Hodujesz z niego safandułę
Po co zapisałaś go do szkoły muzycznej?
Halina Woronowicz weszła do mieszkania bez większego powitania, zdejmując w biegu skórzane rękawiczki.
Witam, Halino. Proszę, wejdź. Ja też cieszę się, iż przyszłaś.
Mój sarkazm zawisł w powietrzu. Teściowa rzuciła rękawiczki na komodę i spojrzała na mnie z wyrzutem.
Kamil mi powiedział przez telefon. Cały szczęśliwy, mówi będę grał na pianinie! Co to ma być? On ci jakiś dziewczyna?
Powoli zamknęłam drzwi. Uważnie, żeby nie wybuchnąć i nie wrzeszczeć.
To znaczy, iż wasz wnuk będzie się uczył muzyki. Bardzo mu się podoba.
Podoba! Halina prychnęła, jakbym mówiła niedorzeczności. Ma sześć lat, jeszcze nie wie, co mu się podoba. Ty powinnaś go kierować. Chłopiec, dziedzic, mój wnuk a co z niego robisz?
Teściowa przeszła do kuchni, nacisnęła przycisk czajnika jak u siebie w domu. Zacisnęłam zęby, aż zabolały.
Wychowuję z niego szczęśliwe dziecko.
Wychowujesz z niego safandułę i ciamajdę! Halina stanęła w kuchni, ręce na biodrach. Trzeba było zapisać go na piłkę nożną! Na zapasy! Żeby wyrósł na faceta, a nie… na jakiegoś pianistę!
Oparłam się o framugę drzwi. Policzyłam do pięciu. Nic nie pomogło.
Kamil sam prosił. Sam. Uwielbia muzykę.
Zawsze coś lubi! machnęła ręką. Marek w jego wieku ganiał z chłopakami na podwórku, grał w hokeja! A twój co? Gamy będzie ćwiczyć? Wstyd!
Coś we mnie pękło. Odepchnęłam się od ściany i podeszłam do Haliny.
Skończyłaś?
Jeszcze nie! Od dawna chciałam ci powiedzieć…
A ja od dawna chciałam powiedzieć tobie ściszyłam głos niemal do szeptu Kamil to mój syn. Mój. I sama zdecyduję, jak go wychować. Nie pozwolę ci się wtrącać.
Halina poczerwieniała.
Jak ty się do mnie odzywasz?!
Proszę wyjść.
Słucham?!
Przeszłam obok teściowej do przedpokoju, zdjęłam z wieszaka jej płaszcz i podałam jej do ręki.
Wyjdź z mojego mieszkania.
Wyrzucasz mnie?! Mnie?!
Otworzyłam drzwi. Chwyciłam ją delikatnie za łokieć i wyprowadziłam do wyjścia. Halina szarpała się, próbowała się wyrwać, ale byłam twardsza. Zaprowadziłam ją na klatkę schodową.
Jeszcze zobaczysz! zawyła z progu, cała roztrzęsiona. Nie pozwolę ci zmarnować mojego jedynego wnuka!
Do widzenia, Halino.
Marek się o wszystkim dowie! Wszystko mu opowiem!
Zatrzasnęłam drzwi. Oparłam się o nie, oddychałam długo i głęboko, próbując się uspokoić.
Za drzwiami słychać było jeszcze przez chwilę tłumione krzyki, potem odgłos schodzących kroków. Cisza zapadła po kilku minutach.
Teściowa kompletnie wyprowadziła mnie z równowagi. Nieustanne uwagi, rady, pouczanie jak wychowywać, czym karmić, w co ubrać. Marek nigdy nie widział w tym problemu. Mama chce dobrze, Ona się zna, No posłuchaj jej czasem. Kochał ją bezgranicznie, każde jej zdanie traktował jak prawdę objawioną. A ja miałam tylko znosić. Dzień za dniem, wizyta za wizytą.
Ale nie dzisiaj.
Marek wrócił z pracy tuż po dziewiątej. Słyszałam, jak przekręca klucz i od razu wiedziałam teściowa już do niego dzwoniła. Sposób, w jaki rzucił klucze na komodę. Sposób, w jaki ciężko przeszedł do kuchni, nie zaglądając do pokoju, gdzie Kamil oglądał bajki.
Kamilku, posiedzisz chwilę tutaj? uklękłam przy synku, założyłam mu duże słuchawki, włączyłam ulubiony serial o robotach. Muszę porozmawiać z tatą.
Kamil kiwnął głową, zapatrzył się w ekran. Przymknęłam drzwi do pokoju i ruszyłam do kuchni.
Marek stał przy oknie, z rękoma skrzyżowanymi na piersi. Nie odwrócił się, gdy weszłam.
Wyrzuciłaś moją matkę.
Nie pytanie. Stwierdzenie.
Poprosiłam, żeby wyszła.
Wypchnęłaś ją za drzwi! Marek odwrócił się gwałtownie, żuchwa mu drgała. Dwa godziny płakała przez telefon! Dwa godziny, Marysiu!
Usiadłam przy stole. Nogi bolały po całym dniu w pracy, a tu jeszcze to.
A nie przeszkadza ci, iż to ona mnie obraziła?
Marek zamilkł na moment. Potem machnął ręką.
Ona po prostu troszczy się o wnuka. Co ci w tym przeszkadza?
Nazwała naszego syna safandułą i ciamajdą. Naszego synka, Marek, sześcioletniego dziecka.
Może przesadziła, ale w czymś jest racja, Marysiu. Chłopakowi potrzebny jest sport. Drużynowość, odporność…
Spojrzałam mu w oczy. Przez dłuższą chwilę, aż odwrócił wzrok.
W dzieciństwie zmuszali mnie chodzić na gimnastykę. Mama zdecydowała: będziesz gimnastyczką i koniec. Pięć lat, Marek. Pięć lat płakałam przed każdą lekcją. Rozciągałam się do bólu, chudłam od wysiłku, błagałam, żeby zabrała mnie stamtąd.
Milczał.
Do tej pory nie mogę patrzeć na sale gimnastyczne. Do tej pory. I swojemu dziecku takiej traumy nie zafunduję. Zechce na piłkę proszę bardzo. Ale tylko, jeżeli sam naprawdę zechce. Nigdy na siłę.
Mama chce dobrze…
Niech sobie urodzi drugiego syna i wychowuje według własnej wizji podniosłam się od stołu. W sprawy Kamila już się mieszać nie pozwolę. Tobie też nie, jeżeli jesteś po jej stronie.
Marek się zawahał, jakby chciał coś powiedzieć, ale już wyszłam z kuchni.
Resztę wieczoru nie odzywaliśmy się do siebie. Ułożyłam Kamila, potem siedziałam długo w ciemności, wsłuchując się w jego spokojne oddechy.
Kolejne dwa dni minęły w napięciu i ciszy. Potem podczas kolacji Marek rzucił jakąś żartobliwą uwagę, uśmiechnęłam się lody zaczęły topnieć. Do piątku rozmawialiśmy już normalnie, choć temat teściowej oboje omijaliśmy szerokim łukiem.
W sobotni poranek obudziłam się nagle. Przez chwilę leżałam, patrząc na zegarek ósma rano. Zbyt wcześnie jak na weekend. Marek jeszcze spał, a Kamil prawdopodobnie też.
Co mnie obudziło?
I wtedy usłyszałam cichy metaliczny dźwięk w przedpokoju. Zamek w drzwiach.
Serce mi przyspieszyło. Złodziej? W biały dzień? Chwyciłam telefon i na palcach wysunęłam się na korytarz.
Drzwi wejściowe się otworzyły.
Na progu stała Halina Woronowicz. W ręce pęk kluczy. Na twarzy triumfujący uśmiech.
Dzień dobry, Marysiu.
Stałam boso na zimnej podłodze, w wyciągniętej koszulce i piżamowych spodniach, a ona patrzyła z taką pewnością siebie, jakby włamanie do czyjegoś domu w sobotę rano było czymś oczywistym.
Skąd masz klucze?
Halina pomachała pękiem kluczy przed moją twarzą.
Marek mi dał. Dwa dni temu, wstąpił, przyniósł. Powiedział: mamo, wybacz jej, nie chciała cię urazić. Tak się pokajał za twoje wybryki.
Migałam kilkukrotnie, próbując to sobie uporządkować.
Co robisz tu o tej porze?
Przyszłam po wnuka już ściągała płaszcz i wieszała go na wieszaku. Pakuj się, Kamilku! Babcia zapisała cię na piłkę nożną, dziś pierwsze zajęcia!
Fala wściekłości buchnęła mi do głowy. Gorąca, duszna, oszałamiająca. Odwróciłam się i pobiegłam do sypialni.
Marek leżał odwrócony do ściany, udawał śpiącego widziałam, jak napinał ramiona pod kołdrą.
Wstawaj!
Marysiu, później…
Zerwałam mu kołdrę, złapałam za rękę i wyciągnęłam do salonu. Szarpał się, kluczył, ale nie puściłam.
Halina już rozsiadła się wygodnie na kanapie, przekładała gazetę z kawowego stolika.
Dałeś jej klucze zatrzymałam się na środku pokoju, ściskając wciąż dłoń męża. Do mojego mieszkania.
Marek milczał. Przekładał się z nogi na nogę.
To moje mieszkanie, Marek. Moje. Kupiłam je przed ślubem. Za swoje pieniądze. Jak śmiałeś dać swojej matce klucze do mojego domu?
O, jaka drobiazgowa! Halina odrzuciła gazetę. Moje, nie moje… Tylko o sobie myślisz! A Marek myśli o synu, dlatego dał mi klucze. Żebym mogła się z nim spotykać, skoro nie wpuszczasz mnie do środka.
Proszę się zamknąć!
Halina dostała ataku oburzenia, ale patrzyłam tylko na męża.
Kamil nie pójdzie na żadną piłkę nożną. Dopóki sam nie zechce.
Nie ty decydujesz! rzuciła się z kanapy. Ty jesteś nikim! Przejściowa w życiu mojego syna! Myślisz, iż jesteś niezbędna? Marek cię znosi tylko dla dobra dziecka!
Cisza.
Spojrzałam powoli na męża. Stał ze spuszczoną głową. Milczał.
Marek?
Nic. Ani słowa w mojej obronie. Ani jednego.
Dobrze pokiwałam głową. Ogarnął mnie dziwny chłód i spokój. Przejściowa. I ten etap właśnie się skończył. Zabieraj dziecko, Halino. Marek nie jest już moim mężem.
Nie masz prawa! pobladła. Nie możesz go zostawić!
Marek mówiłam cicho, patrząc mu w oczy. Masz pół godziny. Spakuj swoje rzeczy i wyjdź. Albo wylecisz w piżamie jest mi wszystko jedno.
Marysiu, poczekaj, porozmawiajmy…
Już porozmawialiśmy.
Odwróciłam się do Haliny z gorzkim uśmiechem.
Klucze możesz sobie zatrzymać. Dziś zmienię zamki.
…Rozwód trwał cztery miesiące. Marek próbował wrócić, dzwonił, pisał, przyjeżdżał z kwiatami. Halina groziła sądem, opieką, znajomościami. Wynajęłam dobrego adwokata i przestałam odbierać telefony.
Dwa lata minęły jak mgnienie…
…Sala koncertowa szkoły muzycznej huczała od głosów. Siedziałam w trzecim rzędzie, ściskając program w rękach. Kamil Woronowicz, 8 lat. Beethoven Oda do radości.
Kamil wszedł na scenę skupiony, poważny, w białej koszuli i czarnych spodniach. Usiadł przy fortepianie, położył dłonie na klawiszach.
Pierwsze dźwięki wypełniły salę, a mi aż zabrakło tchu.
Mój chłopiec grał Beethovena. Mój ośmioletni syn, który sam poprosił o szkołę muzyczną, sam godzinami ćwiczył przy instrumencie, sam wybrał utwór na występ.
Po ostatnim akordzie sala eksplodowała brawami. Kamil wstał, ukłonił się, odnalazł mój wzrok wśród widowni i uśmiechnął się szeroko, z czystą radością.
Klaskałam razem z resztą, a łzy ciekły mi po policzkach.
To była adekwatna droga. Zrobiłam wszystko, co należy. Postawiłam syna ponad wszystkie opinie, ponad małżeństwo, ponad własny strach przed samotnością.
Tak właśnie powinna postępować matka.















