Wrzesień plecień…

kulturaupodstaw.pl 51 minut temu
Zdjęcie: fot. Dawid Tatarkiewicz


Gdy wyszedłem z pociągu w tymże mieście, znowu zacząłem bawić się nawigacją w telefonie (podobnie jak wtedy, gdy kierowałem się do Muzeum Młynarstwa w Jaraczu). Tym razem jednak nie posłuchałem jej dobrych rad i poszedłem znaną sobie drogą, mimo iż sugerowała inną. I dobrze zrobiłem, co dopiero miało się okazać…

W poszukiwaniu współzawodnictwa

Przybyłem w piątek przed południem, a więc tłumów mieszkańców i przyjezdnych ciągnących ze mną w peletonie na to wydarzenie na szczęście jeszcze nie uświadczyłem. One miały dopiero nadejść – w weekendowym apogeum. A pewnie choćby już dziś, ale dopiero po południu.

Niemniej, idąc wzdłuż parkingu, mogłem zauważyć sporo zagranicznych rejestracji samochodowych. To zaczęło uświadamiać mi rangę wydarzenia. I mimo iż infrastruktura gastronomiczna dopiero powstawała (niektóre stoiska były gotowe, inne rosły na moich oczach w szybkim tempie), zapachy zaczęły przyzywać coraz to liczniejszych zwiedzających.

Wykonałem kilka ujęć tego stanu rzeczy. Próbowałem zasięgnąć języka i choćby trafiłem na osobę zorientowaną, niemniej do centrum wydarzeń trafiłem dzięki orientacji własnej, idąc po nitce do kłębka.

Aż stanąłem przed namiotem, pod którym rozciągnięty był napis niepozostawiający wątpliwości: „VII Międzynarodowy Konkurs Plecionkarski w ramach VI Światowego Festiwalu Wikliny i Plecionkarstwa, Nowy Tomyśl 2026”. Uff… – długa nazwa, ale przynajmniej wszystko wyjaśniająca.

Pierwszy namiot

No i tutaj się zaczęło. Zawsze niezmiernie miło jest mi patrzyć na ludzkie pasje. A tutaj przybyli sami pasjonaci, w dodatku – jako się rzekło – z całego świata. o ile na dzień dobry powitało mnie stoisko z napisem New Zealand, to w zasadzie… już z dalszej lokacji przybyć się nie dało. jeżeli przybyli tu ludzie między innymi aż z Nowej Zelandii, to musieli mieć niebagatelny powód.

Kiedy wędrowałem wśród osób uczestniczących w konkursowych szrankach, buzia sama mi się śmiała. Nie pozostało aż tak źle z ludzkim gatunkiem, skoro są tacy, którzy potrafią pięknie wykorzystać to, co oferuje im natura. Mają fach w rękach. Wiedzą co i jak połączyć, żeby zagrało. Nie plotą tego, co im ślina na język przyniesie.

fot. Dawid Tatarkiewicz

Przeciwnie: plotą z rozmysłem, świadomie, uzyskując niebagatelne sploty, nietuzinkowe połączenia i wreszcie – ostatecznie – w rzeczy samej: dzieło. Nie tylko i nie zawsze użytkowe. Czasem ozdobne, czasem niosące w sobie ukrytą metaforę, słowem: rękodzieło, które może stać się dziełem sztuki.

Raz po raz mijałem się z przedstawicielami szacownego jury, które również miało międzynarodowy charakter. Nie miało za to łatwego zadania. Konkurs, o ile się zorientowałem, dzielił się niejako na dwie części: pierwsza grupa uczestników to ci, którzy przyjechali tutaj i na miejscu wyplatali swoje dzieła, poddając je ocenie wspomnianego jury.

Ale była też druga grupa konkursowa: tych, którzy przesłali do oceny gotowe już przedmioty, prezentowane w odrębnym namiocie. Podsumowując, całe to zdrowe, bo w życzliwej atmosferze prowadzone współzawodnictwo, doprowadziło do wykształcenia rezultatów pięknych, a niekiedy po prostu wybitnych.

Namiot drugi i Muzeum Wikliniarstwa

Namiot z gotowymi pracami konkursowymi stał na terenie Muzeum Wikliniarstwa. Mogłem w nim (tym namiocie) podziwiać dzieła zupełnie niesamowite. Imponujące, jakie efekty można uzyskać, znając się na rzeczy i wciąż rozwijając kunszt wykonawczy. Feeria kolorów, kształtów, pomysłów – wszystko to znalazło się na wystawie.

Natomiast w budynku Muzeum napotkałem kontynuację, rozwinięcie powyższej różnorodności w oparciu o dzieła wykonane wcześniej, w poprzednich latach. W mojej świadomości wiklina istniała dotąd głównie jako materiał na kosze zakupowe, o tyle współcześnie modne, iż „ekologiczne”. Ewentualnie, rzadziej, meble ogrodowe.

No i tutaj, podczas tego festiwalu i konkursu, nastąpiła weryfikacja, a adekwatnie: rozwinięcie tej wąskiej, spłaszczonej i krzywdzącej dla wikliny wizji plecionkarskiego świata. Nie dziwi więc, iż co najmniej dla niektórych spośród tu obecnych pasja przekształciła się w sposób na życie.

I jeszcze jeden namiot…

W ostatnim miejscu, które odwiedziłem, spotkałem firmy, stowarzyszenia i szkoły artystyczne. Ciekawym było choćby połączenie wikliny z ceramiką z Bolesławca. Z reprezentantkami fachu z Francji rozmawiałem chwilę o ich stowarzyszeniu, które zawiązało się w tym kraju. Wreszcie, miałem również okazję zamienić kilka słów z uczennicami Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych im. Józefa Chełmońskiego w Nałęczowie (a nie była to jedyna placówka dydaktyczna, która się tu zaprezentowała). To budujące, iż są miejsca na mapie naszego kraju, gdzie wiklina staje się materią twórczą.

fot. Dawid Tatarkiewicz

Szczerze mówiąc, sam fakt, iż pojawili się tu uczniowie z nauczycielami z mniej lub bardziej odległych stron kraju, świadczy o tym, iż w Nowym Tomyślu wydarzyło się coś ważnego. Już to byłoby wystarczająco imponujące. Ale iż przyjeżdża tu cała reszta świata?!…

Na dworzec kolejowy postanowiłem wrócić krótszą, według nawigacji, drogą. Skutkiem tego, przez pewien czas musiałem dreptać po ruchliwej ulicy. Nie polecam. Jak trafili tu uczestnicy z innych części naszego globu? To pewnie tacy ludzie, którzy, jak ja dawniej – świetnie radzą sobie bez nawigacji w telefonie…

Idź do oryginalnego materiału