Wszyscy chcieliby mieć taką „pomoc” — czyli jak Nadzieja Stanisławowna przyjechała „uratować” rodzinę Poliny, przejęła dom, wyrzuciła mleko dla najmłodszego, wprowadziła własne porządki, doprowadziła synową do łez, a potem ze zdziwieniem obserwowała, jak ta spakowała dzieci i odeszła, rozpoczynając życie na własnych zasadach

newskey24.com 1 dzień temu

Wszyscy by marzyli o takiej pomocy

Poluńka, dziś do was przyjadę, pomogę z wnukami.

Polina ścisnęła telefon ramieniem przy uchu, jednocześnie próbując ukołysać wrzeszczącego Maksymka.

Pani Nadziejo, naprawdę nie trzeba, poradzimy so…

Krótki sygnał. Teściowa już się rozłączyła.

W salonie coś gruchnęło to Szymonek wywrócił pudło z klockami, a Marysia od razu zaczęła piszczeć z radości, rozrzucając je na wszystkie strony. Maksio na rękach darł się tak, jakby nie jadł od tygodnia, choć przecież butelkę wypił ledwie dwadzieścia minut temu…

Polina spojrzała na Antoniego. Siedział na kanapie, zapatrzony w ekran telefonu, udając ważne zajęcie. Aż za bardzo udawał.

Zadzwoniłeś do mamy.

Nie pytanie. Konstatacja.

Antoni tylko wzruszył ramionami, dalej nie odrywając wzroku od telefonu.

No… tak. Widzę, iż ci ciężko. Mama pomoże…

Polina chciała powiedzieć, iż daje radę. Że nie potrzebuje pomocy. Że przez trzy miesiące po urodzeniu Maksa jakoś utrzymywała w domu porządek, karmiła trójkę dzieci i choćby czasem spała. Ale Maksio znów zapłakał, więc po prostu wyszła z nim do sypialni, kołysząc synka i w myślach przygotowując się na przyjazd pani Nadziei.

Teściowa pojawiła się w porze obiadu z dwoma wielgachnymi walizami i miną kogoś, kto przybył ratować tonący okręt.

Matko Boska, Polinko, na tobie nie ma życia! wykrzyknęła Nadzieja, omiatając mieszkanie czujnym wzrokiem. Straszny bałagan. Nic nie szkodzi, teraz ja tu jestem, wszystko poukładam, zobaczysz będzie dobrze.

Już pod wieczór pierwszego dnia Polina żałowała, iż nie zamknęła drzwi na wszystkie zakładki.

Co to jest? teściowa z nieufnością spoglądała na deskę do krojenia, gdzie Polina siekała cukinię.
Leczo. Dzieci lubią.
Leczo? Nadzieja powiedziała to słowo tak, jakby Polina chciała nakarmić wnuki trucizną. O nie, nie, nie. Antoś lubi barszcz. Prawdziwy, na mój przepis. Odsuń się, ja zrobię.

Polina odsunęła się od kuchenki, zaciskając w dłoni nóż.

Następnego ranka teściowa obudziła Polinę o siódmej, choć Maksio pozwolił zasnąć dopiero o piątej.

Polinko! Jak ty ubierasz dzieci? Co to za cyrk?

Szymonek i Marysia stali w swoich ulubionych kombinezonach żółtym i czerwonym. Polina kupiła je właśnie po to, by łatwo rozpoznać bliźniaki na placu zabaw.

Przecież normalne ubrania.
Normalne? To się nazywa normalne? Nadzieja już wyciągała z walizki szare spodenki i beżowe bluzeczki. Jak papugi wyglądają! I zimno przecież, przeziębią się. Przywiozłam ciepłe rzeczy.
Im w nich wygodnie…
Polina. Teściowa wyprostowała się, skrzyżowała ręce na piersi, a w oczach zaszkliły się łzy. Przyjechałam pomóc, a ty mi dogadujesz, sprzeciwiasz się. Jestem starsza, wychowałam Antka, wiem jak trzeba. Ty… nie szanujesz mnie. Nie doceniasz.

Nadzieja załkała, przycisnęła dłoń do piersi i usiadła na stołku, udając głęboką obrazę.

Antoni wychylił się ze sypialni, spojrzał na matkę, potem na Polinę.

Znowu się zaczyna… szepnął żonie. Mama chce dobrze. Każdy by chciał mieć taką pomoc.

Polina przemilczała. Przebrała bliźniaki w szare i beżowe ubranka. Uśmiechnęła się do teściowej. I poczuła, jak w niej pęka kolejny maleńki kawałek.

…Pod koniec tygodnia mieszkanie zamieniło się w teren Nadziei. Meble w pokoju dzieci przestawione, bo tak lepiej. Dzień ułożony według teściowej dzieci chodziły spać i wstawały w jej rytmie. Polina karmiła Maksa pod czujnym okiem Nadziei, słuchając uwag, iż niewłaściwie trzyma butelkę. Antoni natomiast znikał na balkon co pół godziny. Patrzył w podwórze, udając, iż nie widzi, co się dzieje.

Polina nie spała. Leżała nocami bez ruchu, patrząc w sufit, a każdy szmer na korytarzu sprawiał, iż podskakiwała a nuż teściowa sprawdza, czy wnuki śpią równo…

Rano wstawała wykończona, z drżącymi rękami i gotowała kawę, która wcale nie pomagała.

W czwartek wieczorem Polina otworzyła szafkę z jedzeniem dzieci i zamarła. Półki były puste.

Pani Nadziejo wyszła do kuchni, gdzie teściowa kroiła kapustę na kolejny barszcz. Gdzie mleko dla Maksa?
Wyrzuciłam tę chemię. choćby się nie odwróciła. To niezdrowe, czytałam. Kupiłam dobre, sprawdzone.

Wskazała na stół.

Na blacie stała puszka. Najtańsza. Ta sama marka, od której przed miesiącem Maks pokrył się czerwonymi plamami.

Maksio ma na to alergię.
Bzdury machnęła ręką Nadzieja. Alergia, bo źle karmiłaś. Teraz będzie dobrze, zobaczysz.

Polina patrzyła na puszkę. Na spokojnie krojącą kapustę teściową. Pomyślała o Antonim, który znów przesiedział na balkonie. Coś w niej tkwiło… I pękło.

…Czterdzieści minut później Polina siedziała już w taksówce, tuląc Maksa. Szymek i Marysia, w pośpiechu wrzucone w swoje jaskrawe kombinezony, patrzyli w okno. W bagażniku torba z najpotrzebniejszymi rzeczami.

U mamy Polina rozkleiła się od razu na progu…

Mamo, ja tak dalej nie mogę. Po prostu nie mogę już tak żyć…

Mama objęła ją, zaprowadziła do kuchni, posadziła za stołem. Zaparzyła herbatę. Głaskała po włosach, dopóki Polina nie wypłakała wszystkich łez.

Cicho, spokojnie. Pospolicie u mnie.

Telefon zaczął wibrować o jedenastej i nie przestawał do trzeciej w nocy.

Polina, co ty robisz?! wrzeszczał Antoni do słuchawki. Mama w histerii! Przecież chciała dobrze! Pomagała ci!
A ja chcę po prostu żyć spokojnie! syknęła Polina, by nie obudzić dzieci. Wyrzuciła mleko! Maks ma alergię na to, co twoja matka uznała za dobre.
Jaka alergia? Ty wszystko wyolbrzymiasz! Mama wie lepiej! Jest starsza!
To niech mama z tobą zamieszka!
Jesteś niewdzięczną histeryczką Antoni warknął. Bez mojej matki byś sobie nie poradziła. Wracaj natychmiast do domu.
Nie wrócę, dopóki ona tam jest.

W słuchawce zaległa cisza. W końcu Antoni burknął:

Jak chcesz, i się rozłączył.

Rano Polina poszła do Urzędu Stanu Cywilnego i złożyła pozew o rozwód.

Po trzech dniach wróciła po rzeczy. Sama, bez dzieci mama została z nimi. Nadzieja spotkała ją w przedpokoju.

Polina, jak możesz nam to zrobić?! Odsunąć dzieci od ojca! Babcię od wnuków! To okrucieństwo! Tyle serca wam dałam! Wszyscy by chcieli mieć taką pomoc!

Polina spojrzała na teściową. Na kobietę, która burzyła jej życie pod hasłem pomagam. Wyrzuciła potrzebne mleko, kupiła takie, po którym jej syn dostawał wysypek. Przestawiła meble, przebierała dzieci, odsuwała ją od kuchni, doprowadzała do rozpaczy.

Przeżyjecie, nic się wam nie stanie usłyszała swój głos, zupełnie obcy, lodowaty.

Nadzieja zbladła, poruszyła ustami jak ryba złapana na haczyk. Antoni wybiegł z pokoju, złapał Polinę za nadgarstek.

Co ty robisz? Jak możesz tak mówić do mojej mamy?

Wyrwała rękę. Spojrzała na męża na dorosłego mężczyznę, który przez cały czas leciał z każdą sprawą do mamusi.

Nie dotykaj mnie.

Minęła go, zebrała w sypialni resztę ubrań, wrzuciła w walizkę. Wyszła bez słowa i nie obejrzała się.

…Rozwód dostała po dwóch miesiącach. Antoni jeszcze dzwonił kilka tygodni, potem dał spokój. Nadzieja przysłała długi list z wyrzutami, iż Polina rozbiła rodzinę i zniszczyła życie jej syna. Polina skasowała go, choćby nie czytając do końca.

…U mamy było ciasno, ale spokojnie. Nocami Polina wstawała do Maksa, kołysała go w kuchni, patrząc przez ciemne okno. W dzień wychodziła z bliźniakami na podwórko, karmiła ich warzywnym leczo, ubierała w kolorowe kombinezony…

Pół roku później Szymon i Marysia poszli do przedszkola. Polina znalazła zdalną pracę redagowała teksty nocami, gdy dzieci spały. Pieniędzy wystarczało nie na luksusy, ale na podstawowe potrzeby.

Wieczorami siadała na kanapie, Maksio cichutko spał w łóżeczku, a bliźniaki tuliły się po bokach, prosząc o bajkę. Polina czytała im o trzech świnkach, zmieniała głosy, Marysia chichotała, a Szymon poważnie kiwał głową nad każdą stroną.

W takich chwilach Polina opierała się o oparcie kanapy i patrzyła na swoje dzieci, wiedząc, iż wszystko zrobiła dobrze. Przed nią były trudne lata, samotne wychowanie trójki dzieci. Było ciężko, czasem samotnie, czasem strasznie. Ale adekwatnie.

Idź do oryginalnego materiału