Wychodzę za mąż, ale tylko nie za tego przystojniaka. Tak, jest wspaniałym chłopakiem pod każdym względem. Ale nie jest mój.
Znów mama przyszła ze swoim konkubentem i jeszcze z jakimś obcym mężczyzną. Słychać było, iż już są po kilku kieliszkach. Ja, Irena, schowałam się w kącie za kredensem.
Nie było się gdzie schować, a za oknem już padał śnieg. Jak to wszystko mnie już nużyło. Latem skończę dziewięć klas i pojadę do miasta. Dostanę się do kolegium nauczycielskiego i zostanę nauczycielką. Choć do miasta tylko dziesięć kilometrów, będę mieszkać w internacie.
Mama z gośćmi rozsiadła się w kuchni. Usłyszałam bulgotanie, gdy kieliszki napełniano wódką, poczułam zapach kiełbasy. Mimowolnie przełknęłam ślinę.
Zaczekaj, ty! rozległ się głos mamy.
Co się tak krygujesz?
Przecież jesteście we dwójkę
Pierwszy raz z dwoma? zarechotał Marian, konkubent mamy.
Zgrzytnęły talerze, potem słychać było szuranie i sapnięcie. Wcisnęłam się bardziej w kąt. Nagle wszystko ucichło.
Antek, ona chyba śpi odezwał się Marian.
Mówiłeś, fajna dziewczyna, a jednak coś mi nie pasuje
Przecież ona ma córkę
Jaką córkę?
Irenkę, już duża. Pewnie ukryła się w pokoju.
Przyprowadź ją tutaj! ucieszył się Antek.
Irenka, gdzie jesteś? Marian wszedł do pokoju, dostrzegł mnie i uśmiechnął się w paskudny sposób. Chodź, usiądź z nami!
Dobrze mi tu.
Co się wstydzisz? Marian próbował mnie objąć.
Chwyciłam wazon stojący na kredensie i z całej siły uderzyłam nim w jego głowę. Szkło się rozbiło. Wyrwałam się i wybiegłam z pokoju.
Łap ją! zawołał Marian.
Ale już byłam przy drzwiach. Nie miałam czasu się ubierać, wybiegłam na dwór w samych skarpetkach, starych spodenkach i bluzce.
Za mną wybiegli dwaj mężczyźni. Ulica naszego lasu była pusta. Dokąd biec po śniegu, wieczorem? Słyszałam krzyki za plecami. Mijałam wielki dom, z którego rozległo się szczekanie psa i głos, który nakrzyczał na zwierzę.
Podbiegłam do furtki i zaczęłam pukać. Drzwi otworzył mężczyzna koło czterdziestki.
Proszę o pomoc wyszeptałam, patrząc na niego błagalnie.
Wejdź! pociągnął mnie za rękę i zamknął drzwi.
Olek, kto tam? na ganek wyszła kobieta.
Patrz Olek wskazał na mnie. Jacyś faceci ją gonią.
gwałtownie do domu! kobieta złapała mnie za rękę. Opowiesz wszystko w środku.
Irenka, wyjdź szybciej! rozległ się głos Mariana za oknem.
Olek, nie mieszaj się! krzyknęła kobieta. Chodź do środka!
Z podwórka dobiegały krzyki, szczekał pies.
Trzeba zadzwonić na policję kobieta sięgnęła po telefon.
Paulino, nie trzeba. Sam to załatwię. Wydaje się, iż miejscowi.
Jak chcesz ich załatwić?
Dogadam się. Ty uspokój dziewczynę.
Olek wziął woreczek, podszedł do lodówki, włożył do niego butelkę i kawałek kiełbasy.
Na dworze pogłaskał psa i razem wyszli na śnieg. Marian podbiegł do niego:
Dawaj Irenkę!
Proszę, bierzcie i idźcie!
Marian zajrzał do woreczka, na twarzy pojawił się uśmiech. Skinął głową do kumpla: Chodź, Antek!
***
Tak, nazywam się Paulina Serdeczna postawiła czajnik na kuchence. Usiądź, opowiedz, kim jesteś i co się stało.
Mam na imię Irena zaczęłam, zęby mi szczękały z zimna. Mieszkam na tej ulicy, na jej końcu.
Jesteś córką Kiry?
Tak.
Mieszkamy tu niedługo, ale o twojej mamie słyszeliśmy już sporo.
Spuściłam głowę i rozpłakałam się.
No, już dobrze, nie płacz!
Paulina podeszła, delikatnie przytuliła mnie do siebie. Ten gest był dla mnie czymś nieznanym. Objęłam ją i płakałam jeszcze mocniej.
Spokojnie, spokojnie. Zaraz napijesz się herbaty.
Wszedł gospodarz domu:
Już, pozbyłem się ich.
A co z tą pięknością? Paulina wskazała na mnie i uśmiechnęła się.
Pogadamy jutro. Na razie napijemy się herbaty, potem wykąpie się.
Chcesz coś zjeść? Paulina postawiła przede mną kubek herbaty. Znów się uśmiechnęła. Widzę, iż jesteś głodna.
Na stole pojawiły się kanapki i tort.
Jedz, jedz! zachęcał Olek, patrząc, jak łakomie spoglądam na jedzenie.
Nie męczyli mnie więcej pytaniami. Czułam, iż nie chcą mnie onieśmielać.
Po kolacji Paulina zaprowadziła mnie do łazienki:
Umyj się, załóż mój szlafrok!
***
Chciałam tylko jednego by dzisiaj nie wyrzucili mnie na ulicę. Jak miło było leżeć w ciepłej wannie. Teraz na dworze zimno. Ale już czas wyjść, gospodarze czekają.
Wyszłam. Olek z Pauliną czekali w pokoju na kanapie. Uśmiechnęłam się nieśmiało:
Dziękuję!
Irena zaczęła Paulina poważnie jak rozumiem, nikt cię specjalnie nie szuka. A wracać do domu nie masz ochoty.
Spuściłam głowę.
Jutro musimy wcześnie wyjechać
Rozumiem pochyliłam się niżej.
Zostaniesz sama. Nikomu nie otwieraj drzwi! Na podwórko nasz Max nikogo nie wpuści. Jasne?
Tak! wyrwało mi się radośnie.
Potrafisz ugotować barszcz? Olek spojrzał na mnie z uśmiechem. Umiiesz?
Umiem! Dobrze gotuję. Mogę posprzątać w domu.
jeżeli ci nie będzie ciężko, posprzątaj na dole zgodziła się Paulina Serdeczna.
***
Obudziłam się razem z gospodarzami. Leżałam cicho jak mysz, bojąc się, iż mnie wygonią. Po chwili na podwórku zaszumiało auto, potem cisza.
Wstałam. Umyłam się. W kuchni czekał gorący czajnik, na stole chleb, kiełbasa i ser. Na desce leżały wieprzowe żeberka.
Zjadłam śniadanie, posprzątałam ze stołu, wszystko dokładnie wytarłam. Umyłam podłogę.
Znalazłam odkurzacz w korytarzu. Włączyłam go i zaczęłam odkurzać dywany.
Gdy tylko go wyłączyłam
A co tu się dzieje? rozległ się za mną głos.
Odwróciłam się gwałtownie. Wysoki, przystojny chłopak, około osiemnastu lat, miał ciekawość w brązowych oczach.
Sprzątam bąknęłam. A pan to kto?
No nieźle pokręcił głową i wyjął telefon z kieszeni.
Mamo, jestem już w domu. A kto to?
Synku, niech ta dziewczynka chwilę u nas pomieszka.
Dla mnie bez znaczenia.
Schował telefon do kieszeni. Oceniał mnie wzrokiem od stóp do głów i poszedł do kuchni.
Zrobić herbatę? zapytałam niepewnie.
Poradzę sobie sam.
***
Schowałam odkurzacz, zaczęłam ścierać kurz, wsłuchując się w każdy dźwięk z kuchni.
Chłopak zjadł śniadanie, poszedł do łazienki. Wrócił ogolony, pachniał wodą po goleniu.
Z podwórka rozległ się krzyk:
Hej, gospodarzu, daj jeszcze jedną flaszkę!
Co to? chłopak podszedł do okna.
Nie otwieraj im! z przerażeniem zawołałam.
Spojrzał na mnie ciekawie, znów się lekko uśmiechnął i ruszył do wyjścia.
Podbiegłam do okna. Pod płotem stali Marian z kolegą i krzyczeli coś. Zrobiło mi się strasznie.
Syn gospodarzy wyszedł na podwórko. Tamci rzucili się do niego, a nagle jak na komendę obaj padli w śnieg. Chłopak coś do nich powiedział. Wstali, głowy pochylili i odeszli w stronę domu mojej matki.
***
Chłopak wrócił. Spojrzał na mnie, zatrzymał wzrok na moich oczach. Podszedł:
Zlękłaś się?
Nie panując nad sobą, wtuliłam się w jego pierś i rozpłakałam się.
Jak masz na imię? zapytał.
Irena.
Ja jestem Rafał. Już dobrze, nie płacz. Nie wrócą tutaj.
***
Rafał poszedł na górę do swojego pokoju, nie wychodził do wieczora. Ja ugotowałam barszcz. Usiadłam przy kuchennym stole i zaczęłam się zamyślać.
Oczywiście chciałam tu zostać, z tymi wspaniałymi ludźmi, ale wiedziałam, iż już przekroczyłam wszelkie granice przyzwoitości.
Gospodarze wrócili. Paulina Serdeczna kiwnęła głową z uznaniem na widok porządku. Olek docenił barszcz.
Chyba już pójdę do domu powiedziałam żałośnie. Dziękuję za wszystko!
Irenko, zostań z nami jeszcze kilka dni!
Dziękuję, Paulino Serdeczna! Ale pójdę do siebie.
Zrobiłam krok do drzwi, zawahałam się. Od wczoraj chodziłam po domu w pożyczonym szlafroku i cudzych kapciach.
Chodź! gospodyni wzięła mnie za ramię i zaprowadziła do garderoby.
Otworzyła szafę, długo oglądała rzeczy. Wyciągnęła dżinsy, sweter i ciepłą kurtkę.
Przebieraj się! Jesteśmy prawie tego samego wzrostu.
Ale ja nie
Nie pójdziesz przecież do domu w piżamie! Przebieraj się! I nie martw się, nie zubożę się przez to.
Przebrałam się. Ukradkiem spojrzałam w lustro. Tak pięknych ubrań nie miałam nigdy w życiu.
W przedpokoju Paulina kazała mi założyć czapkę i zimowe buty.
Irenko, noś na zdrowie!
Dziękuję wam, Paulino Serdeczna!
***
Życie wróciło do swojego biegu, choć niezupełnie. Mama zatrudniła się na pobliskiej fermie. Jej konkubent zniknął razem z kolegą.
Nadeszła wiosna. Pewnego dnia siedziałam nad lekcjami w domu. Nagle ktoś zapukał do furtki. Zerknęłam przez okno i nie dowierzałam pod płotem stał Rafał. Gdy mnie dostrzegł, skinął głową. Wyszłam mu naprzeciw.
Cześć! uśmiechnął się Rafał.
Dzień dobry!
Mama chciała z tobą porozmawiać.
***
Znów weszłam do tego domu, w którym spędziłam tak szczęśliwy dzień.
Witaj, Irenko! Paulina przyjaźnie przytuliła mnie w progu.
Dzień dobry, Paulino Serdeczna!
Siadaj! Napijemy się herbaty.
Gospodyni nalała mi herbaty, sama usiadła przy stole.
Mam do ciebie prośbę. Lecimy z Olkiem na miesiąc do Turcji na jej twarzy pojawił się marzycielski uśmiech. Syn będzie rzadko w domu. Czy mogłabyś przypilnować domu? Maxa trzeba karmić i kota też, podlewać kwiaty. Mam ich całkiem sporo.
Oczywiście, Paulino Serdeczna!
Dobrze wyjęła pieniądze. Oto dwa tysiące złotych.
Paulino Serdeczna, nie trzeba!
Weź, nie zbiedniejemy przez to. Chodź, wszystko pokażę!
Zapamiętywałam każdy szczegół: gdzie stoją doniczki i duże wiadra z kwiatami, gdzie leży karma dla kota i mięso dla psa. Potem Paulina zawołała:
Rafał! syn wyszedł z pokoju. Zapoznaj Irenkę z Maxem!
Chodź Rafał lekko położył rękę na moim ramieniu.
Wyszliśmy na podwórko, odpięliśmy Maxa i poszliśmy na spacer. Rafał całą drogę opowiadał mi o studiach, o karate, o biznesie z ojcem.
A ja myślałam o czymś innym. Rozumiała dokładnie, iż dzieli mnie od Rafała taka sama przepaść, jak moją mamę od jego rodziców. Są dobrzy, życzliwi, ale to nie bajka o Kopciuszku, a życie.
Za dwa miesiące zdam egzaminy do kolegium, na pewno je zdam. Będę się uczyć, pracować, starać, aż stanę się człowiekiem. Wyjdę za mąż, ale nie za tego przystojniaka. Tak, jest świetnym chłopakiem pod każdym względem. Ale nie jest mój!
Jestem wdzięczna Paulinie Serdecznej za ubrania i te dwa tysiące złotych. Przynajmniej dzięki temu będę mogła zacząć życie w mieście.
Gdzieś głęboko czułam właśnie teraz, w tej chwili, skończyło się moje trudne dzieciństwo. Zaczyna się dorosłe życie nie lżejsze, ale tym razem wszystko będzie zależało ode mnie.
Doszliśmy do domku. Pogłaskałam Maxa po karku, uśmiechnęłam się do Rafała i ruszyłam do domu. Jutro zacznie się moja praca w tym domu. Tylko praca i nic więcej!








