partnera mamy.
Rozległ się trzask tłuczonego szkła. Agnieszka wyswobodziła się i wybiegła z pokoju.

Łap ją! krzyknął Edward.
Ale dziewczyna była już przy drzwiach wejściowych. Na założenie butów nie było czasu, więc w skarpetkach, starych spodenkach i koszulce wybiegła na ulicę.

Za nią ruszyli mężczyźni. Wieczorna ulica osiedla była pusta. Dokąd biec przez śnieg? Z tyłu słychać było krzyki. W przechodzącym przez ulicę dużym domu rozległo się szczekanie psa. Potem ktoś krzyknął na zwierzę.

Agnieszka podbiegła do bramy i zaczęła stukać. Drzwi otworzył około czterdziestoletni mężczyzna.

Proszę, pomóż mi! powiedziała cicho dziewczyna, patrząc błagalnie.

Wejdź! pociągnął ją za rękę i zamknął drzwi.

Marek, kto tam? na ganek wyszła kobieta.

Spójrz, gospodarz wskazał na dziewczynę. Jacyś mężczyźni ją ścigają.

gwałtownie do środka! kobieta złapała Agnieszkę za rękę. Wszystko opowiesz.

Agnieszka, wychodź po dobroci! rozległ się głos Edwarda.

Marek, nie wdawaj się! krzyknęła gospodyni. Wchodź do domu!

Z ulicy dobiegały okrzyki, z podwórka szczekanie psa.
Trzeba zadzwonić na policję, kobieta wyciągnęła telefon.

Paulina, poczekaj. Sam się tym zajmę. Wyglądają na miejscowych.

Jak chcesz z nimi rozmawiać?

Po dobroci. Uspokój dziewczynę!
Gospodarz wziął reklamówkę, podszedł do lodówki. Włożył do niej butelkę i kawałek kiełbasy.

Na dworze pogłaskał psa, wychodząc z nim na ulicę. Od razu podbiegł do niego Edward:
Oddawaj Agnieszkę!

Trzymaj, i już się wynoście!

Co tam dałeś? otworzył reklamówkę, uśmiechnął się i skinął głową do kolegi. Chodź, Andrzej!
***
Więc tak! Mam na imię Paulina Marcinkiewicz, kobieta postawiła czajnik na kuchence. Siadaj, siadaj! Opowiadaj, kim jesteś i co się stało.

Jestem Agnieszka, zaczęła dziewczyna, zęby jej szczękały. Mieszkam na tej ulicy, ale na samym końcu.

Ty jesteś córką Kiry?

Tak.

Dopiero tu niedawno mieszkamy, a o twojej mamie już słyszeliśmy.
Dziewczyna spuściła głowę i zapłakała.

Dobra, już nie płacz!
Kobieta podeszła i delikatnie przytuliła ją do piersi. Ten gest był dla Agnieszki czymś niezwykłym. Mocno objęła gospodynię i łkała jeszcze bardziej.

Dobra, dobra! Już! Zaraz napijemy się herbaty.
Wszedł gospodarz domu:

Wszystko załatwione.

A co dalej z naszą piękną gościnią? Paulina uśmiechnęła się do Agnieszki.

Myślę, iż pomówimy o tym jutro! Teraz napijmy się herbaty i do kąpieli.

Jesteś głodna? Paulina postawiła przed gościem kubek herbaty. Uśmiechnęła się. Widzę, iż zgłodniałaś.

Na stole pojawiły się kanapki. Resztki tortu.

Jedz, jedz! zachęcił gospodarz, widząc, jak dziewczyna patrzy na jedzenie.

Więcej Agnieszki nie wypytywali. Starali się nie zwracać na nią uwagi, wiedząc, iż się wstydzi.

Kiedy skończyli kolację, Paulina zaprowadziła gościa do łazienki:

Umyj się, załóż ten szlafrok!
***
Agnieszka pragnęła jednego aby dziś nie kazali jej wyjść na dwór. Jak miło leżeć w ciepłej wannie, gdy za oknem mróz. Ale trzeba wstać, gospodarze czekają.

Wyszła. Gospodarze siedzieli na kanapie. Dziewczyna nieśmiało się uśmiechnęła:
Dziękuję!

Słuchaj, Agnieszko, zaczęła Paulina. Wydaje mi się, iż nikt cię tu specjalnie szukać nie będzie. Nie masz ochoty wracać do domu.

Dziewczyna spuściła głowę.
Jutro rano musimy wyjechać…

Rozumiem, Agnieszka schyliła się jeszcze bardziej.

Zostaniesz sama. Nikomu nie otwieraj drzwi! Na podwórko nasz Max nikogo nie wpuści. Zrozumiałaś?

Tak! odpowiedziała, nie kryjąc emocji.

Możesz ugotować nam barszcz na jutro? uśmiechnął się Marek Januszewski. Potrafisz?

Potrafię, gwałtownie powiedziała Agnieszka, wciąż bojąc się, iż ją wyrzucą. Dobrze gotuję. I posprzątać też mogę.

Posprzątaj, jeżeli nie masz nic przeciwko, na dole, zgodziła się Paulina Marcinkiewicz.
***
Obudziła się razem z gospodarzami. Leżała cicho w łóżku, bojąc się, iż ją wyrzucą. Nagle na podwórku rozległ się hałas samochodu. Po chwili wszystko ucichło.

Wstała. Umyła się. W kuchni gorący czajnik, na stole chleb, kiełbasa, ser. Na desce wieprzowe żeberka.

Zjadła śniadanie. Posprzątała po sobie. Wytarła blaty. Umyła podłogę.

W korytarzu zauważyła odkurzacz. Włączyła go i zaczęła odkurzać.

Ledwie skończyła
I co to ma znaczyć? usłyszała głos za plecami.

Odwróciła się gwałtownie. Wysoki, przystojny chłopak, około osiemnastu lat, a w brązowych oczach zaciekawienie.

Sprzątam, mruknęła Agnieszka. A pan kim jest?

No chłopak pokręcił głową i wyciągnął z kieszeni telefon:

Mamo, już jestem w domu. A kto to?

Synku, ta dziewczyna u nas trochę pomieszka.

Dla mnie bez różnicy.
Schował telefon do kieszeni. Oceniająco spojrzał na Agnieszkę z góry do dołu i poszedł do kuchni.

Zrobić panu herbaty? zapytała dziewczyna.

Poradzę sobie.
***
Agnieszka schowała odkurzacz. Zaczęła wycierać kurz, wsłuchując się w każdy szmer z kuchni.

Chłopak zjadł śniadanie i wszedł do łazienki.
Wyszedł stamtąd ogolony, pachnący wodą po goleniu.

Ej, gospodarzu, daj jeszcze jedną flaszkę! rozległ się krzyk z podwórka.

Co to ma być? chłopak podszedł do okna.

Nie otwieraj im! zawołała wystraszona Agnieszka.

Spojrzał na dziewczynę z rozbawieniem i ruszył do wyjścia.
Dziewczyna podbiegła do okna. Przy płocie stali partner matki z kolegą i coś krzyczeli. Agnieszka poczuła strach.

Chłopak wyszedł. Tamci rzucili się na niego, a nagle obaj padli w śnieg. Agnieszce wydawało się, iż spadli równocześnie.
Chłopak pochylił się nad nimi, coś powiedział. Potem tamci podnieśli się i ze spuszczonymi głowami pomaszerowali w stronę domu matki.
***
Chłopak wrócił. Jego spojrzenie zatrzymało się na nieruchomej dziewczynie. Podszedł:
Przestraszyłaś się?

Bez kontroli nad sobą wtuliła się w jego pierś i zabrzęczała.

A jak masz na imię? spytał nagle.

Agnieszka.

Ja jestem Kamil. Już spokój. Już nie wrócą.
***
Kamil wszedł na górę do swojego pokoju i nie wychodził aż do wieczora. Agnieszka przygotowała barszcz. Usiedli w kuchni za stołem, zamyśliła się.

Oczywiście chciała tu zostać, z tymi dobrymi ludźmi, ale wiedziała, iż przeszła już wszelkie granice.

Gospodarze wrócili. Paulina Marcinkiewicz z podziwem pokręciła głową, widząc porządek. Marek Januszewski pochwalił barszcz.

Chyba pójdę już do domu, odezwała się dziewczyna. Dziękuję za wszystko!

Agnieszka, pobądź jeszcze kilka dni!

Dziękuję, Pani Paulino! Ale wrócę do siebie.

Zrobiła krok do drzwi i zamarła. Od wczoraj chodziła po domu w pożyczonym szlafroku i kapciach.

Chodź! gospodyni złapała ją za ramię i zaprowadziła do garderoby.

Otworzyła szafę. Długo wybierała ubrania. Wyjęła jeansy, sweter, ciepłą kurtkę sportową.

Ubieraj się! Jesteśmy prawie tego samego wzrostu.

Naprawdę nie trzeba…

Nie pójdziesz przecież na bosaka. Ubieraj się! Nie zbiednieję.

Założyła. Cicho spojrzała w lustro. Tak ładnych rzeczy nigdy nie miała.
W korytarzu gospodyni dała jej czapkę i zimowe buty.

Agnieszka, noś na zdrowie!

Dziękuję, Pani Paulino!
***
Życie wróciło do dawnego rytmu. No, prawie. Mama zatrudniła się w gospodarstwie. Jej partner zniknął razem z kolegą.

Nadeszła wiosna. Tego dnia siedziała w domu nad lekcjami. Ktoś zapukał do furtki. Agnieszka spojrzała przez okno i nie mogła uwierzyć przy płocie stał Kamil. Gdy ją zobaczył, skinął głową. Wyjdź!

Nie wyszła wybiegła.
Cześć! uśmiechnął się Kamil.

Hej!

Mama coś cię szukała.
***
I tak weszła do tego domu, w którym spędziła najszczęśliwszy dzień.

Witaj, Agnieszko! gospodyni powitała ją w progu i przytuliła.

Dzień dobry, Pani Paulino!

Wchodź! Napijemy się herbaty!
Gospodyni posadziła ją, nalała herbaty. Sama usiadła do stołu.

Mam do ciebie interes. Z mężem lecimy na miesiąc do Turcji, na jej twarzy pojawił się rozmarzony uśmiech. Syn rzadko bywa w domu. Czy mogłabyś pilnować domu? Karmić Maxa i kota, podlewać kwiaty? Mam ich sporo.

Oczywiście, Pani Paulino!

Dobrze, wyciągnęła pieniądze. Tu dwa tysiące złotych.

Pani Paulino, po co?

Weź! Na pewno nam nie zabraknie. Chodź, wszystko ci pokażę!

Agnieszka pilnie zapamiętywała, gdzie stoją doniczki z kwiatami, gdzie jest karma i mięso dla zwierząt. Potem Paulina zawołała:

Kamil! syn wyszedł z pokoju. Poznaj Agnieszkę z Maxem!

Chodź! chłopak lekko położył rękę na jej ramieniu.

Wyszli na podwórko, odpięli Maxa i poszli na spacer.
Całą drogę Kamil opowiadał o studiach na politechnice, o karate, o firmie, którą prowadzi z ojcem.

A Agnieszka myślała zupełnie o czym innym. Doskonale wiedziała, iż między nią a Kamilem dzieli przepaść, tak jak jej mamę od rodziców Kamila. Tak, są dobrymi ludźmi, ale to nie bajka o Kopciuszku, tylko życie.

Za dwa miesiące zdaję egzaminy do kolegium, na pewno zdam. Będę się uczyć, pracować, kombinować, ale zostanę kimś. Wyjdę za mąż, ale nie za tego przystojniaka. Owszem, jest cudowny w każdym calu, ale nie mój!

Jestem wdzięczna Paulinie za ubrania i te dwa tysiące złotych. Przynajmniej przez pierwsze dni w mieście mi wystarczy.

Jakimś instynktem ta dziewczyna poczuła, iż właśnie w tej chwili kończy się jej trudne dzieciństwo. Teraz zaczyna się dorosłość nie mniej wymagająca ale wszystko zależeć będzie tylko od niej.

Doszli do domu. Agnieszka pogłaskała Maxa po szyi, uśmiechnęła się do Kamila i ruszyła do siebie. Jutro zaczyna się jej praca. Tylko praca i wszystko reszta zależy od niej.

Bo choć życie nie jest bajką, zawsze warto być dobrym człowiekiem i samemu kierować swoim losem.

Idź do oryginalnego materiału