Baśń jasnowidząca
Zwykli mówić: „ma dar”. Ja zawsze to uważałam za przekleństwo. Ale po kolei.
Gdy miałam miesiąc, matka porzuciła mnie pod drzwiami sierocińca. Może też miała ten „dar” i nie chciała go we mnie pielęgnować? Nie wiem. Fakt dorastałam tam nie znając rodziców. Pierwsza moją szczególność zauważyła wychowawczyni, Zofia Kowalska. Opowiadała, iż gdy jeden z chłopców zabrał mi zabawkę, „na mój widok Arturek odfrunął jak piórko na dywan”.
Zofia była dobra. Zrozumiała, iż jeżeli ktoś się dowie nie zostawią mnie w spokoju. „Nie chcę, by cię zabrali na eksperymenty” mawiała. Uczyła mnie więc panować nad zdolnościami. Gdy się wściekałam, przesuwałam przedmioty, a choćby ludzi. Czuję biopola jak ciepło pieca. Nie muszę rozmawiać, by wiedzieć, kto jest zły. Łatwo powiedzieć „to przecież pożyteczne”. Ale ludzie czuli, iż jestem inna. Omijali mnie. Żadna rodzina nie chciała mnie adoptować. A ja pragnęłam przytulić się do mamy.
Miałam jedną przyjaciółkę Kasię. adekwatnie Kazimierę, ale nienawidziła tego imienia. Kasia była moją rodziną. Wiedziała o moim darze i nigdy nie zdradziła sekretu. Nigdy nie prosiła, bym go użyła dla jej korzyści. Byłam jej wdzięczna. Kasia straciła nadzieję na adopcję miała piętnaście lat. „Staruszków” nikt nie chce.
Pewnego dnia wpadła do pokoju z oczami jak rozżarzone węgle. Jej energia uderzyła mnie jak gorący podmuch.
Co się stało?!
Aniu!!! Wyobraź sobie!!! Adoptują mnie!!! Będę miała rodzinę!!!!
Podskoczyła, objęła mnie i zakręciła po pokoju, aż świat zawirował.
Znaleźli się ludzie, którzy mnie chcą! Mam szczęście jak mało kto!
Nagle zatrzymała się. Spojrzała poważnie.
Nie martw się, będę cię odwiedzać! A gdy i ciebie adoptują przyjaźnić się rodzinnie! Chodź, pokażę ci ich, są u dyrektorki!
Pociągnęła mnie za rękę. Stanęłyśmy pod drzwiami, które w tej samej chwili się otwarły.
Wyszła para. Mężczyzna potężny, z barkami jak dębowe konary, ostrym podbródkiem. Jego biopole było jak smród zgniłego mięsa: przemoc, brutalność, złość. Kobieta słabiutka i przerażona. Zmęczenie jak kurz na starym meblu. Pustka.
O, Kaziu! Mężczyzna rozlał się w uśmiechu. Przeszedł mnie dreszcz. Papiery gotowe, jutro jedziesz z nami do domu.
Kasia rzuciła mu się na szyję. W jego aurze błysnęło coś nie jak ojcowska miłość. Jak pożądanie. Lubiększe.
Wróciłyśmy do pokoju. Kasia skakała jak piłka, ja wciskałam się w łóżko, próbując strawić to, co wyczułam. Może się myliłam?
O co ci chodzi? Kasia przysiadła obok. Nie martw się tak! Będziemy się widywać!
Kasiu ta para Coś jest nie tak. Ten mężczyzna nie jest dobry.
Kasia zmarszczyła brwi.
Przestań, Aniu! Zazdrościsz? Czekałam tak długo! Paweł Roch Kowalski jest cudowny! Mówiliśmy. Będę miała własny pokój, wyobrażasz?
Kasiu, przecież wiesz ja czuję ludzi!
Ania, daj spokój! Psycholog i dyrektorka ich sprawdzali. On pracuje w hucie, ona w domu. Będę cały czas z mamą! Mają świetne referencje! Gdyby byli potworami, byłoby w papierach!
Kasia poderwała się i odeszła do okna.
Myślałam, iż będziesz szczęśliwa. Jesteś moją przyjaciółką. Głos jej drżał.
Zrobiło mi się wstyd. Objęłam ją od tyłu.
Przepraszam. Oczywiście, iż się cieszę. Masz rację, pewnie mi się zdawało. Nie chcę się rozstawać.
Nie bój się, masz tylko siedem lat, na pewno cię przygarną. Idę się pakować.
Źle spałam. Śnił mi się Paweł Kowalski. Był jak upiór. Oczy jarzyły się dzikim światłem, zamiast ust kły ociekające śliną.
Kasia z trudem mnie obudziła. Była ubrana. Weszłam z nią na ganek. Nie mogłam jej wypuścić z objęć, jakbym chciała tym uściskiem ją ocalić. Gdy wsiadła do samochodu Ford, a wychowawcy wrócili do środka, zostałam sama. Tylko ja widziałam, jak nowa 'mama’ Kasi westchnęła z ulgą, a Paweł Kowalski uśmiechnął się krzywo, jednym kącikiem ust.
Cały dzień chodziłam jak we mgle. Zofia Kowalska zauważyła. Na podwórku odprowadziła mnie za budynek.
Aniu, co się dzieje? Tęsknisz za Kasią?
Pani Zofio, czy mi pani wierzy?
Oczywiście, wiesz o tym.
Jej nowi rodzice to źli ludzie. Szczególnie ten Paweł.
Zofia zamyśliła się.
To brzmi źle. Może tęsknisz? Albo mają ciemne charaktery Ale my nic nie możemy zrobić. Papier bez skazy. Doskonali na rodziców.
Dlaczego wziął tak dużą KUNIE PO DRODZE? Kasię? Dlaczego nie młodszą?
Co chcesz powiedzieć?
Nie wiem, Pani Zofio. Muszę pomyś
Lecz tej nocy, gdy krzyk Kasi wdarł się w mój sen jak rozbity szkło, porwałam Panią Zofię by jechać do ich złowieszczego domu pod Starogardem, gdzie mocą myśli unieruchomiłam Pawła Kowalskiego jak ćmę przypiętą szpilką, uwolniłam przyjaciółkę z kajdan, a później sierocińcowa sala przemieniła się w dom pełen pierogów i śmiechu, gdzie nasza nowa matka tkała nam swetry z wełny ciepła i bajek, a ja w końcu pojęłam iż ten przeklęty dar jest tylko drugą stroną księżyca który zawsze świeci nad rodziną którą sobie wyśniłyśmy.