Wszystko, co się dzieje, dzieje się na lepsze Jadwiga Wiktorowna – matka Wiktorii, wychowywała córkę na swoje podobieństwo, a ona słuchała jej we wszystkim. Matka uważała się za silną i zaradną kobietę, dlatego stale wymagała od córki, by bezwzględnie stosowała się do jej wskazówek. – Wiktoria – mówiła stanowczo Jadwiga Wiktorowna – jeżeli chcesz osiągnąć w życiu tyle, co ja, musisz iść tą ścieżką, którą ci pokazuję. Żadnych odstępstw! Rozumiesz to i zapamiętaj na całe życie? – Tak, mamo – odpowiadała córka. Wiktoria kochała swoją mamę, dlatego starała się jej słuchać i nigdy jej nie rozczarowywać. A matka chciała mieć z niej ideał – miss perfekcji. Im bardziej się starała, tym gorzej jej wychodziło. Dziecko to dziecko, więc Wiktoria od najmłodszych lat coś brudziła, niszczyła, przewracała się i rozbijała. Ale w szkole uczyła się świetnie, bo wiedziała, iż trójka to dla jej mamy tragedia. – Wiktoria, wstyd i hańba. Jak mogłaś dostać tróję? Czy nie szanujesz nas z tatą? Nie rób nam wstydu i popraw to szybko. – Dobrze, mamo – grzecznie odpowiadała córka, próbując się tłumaczyć – mamo, ale to tylko jedna trójka, przypadkiem… – Nieważne, córko… Musisz być najlepsza i najmądrzejsza ze wszystkich. Wiktoria bardzo to przeżywała, ale gwałtownie poprawiała stopnie na piątki. Skończyła szkołę ze złotym medalem, inaczej być nie mogło. Jadwiga Wiktorowna była dumna, gdy córka bez problemu dostała się na studia. – No, córeczko, brawo, jestem z ciebie dumna – powiedziała raz matka – powinnaś tak dalej postępować. Jadwiga Wiktorowna prowadziła firmę budowlaną – zupełnie niekobiecy interes – ale jej żelazna ręka budziła podziw choćby u mężczyzn-biznesmenów. Była pewna, iż po studiach córka dołączy do niej w biznesie. Wiktoria bardzo chciała uwolnić się spod matczynej opieki i marzyła, by pójść na studia do innego miasta. Na próżno. – Córko, musisz być pod moim nadzorem i kontrolą – oznajmiła matka – nie ma mowy o innym mieście, mamy własny uniwersytet, tu się ucz. Oczywiście Wiktoria nie miała odwagi zaprotestować. Na trzecim roku zakochała się na poważnie. Wcześniej spotykała się z chłopakami, czasem ukradkiem przed mamą, ale nigdy nic poważnego. Rafał, blondyn z niebieskimi oczami i urokiem osobistym, skradł jej serce. Studiował na równoległym kierunku, też na trzecim roku. Wiktoria uczyła się świetnie, jemu przychodziło to z trudem, szczególnie nie cierpiał prac semestralnych. Pewnego dnia zatrzymał Wiktorię na korytarzu: – Wiktoria, pomóż mi z pracą zaliczeniową, już nie wyrabiam… – Dobrze, pomogę – ucieszyła się, bo Rafał bardzo jej się podobał. Od tego czasu Wiktoria pisała dla niego prace, a on odpłacał jej miłością i pozwalał się kochać. Spotykali się, chodzili do kina i kawiarni. Jadwiga Wiktorowna coś wyczuła i zapytała wprost: – Córko, zakochałaś się? – Skąd wiesz? – zdziwiła się Wiktoria. – Masz to wypisane na czole… Przedstaw mi go, muszę wiedzieć, co to za ptaszek i „jakiego lotu”. Wiktoria zaprosiła Rafała do domu, rodzice przyjęli go dobrze, choćby Jadwiga Wiktorowna się nie czepiała. Gdy chłopak wyszedł, matka orzekła: – Jaka miłość, Wiktoria? On cię tylko wykorzystuje. Nie jest zbyt bystry, nie ma z nim o czym rozmawiać. Co w nim widzisz? – Nieprawda, mamo – pierwszy raz sprzeciwiła się córka – Rafał jest ambitny, oczytany, interesuje się historią. Ty po prostu przytłaczasz wszystkich swoją inteligencją, nie każdy musi być taki, poza tym pozostało młody. – On nie jest dla ciebie – upierała się matka. Wiktoria postanowiła być twarda: – Mamo, cokolwiek powiesz o Rafale, i tak będę z nim. Jadwiga Wiktorowna popatrzyła zdziwiona i machnęła ręką. – Zobaczysz, twój Rafał to przeciętniak. Wiktoria postawiła na swoim i po studiach wyszła za Rafała. Radowała się, iż matka się pomyliła. Życie pokazało, iż zwykli „trójkowi uczniowie” potrafią zajść dalej niż prymusi. Tak stało się z Rafałem. Po studiach dostał prestiżową pracę, a Wiktoria pracowała u matki. Rafał miał własne mieszkanie, które otrzymał od rodziców jeszcze na studiach, więc po ślubie Wiktoria cieszyła się z wolności, ale było to złudne. Mama znalazła jej pracę w swojej firmie. Pewnego dnia Rafał przyszedł z pracy: – Wiki, awansowałem na kierownika działu, na razie na próbę, ale dam z siebie wszystko. I faktycznie, po trzech miesiącach stanowisko dostał na stałe. Rafałowi nie podobało się, iż żona z czerwonym dyplomem siedzi pod skrzydłami matki. – Wiktoria, pracując z mamą, niczego nie osiągniesz, pora się uwolnić – upominał mąż. – Chcesz jej słuchać do końca życia? Ciągle cię kontroluje, a ty pozwalasz się gnieść. Wiktoria bolała to, iż mąż zarzuca jej brak charakteru, ale wiedziała, iż to prawda. Z czasem Rafał przestał narzekać, ale stał się chłodny i obojętny, a Wiki choćby to pasowało – przynajmniej cisza, nie ma pretensji. Najważniejsze, iż przez cały czas był obok. Minął rok i któregoś dnia Rafał wrócił do domu: – Zakochałem się w innej kobiecie. Odchodzę do niej. Ona jest zupełnie inna niż ty – prawdziwa… Wiktoria wybuchła jak nigdy w życiu. Krzyczała, rzucała rzeczami, tłukła naczynia, w końcu spakowała się i wyprowadziła. Mamie nic nie powiedziała – wiedziała, co usłyszy. Przez miesiąc udało jej się ukrywać prawdę przed Jadwigą, ale matka gwałtownie się zorientowała. – Wiktoria, co się z tobą dzieje? Masz problemy z mężem? – Nie mam problemu z mężem, bo… nie mam już męża. – Tak myślałam! Zostawił cię? Kiedy to było? – W kwietniu. – I tyle czasu milczałaś? Wiktoria westchnęła. Nie przerywała matce, słuchała jej tyrad o Rafale i samej sobie. – Wiedziałam! Przynajmniej nie będziesz jego służącą, szczęście, iż nie macie dziecka. Słuchaj mnie następnym razem – zapamiętaj to! – Mamo, co się nie dzieje, wychodzi na dobre – odpowiedziała Wiktoria, wstała i powiedziała: – Od dziś już u ciebie nie pracuję, mam dość… – wyszła z gabinetu, a Jadwiga Wiktorowna została w osłupieniu. Wiktoria postanowiła uciec jak najdalej od matki, która i tak nie dałaby jej spokoju. Jej noga utknęła w dziurze, wrzasnęła z bólu i usiadła. Podszedł do niej młody mężczyzna – przechodzień. – Co się stało? – zapytał zatroskany, bo akurat tramwaj odjechał. Pomógł jej wstać, noga bolała. – Boli? – Strasznie – zgrzytała zębami. – Trzymaj się mnie, podrzucę cię do samochodu, pojedziemy do szpitala, a nuż to coś poważnego. Nazywam się Kuba, a ty? – Wiktoria. W szpitalu okazało się, iż to tylko zwichnięcie. Kuba czekał cały czas, odwiózł ją do domu. – Daj mi swój numer, jakbyś potrzebowała pomocy – poprosił grzecznie. Wiktoria podała. Następnego dnia Kuba zadzwonił: – Co ci przynieść? Pewnie noga jeszcze boli. – Może trochę soku, owoców… i chleba nie mam. Po chwili zadzwonił dzwonek. Kuba przyniósł dwie torby zakupów. – O rety, po co tyle? – Będziemy świętować nasze poznanie, jeżeli nie masz nic przeciwko. Chętnie pomogę – a może przejdziemy od razu na ty? Wiktoria uśmiała się serdecznie. Bardzo dobrze im się rozmawiało. Kuba zorganizował kolację, podgrzał szaszłyki, rozlał sok. Uprzedził, iż nie pije alkoholu. Wieczór był wspaniały. Cztery miesiące później wzięli ślub, a po roku urodziła się córeczka, Kasia. Gdy znajomi pytali, gdzie spotkała tak super męża, śmiała się: – Znalazł mnie na ulicy… Nie wierzycie? Zapytajcie Kuby! Dziękuję za przeczytanie, wsparcie i subskrypcję. Powodzenia w życiu!

naszkraj.online 1 miesiąc temu
Wszystko, co się dzieje, jest na dobre Bożena Marciniak matka Kingi wychowywała córkę na swoje podobieństwo, a ta zawsze jej słuchała. Matka uważała siebie za kobietę zaradną i sukcesu, dlatego stale wymagała od córki, by precyzyjnie realizowała jej zalecenia. Kinga mówiła surowo Bożena Marciniak jeżeli chcesz osiągnąć w życiu to, co ja, musisz iść drogą, […]
Idź do oryginalnego materiału