Wychowujesz go na ciapę? – Po co zapisałaś go do szkoły muzycznej? Ludmiła Pietrowna minęła synową, ściągając po drodze rękawiczki. – Dzień dobry, pani Ludmiło. Proszę wejść. Ja też się cieszę, iż pani przyszła. Sarkazm minął prawie bez echa. Teściowa rzuciła rękawiczki na komodę i obróciła się do Marii. – Kostek mi wczoraj dzwonił. Cały szczęśliwy, mówi: będę grał na pianinie! Co to w ogóle ma być? On ci chyba nie dziewczynka, co? Maria powoli zamknęła drzwi wejściowe. Ostrożnie. By się tylko nie zagotować i nie wykrzyczeć wszystkiego. – To znaczy, iż pana wnuk będzie uczył się muzyki. Bardzo mu się to podoba. – Podoba! – Ludmiła prychnęła, jakby Maria palnęła straszną głupotę. – On ma sześć lat, sam nie wie co lubi. Ty masz go prowadzić. Chłopak – dziedzic, mój wnuk – a ty kogo z niego wyhodujesz? Teściowa weszła do kuchni, nacisnęła przycisk czajnika jak u siebie. Maria ruszyła za nią, aż bolały ją szczęki od zaciskania zębów. – Wychowuję go na szczęśliwe dziecko. – Wychowujesz go na ciapę i mazgaja! – Ludmiła stanęła szeroko – Na piłkę trzeba było go zapisać! Na karate! Żeby był facetem, a nie… jakiś tam pianista! Maria oparła się o framugę, odliczyła do pięciu. Nie pomogło. – Kostek sam prosił. Sam. Lubi muzykę. – Lubi! – machnęła ręką teściowa. – Sergiusz w jego wieku latał po podwórku z chłopakami, grał w hokeja! A twój co? Będzie gamy walił? Wstyd! W Marii coś pękło. Odepchnęła się od framugi i podeszła do teściowej. – Już skończyła pani? – Nie, nie skończyłam! Już dawno chciałam powiedzieć… – A ja już dawno chciałam pani powiedzieć – Maria ściszyła głos do szeptu – Kostek jest moim synem. Moim. I ja zdecyduję, jak go wychować. A pani nie pozwolę się wtrącać. Ludmiła Pietrowna aż poczerwieniała. – Ty… jak ty się do mnie odzywasz?! – Proszę wyjść. – Co?! Maria minęła teściową, zdjęła z wieszaka jej płaszcz i wcisnęła jej ręce. – Proszę opuścić mój dom. – Wyrzucasz mnie?! Mnie?! Maria otworzyła drzwi. Chwyciła teściową za łokieć i wyprowadziła ją do wyjścia. Ludmiła próbowała się szarpać, ale Maria była bardziej stanowcza. Wypchnęła teściową na klatkę schodową. – Jeszcze zobaczysz! – Ludmiła obróciła się, twarz wykrzywiona złością – Słyszysz mnie?! Nie pozwolę ci zniszczyć mojego jedynego wnuka! – Do widzenia, pani Ludmiło. – Sergiusz się dowie! Wszystko mu powiem! Maria zatrzasnęła drzwi. Oparła się o nie i długo, długo wypuszczała powietrze. Za drzwiami przez jakiś czas coś jeszcze wrzeszczała, potem tupot na schodach. Cisza przyszła po mniej więcej dwóch minutach. Teściowa wykończyła ją całkowicie. Te wieczne pretensje, rady, pouczenia – jak wychowywać, czym karmić, w co ubierać. A Sergiusz, jakby nie widział problemu. „Mama chce dobrze”, „Ma doświadczenie”, „No posłuchaj jej choć raz”. Matkę uwielbiał. Każde jej słowo – święte. A Maria musiała znosić. Dzień po dniu, wizyta po wizycie. Ale nie dziś. Sergiusz wrócił z pracy przed dziewiątą. Maria usłyszała, jak przekręcił klucz w zamku, i od razu wiedziała – teściowa już zadzwoniła do syna. Po tym, jak rzucił klucze na komodę. Po tym, jak ciężko przeszedł do kuchni, nie zajrzał choćby do pokoju, gdzie Kostek oglądał bajki. – Kostek, skarbie, posiedź tutaj – Maria przykucnęła przed synem, założyła mu szerokie słuchawki, włączyła na tablecie ulubiony robotyczny serial – Z tatą musimy porozmawiać. Kostek tylko skinął głową, wlepiał wzrok w ekran. Maria domknęła drzwi do pokoju dziecka i poszła do kuchni. Sergiusz stał pod oknem, ręce skrzyżowane na piersi. choćby się nie obrócił, gdy weszła Maria. – Wyrzuciłaś moją matkę. To nie było pytanie. Stwierdzenie. – Poprosiłam ją o wyjście. – Wypchnęłaś ją! – Sergiusz się obrócił, szczęka zadrżała. – Dwa godziny płakała do mnie przez telefon! DWA godziny, Maniu! Maria usiadła przy stole. Nogi bolały po całym dniu w pracy, a teraz jeszcze to. – A nie przeszkadza ci, iż ona mnie obrażała? Sergiusz na moment zamilkł. Potem machnął ręką. – Po prostu przejmuje się o wnuka. Co w tym złego? – Nazwała naszego syna ciapą i mazgajem. Naszego syna, Sergiusz. Sześcioletnie dziecko. – No gorąca jest, zdarza się. Ale w czymś mama ma rację, Manio. Chłopakowi potrzebny sport. Duch drużyny, hartowanie… Maria długo patrzyła na męża, aż ten opuścił wzrok. – Mnie w dzieciństwie kazano chodzić na gimnastykę. Mama postanowiła – będziesz gimnastyczką, koniec tematu. Pięć lat, Sergiusz. Pięć lat wyłam przed każdą treningiem. Przeciągałam szpagat przez ból, chudłam od wyczerpania, błagałam, by mnie stamtąd zabrać. Sergiusz nic nie mówił. – Do dziś nie mogę patrzeć na siłownię. Do dziś. I swojemu synowi tego nie zrobię. Zechce piłkę – proszę bardzo. Ale tylko jeżeli sam zechce. Na siłę – nigdy. – Mama chce dobrze… – To niech sobie urodzi jeszcze jednego syna i wychowuje jak chce – Maria wstała od stołu. – Do Kosi nikt nie będzie się wtrącał. Ani ona, ani ty – jeżeli cię trzyma po swojej stronie. Sergiusz jakby chciał coś powiedzieć, ale Maria wyszła z kuchni. Resztę dnia nie rozmawiali. Maria położyła Kostka spać, siedziała długo w ciemnościach pokoju dziecięcego, słuchając spokojnego oddychania synka. Kolejne dwa dni – napięte milczenie. Potem Sergiusz przy kolacji zażartował, Maria się uśmiechnęła – lody zaczęły topnieć. Do piątku rozmawiali już normalnie, choć temat teściowej z daleka omijali. W sobotni poranek Maria nagle się obudziła. Przez chwilę wpatrywała się w zegar – ósma. Za wcześnie jak na wolne. Sergiusz chrapał obok, Kostek pewnie jeszcze spał. Co ją obudziło? I wtedy usłyszała – cichy metaliczny szczęk przy wejściu, przekręcanie zamka. Maria zerwała się, serce tłukło jej się w gardle. Złodziej? W biały dzień? Chwyciła telefon z komody i na palcach wyszła do korytarza. Drzwi wejściowe otworzyły się. Na progu stała Ludmiła Pietrowna. W ręku pęk kluczy. Na twarzy – triumfujący uśmiech. – Dzień dobry, synowo. Maria stała boso na zimnej podłodze, w rozciągniętej koszulce i piżamowych spodniach, a teściowa patrzyła z góry, jakby miała pełne prawo włamywać się do cudzego domu o ósmej w sobotę. – Skąd ma pani klucze? Ludmiła zamachała pękiem kluczy przed nosem Marii. – Sergiusz mi dał. Przedwczoraj przywiózł. Powiedział: mamo, przebacz jej, nie chciała cię urazić. Tak się za ciebie tłumaczył. Maria mrugnęła. Raz, drugi. Próbując poukładać wszystko w głowie. – Czego pani tu chce? O takiej porze? – Przyszłam po wnuka – już zdejmowała płaszcz i wieszała go na haczyk. – Szykuj się, Kostek! Babcia zapisała cię na piłkę, dziś pierwszy trening! Złość wybuchła w niej natychmiast. Gorąca, duszna, ogłuszająca, do szaleństwa. Maria obróciła się i wpadła do sypialni. Sergiusz leżał plecami do ściany. Udawał, iż śpi – Maria widziała napięte ramiona pod kołdrą. – Wstawaj! – Manio, później… Maria zrzuciła z niego kołdrę, chwyciła za rękę i wyciągnęła do salonu. Sergiusz się potykał, próbował się wyrwać, ale Maria nie puszczała. Ludmiła już siedziała wygodnie na kanapie. Noga założona na nogę, przeglądała magazyn z ławy. – Dałeś jej klucze – Maria zatrzymała się na środku pokoju, dalej ściskając nadgarstek męża. – Do mojego mieszkania. Sergiusz milczał. Kręcił się niespokojnie. – To moje mieszkanie, Sergiusz. Moje. Kupiłam je przed ślubem. Za swoje pieniądze. Jak mogłeś dać swojej matce klucze do mojego domu? – Ależ ona jest drobiazgowa! – Ludmiła odrzuciła gazetę. – Moje, nie moje… Tylko sobie głowę zaprzątasz! A Sergiusz pomyślał o synu, dlatego dał mi klucze. Żebym mogła dobrze z wnukiem przebywać, skoro mnie nie wpuszczasz. – Proszę się natychmiast zamknąć! Teściowa aż się zachłysnęła, ale Maria patrzyła tylko na męża. – Kostek nie pójdzie na żadną piłkę. Dopóki sam nie zechce. – Nie tobie decydować! – teściowa zerwała się z kanapy. – Ty jesteś nikim! Chwilową przygodą w życiu mojego syna! Myślisz, iż jesteś niezbędna? Sergiusz cię znosi tylko dla dobra dziecka! Cisza. Maria powoli obróciła się do męża. Stał z głową spuszczoną. Nic nie mówił. – Sergiusz? Nic. Ani słowa w jej obronie. – Dobrze – Maria skinęła głową. Niespodziewane zimne, jasne opanowanie opadło na nią. – Chwilowa przygoda. I właśnie się kończy. Weźcie sobie syna, pani Ludmiło. Mąż już nie będzie moim mężem. – Nie masz prawa! – teściowa aż pobladła. – Nie możesz go sama zostawić! – Sergiusz – Maria mówiła cicho, patrząc mężowi w oczy – Masz pół godziny, żeby się spakować i wyjść. Albo wyjdę za ciebie w piżamie – nie dbam o to. – Manio, poczekaj, porozmawiajmy… – Już rozmawialiśmy. Obróciła się do teściowej i uśmiechnęła krzywo. – Klucze może pani zostawić. Dziś wymienię zamki. …Rozwód trwał cztery miesiące. Sergiusz próbował wracać, dzwonił, pisał, przyjeżdżał z kwiatami. Ludmiła Pietrowna straszyła sądem, opieką, znajomościami. Maria znalazła dobrego adwokata i przestała odbierać telefony. Dwa lata minęły w oka mgnieniu… …Sala koncertowa szkoły muzycznej tętniła głosami. Maria siedziała w trzecim rzędzie, ściskając w dłoni program – „Konstanty Woronow, 8 lat. Beethoven, Oda do radości”. Kostek wszedł na scenę – skupiony, poważny, w białej koszuli i czarnych spodniach. Usiadł przy fortepianie, położył dłonie na klawiszach. Pierwsze nuty wypełniły salę. Maria przestała oddychać. Jej chłopiec grał Beethovena. Jej ośmioletni syn, który sam poprosił o szkołę muzyczną, sam godzinami siedział przy instrumencie, sam wybrał utwór na koncert. Gdy zabrzmiał ostatni akord, sala wybuchła brawami. Kostek wstał, ukłonił się, odnalazł wzrokiem mamę i uśmiechnął się szeroko, szczęśliwie. Maria klaskała razem ze wszystkimi, a łzy spływały jej po policzkach. Zrobiła wszystko dobrze. Postawiła syna ponad wszystko – ponad cudze opinie, ponad małżeństwo, ponad strach przed samotnością. Tak właśnie powinna postępować matka…

polregion.pl 7 godzin temu

Hodujesz z niego maminsynka

Po co zapisałaś go do szkoły muzycznej?

Ludmiła Piotrkowska przechodziła obok synowej, zdejmując w biegu rękawiczki.

Dzień dobry, pani Ludmiło. Proszę wejść. Naprawdę ogromnie się cieszę, iż pani przyszła.

Sarkazm zsunął się po teflonowej powłoce teściowej, która rzuciła rękawiczki na komodę i odwróciła się do Magdy.

Michał mi przez telefon wszystko powiedział. Cały się świeci, opowiada: Będę grał na pianinie! To w ogóle jest jakieś żarty? On ci co, dziewczynka?

Magda zamknęła drzwi powoli i starannie, by przypadkiem nie strzelić nimi z całej siły, bo kusiło.

To znaczy, iż pani wnuk będzie uczył się muzyki. Bardzo mu się to podoba.
Podoba się?! Ludmiła prychnęła, jakby Magda właśnie powiedziała, iż Kopernik odkrył Amerykę. Ma sześć lat, dzieciak sam nie wie, co mu się podoba. Ty masz kierować. Chłopak, dziedzic, mój wnuk a ty co z niego robisz?

Teściowa weszła do kuchni, energicznie klikając czajnik, a Magda ruszyła za nią, ściskając zęby tak, iż aż jej bolały.

Hoduję z niego szczęśliwego człowieka.
Hodujesz z niego maminsynka i ciamajdę! Ludmiła stanęła w rozkroku, jakby zaraz miała przystąpić do walki. Powinnaś była zapisać na piłkę nożną! Na karate! Żeby wyrósł na prawdziwego mężczyznę, a nie… na jakiegoś pianistę!

Magda oparła się o futrynę. Policzyła do pięciu. Nie pomogło.

Michał sam poprosił. Sam. Kocha muzykę.
Kocha muzykę! Machnęła ręką. Mój syn, Wojtek, w jego wieku z chłopakami latał po podwórku, w hokeja grał! A twój co? Będzie ćwiczył swoje gamy? Wstyd!

Coś w Magdzie pękło. Oderwała się od futryny i podeszła bliżej do teściowej.

Już pani skończyła?
Jeszcze nie! Już dawno chciałam ci powiedzieć
A ja już dawno chciałam pani powiedzieć Magda obniżyła głos do szeptu Michał to mój syn. Mój. I ja zdecyduję, jak go wychowuję. I nie pozwolę się wtrącać.

Ludmiła aż poczerwieniała z wściekłości.

Ty… Ty jak się do mnie odzywasz?!
Proszę wyjść.
Co?!

Magda minęła teściową, wyciągnęła jej płaszcz z wieszaka i wcisnęła w ręce Ludmile Piotrkowskiej.

Proszę opuścić mój dom.
Wyrzucasz mnie?! Mnie?!

Magda otworzyła drzwi na oścież, wzięła teściową za łokieć i ciągnęła do wyjścia. Ludmiła walczyła, próbowała oswobodzić rękę, ale Magda była wytrwała. Jakimś cudem wypchnęła ją za próg.

Dopnę swego! Ludmiła stanęła w połowie klatki schodowej, z twarzą wykrzywioną ze złości. Słyszysz mnie?! Nie pozwolę ci zepsuć mojego jedynego wnuka!
Do widzenia, pani Ludmiło.
Wojtek się dowie! Wszystko mu opowiem!

Magda zatrzasnęła drzwi. Oparła się o nie plecami i wypuściła powietrze głęboko, powoli i do końca.

Jeszcze parę minut zza drzwi słychać było przekleństwa, potem ciężkie kroki po schodach cisza przyszła po dwóch minutach.

Teściowa wykończyła ją totalnie. Te nieustanne docinki, rady, wykłady: jak wychowywać, czym karmić, w co ubierać. A Wojtek nie widział problemu: Mama chce dobrze, Mama się zna, No co ci szkodzi jej wysłuchać. Matkę uwielbiał. Każde jej słowo prawda objawiona. A Magda musiała znosić dzień po dniu, wizyta za wizytą.

Ale nie dzisiaj.

Wojtek wrócił z pracy przed dwudziestą. Magda od razu wiedziała, iż Ludmiła zdążyła już do niego zadzwonić po tym, jak rzucił klucze na komodę i jak ciężko wszedł do kuchni, choćby nie zaglądając do pokoju, gdzie Michał oglądał bajki.

Michałku, skarbie, zostań tu uklękła przed synem, założyła mu wielkie słuchawki i włączyła serial o robotach na tablecie. Porozmawiam z tatą.

Michał tylko kiwnął głową i zakopał się w ekran. Magda przymknęła drzwi od pokoju i poszła do kuchni.

Wojtek stał przy oknie, skrzyżowane ręce, nie spojrzał choćby na Magdę jak weszła.

Wyrzuciłaś moją matkę.

To nie pytanie. Fakt.

Poprosiłam, żeby wyszła.
Wypchnęłaś ją za drzwi! Wojtek stanął naprzeciw niej, szczęka pracowała jak u boksera. Dwie godziny płakała mi do słuchawki! Dwie godziny, Magda!

Magda usiadła przy stole. Nogi miała ciężkie po całym dniu w biurze, a teraz jeszcze to.

A nie przeszkadza ci, iż ona obraziła mnie?

Wojtek na moment zamilkł, potem machnął ręką.

Przejęła się o wnuka. Co w tym złego?
Nazwała naszego syna maminsynkiem i ciamajdą. Sześcioletniego chłopca, Wojtek.
No, przesadziła, czasem nie pomyśli. Ale w sumie ma trochę racji. Chłopak musi mieć sport, drużynę, charakter…

Magda spojrzała w oczy męża. Patrzyła długo, aż on odwrócił wzrok.

Mnie w dzieciństwie mama zmusiła na gimnastykę. Stwierdziła: Będziesz gimnastyczką i koniec. Pięć lat. Pięć lat płakałam przed każdymi zajęciami. Zmuszała mnie do szpagatu, chudłam z przepracowania, prosiłam, żeby mnie z tego wyciągnęła.

Wojtek milczał.

Do tej pory omijam sale gimnastyczne szerokim łukiem. I swojemu dziecku tego nie zrobię. jeżeli będzie chciał na piłkę proszę bardzo. Ale tylko jeżeli sam będzie chciał. Ale na siłę nigdy.
Mama myśli, iż robi dobrze…
No to niech sobie urodzi jeszcze jednego syna i wychowuje go po swojemu Magda wstała od stołu. Ale w wychowanie Michała już jej się nie wmiesza. I tobie też nie pozwolę, jeżeli się opowiesz po jej stronie.

Wojtek drgnął, wyglądał, jakby miał coś powiedzieć, ale Magda już wyszła z kuchni.
Resztę wieczoru milczeli. Magda położyła Michała spać, potem długo siedziała w ciemności dziecięcego pokoju, słuchając spokojnego oddechu syna.

Następne dwa dni upłynęły w napiętej ciszy. Potem Wojtek, przy kolacji, zażartował, Magda się uśmiechnęła lody zaczęły topnieć. W piątek już rozmawiali normalnie, chociaż temat teściowej oboje omijali jak wybuchające miny.

W sobotni poranek Magda obudziła się gwałtownie. Kilka sekund leżała, mrużąc oczy na zegar ósma rano. Zdecydowanie za wcześnie jak na weekend. Wojtek chrapał obok, Michał pewnie jeszcze spał.

Co ją obudziło?

Usłyszała cichy metaliczny dźwięk z przedpokoju. Przekręcanie zamka.
Serce jej podskoczyło do gardła. Złodziej?! W środku dnia?! Chwyciła telefon z szafki i na czubkach palców podeszła do korytarza.
Drzwi wejściowe otwarły się z rozmachem.

Na progu stała Ludmiła Piotrkowska. W dłoni pęk kluczy. Na twarzy triumfu uśmiech.

Dzień dobry, synowo.

Magda stała boso na zimnych płytkach w wyciągniętej koszulce i spodniach od piżamy, a teściowa patrzyła na nią z góry bardzo przekonana, iż o ósmej w sobotę może wtargnąć do cudzego domu jak do siebie.

Skąd pani ma klucze?

Ludmiła zamachała pękiem kluczy przed nosem Magdy.

Wojtek mi dał. Wczoraj podjechał, przyniósł. Przepraszał: Mama, wybacz jej, nie chciała cię urazić. Takie pokuty za twoje wyskoki.

Magda mrugała, próbując ułożyć w głowie tę informację.

Co pani tu robi? O tej porze?
Po wnuka przyszłam teściowa już zdejmowała płaszcz, wieszała go na haczyku. Ubieraj się, Michałku! Babcia zapisała cię na piłkę nożną, pierwsze zajęcia dziś!

Złość uderzyła w Magdę natychmiast. Gorąca, gęsta, oślepiająca, aż do obłędu. Rzuciła się do sypialni.

Wojtek leżał, odwrócony do ściany, udając śpiącego ale Magda widziała wyraźne napięcie pod kołdrą.

Wstawaj!
Magda, daj spokój…

Zdjęła z niego kołdrę, chwyciła za rękę i ciągnęła do salonu. Wojtek chwiał się, próbował się uwolnić, ale Magda była nieustępliwa.

Ludmiła już rozsiadła się na kanapie. Noga na nogę, przegląda magazyn z ławy.

Ty dałeś jej klucze Magda stanęła na środku, cały czas trzymając Wojtka za nadgarstek. Do mojego mieszkania.

Wojtek milczał. Przesuwał się nerwowo z nogi na nogę.

To moje mieszkanie, Wojtek. Moje. Kupiłam przed ślubem. Ze swoich pieniędzy. Jak mogłeś dać swojej matce klucze do mojego domu?
Ojej, jaka drobiazgowa! Ludmiła rzuciła magazyn. Moje, nie moje… Tylko o sobie myślisz! Wojtek myślał o synu, dlatego dał klucze, żebym mogła normalnie z wnukiem przebywać, bo mnie nie wpuszczasz.
Proszę się zamknąć!

Ludmiła aż się zasapała z oburzenia, ale Magda patrzyła tylko na męża.

Michał nie pójdzie na żadną piłkę, jeżeli sam nie będzie chciał.
Nie ty o tym decydujesz! teściowa podskoczyła. Jesteś tu przejściowa! Myślisz, iż jesteś jedyna i niezastąpiona? Wojtek cię toleruje tylko dla dziecka!

Cisza.

Magda powoli zwróciła się do męża. Stał z głową spuszczoną. Milczał.

Wojtek?

Nic. Ani słowa w jej obronie. Zero.

Dobrze Magda wskazała spokojnie. Przejściowa. I to przejściowe właśnie się kończy. Proszę, pani Ludmiło, zabierać swojego syna. Mąż z pana już nie będzie.
Nie ośmielisz się! teściowa wyblakła. Nie masz prawa sama go zostawiać!
Wojtek, mówiła Magda cicho, patrząc mu w oczy. Masz pół godziny. Pakuj swoje rzeczy i wychodź. Albo wyrzucę cię w piżamie, wszystko mi jedno.
Magda, poczekaj, porozmawiajmy…
Już rozmawialiśmy.

Spojrzała na teściową z krzywym uśmiechem.

Klucze niech zostaną. Dziś wymieniam zamki.

Rozwód trwał cztery miesiące. Wojtek próbował wrócić, dzwonił, przyjeżdżał z kwiatami. Ludmiła groziła sądem, opieką, znajomościami. Magda zatrudniła dobrego adwokata i przestała odbierać telefony.

Minęły dwa lata jak z bicza strzelił

Sala koncertowa szkoły muzycznej aż huczała od rozmów. Magda siedziała w trzecim rzędzie, ściskając w dłoni program. Michał Piotrkowski, 8 lat. Beethoven, Oda do radości.

Michał wyszedł na scenę poważny, skupiony, w białej koszuli i czarnych spodniach. Usiadł przy fortepianie, rozłożył ręce na klawiszach.
Pierwsze dźwięki wypełniły salę, a Magda przestała oddychać.

Jej chłopak grał Beethovena. Ośmioletni syn, który sam chciał iść do szkoły muzycznej, sam godzinami ćwiczył, sam wybrał utwór na koncert.

Kiedy rozległ się ostatni akord, sala eksplodowała brawami. Michał wstał, ukłonił się i odnalazł wzrokiem mamę. Uśmiech szeroki, szczęśliwy.
Magda klaskała jak wszyscy, a łzy spływały jej po policzkach.

Wszystko dobrze zrobiła. Postawiła syna ponad wszystko ponad cudze opinie, ponad małżeństwo, ponad strach, iż zostanie sama.

Tak właśnie powinna postąpić matka.

Idź do oryginalnego materiału