Weroniko, otwórz natychmiast! Wiemy, iż jesteś w środku! Sławek widział światło!
Weronika właśnie kończyła podwiązywać gałązkę eustomy do drewnianego patyka. Dłonie miała zielone od łodyżek, fartuch ubrudzony ziemią. Podniosła głowę i spojrzała na szklane drzwi pracowni. Stały za nimi dwie sylwetki. Jedną poznała od razu, choćby przez zamgloną szybę: szerokie ramiona, włosy farbowane na kolor dojrzałej wiśni. Ludmiła Kowalczyk. Teściowa. A adekwatnie już była teściowa.
Weronika się nie śpieszyła. Wstawiła eustomę do wiadra z wodą, zdjęła rękawiczki i powiesiła je na gwoździu przy stole. Dopiero wtedy podeszła do drzwi.
Dobry wieczór powiedziała, odsuwając rygiel.
Ludmiła Kowalczyk weszła pierwsza, nie czekając na zaproszenie. Za nią wślizgnęła się Sylwia, siostra Piotra, z rozmazanym makijażem i niedbale zawiązanym szalikiem.
Jaki tam dobry, Weroniko, głowę straciłaś? Ludmiła rozejrzała się po pracowni, jakby szukała czegoś, co mogłaby skrytykować. Znalazła: Wąchasz kwiatki, podczas gdy człowiek umiera.
Kto umiera? zapytała spokojnie Weronika.
Piotrek! wykrzyknęła Sylwia i od razu zakryła usta dłonią. Piotrek jest w szpitalu. Wypadek. Kręgosłup.
Weronika patrzyła na nie w milczeniu. W środku coś się zacisnęło, ale inaczej niż kiedyś, gdy wystarczyło samo imię Piotra, by nie móc oddychać. Inaczej jakby odruchowo cofała się od ognia, w którym już raz się sparzyła.
Usiądźcie rzuciła i wskazała dwa taborety.
Nie mamy czasu w siedzenie odparła z rezygnacją Ludmiła, ale usiadła ciężko. Weronika pamiętała, iż nogi jej dokuczały: żylaki, ciśnienie.
Sylwia stała nerwowo, kręcąc szalikiem.
Opowiedzcie wszystko dokładnie poprosiła Weronika.
I opowiedziały. Przeplatając się w szczegółach i czasami sobie zaprzeczając. Trzy dni temu Piotr wracał z pracy. Padał deszcz. Samochód wpadł w poślizg, wjechał w bariery. Auto do kasacji, on przeżył. Kręgosłup złamany, kompresyjnie. Operacja przebiegła, lekarze niepewni, czy będzie chodził. Wymaga opieki i bliskich.
A Karolina? zapytała Weronika, wypowiadając imię z podziwu godnym spokojem. Jeszcze rok temu było jak drzazga w sercu. Karolina, lat dwadzieścia pięć, przedstawicielka handlowa, dla której Piotr odszedł po osiemnastu latach małżeństwa.
Ludmiła zacisnęła usta.
Karolina wyjechała.
Dokąd?
Do matki, do Poznania wtrąciła Sylwia, tym razem z gniewem w głosie. Gdy tylko dowiedziała się, iż Piotr może nie chodzić, spakowała się w trzy godziny. Nie odbiera telefonów.
Zapanowała cisza, przerywana tylko kapaniną wody z kranu i zapachem ziemi oraz subtelną nutą lilii.
I czego ode mnie chcecie? spytała Weronika wreszcie.
Ludmiła wyprostowała się.
Weroniko, przeżyliście razem osiemnaście lat! To nie woda po kisielu. Znacie się najlepiej. Potrafisz się nim zająć
Pani Ludmiło przerwała Weronika mówimy o człowieku, który odszedł ode mnie do innej kobiety. Takim, który w naszym wspólnym życiu nie znalazł wcześniej miejsca dla mnie.
Nie mów tak Sylwia nie wytrzymała. Teraz nie czas grzebać w przeszłości, to życie człowieka!
Życie?
Lekarz mówi, iż bez stałej opieki mogą być powikłania! Odleżyny, zapalenie płuc! Operacja kręgosłupa, rozumiesz, Weroniko? To nie katar!
Weronika podeszła do kranu i dokładnie go zakręciła. Wpatrzyła się w dłonie: pięćdziesiąt dwa lata, potrafiły komponować bukiety, którymi ludzie się zachwycali i wieszali zdjęcia na ścianach. Umiały zagniatać ciasto, robić zastrzyki, bandażować palce, naprawiać gniazdka, dźwigać siatki z bazaru. Przez te wszystkie lata nie zastanawiała się, czy tego chce, czy po prostu tak wypada.
Starannie wytarła ręce w ręcznik i spojrzała na kobiety.
Zastanowię się powiedziała.
Nie ma na to czasu! Ludmiła wstała, jej głos zabrzmiał twardo, niemal groźnie. Ty może tu rozważasz, a on tam sam leży! Żona odpuściła, nikt nie przychodzi! Sylwia pracuje cały dzień, ja ledwo chodzę! Nie możesz siedzieć z kwiatkami i udawać, iż cię to nie dotyczy!
A kogo to dotyczy? zapytała cicho Weronika.
Nie odpowiedziały.
Za szybą było już prawie całkiem ciemno, październik, dzień uciekał wcześnie. Weronika patrzyła na ulicę: żółta latarnia, mokry asfalt, pusta ławka, na której latem czekali klienci, aż skończy bukiet.
Taka to historia, pomyślała. Nie z filmu, z życia. Stają przed tobą dwie osoby i żądają, byś znów była kimś, kim już nie jesteś.
Dobrze powiedziała. Przyjadę jutro. Zobaczę, w jakim jest stanie. Niczego nie obiecuję.
Ludmiła odetchnęła z ulgą. Sylwia rzuciła się Weronice na szyję, a ta stała z nieruchomymi rękami, czekając, aż się odczepi.
Kiedy wyszły, Weronika jeszcze długo siedziała na taborecie, na którym wcześniej teściowa. Patrzyła na kwiaty: eustomę w wiadrze, różową, delikatną. Chryzantemy w skrzynkach przy ścianie. Gałązki miechunki z pomarańczowymi lampionikami. Sama to miejsce urządziła. Wynajęła lokal trzy miesiące po odejściu Piotra, ściany malowała osobiście na swój ulubiony szaro-biały kolor, szafki montował sąsiad Zbigniew za butelkę wina. Nazwę Gałązka sama wymyśliła, na początku wydała się jej śmieszna. Potem przywykła. Znalazła dostawców, założyła stronę w internecie, nauczyła się fotografować kwiaty tak, żeby ludzie zatrzymywali się na zdjęciu i nie przewijali dalej.
Rok. Rok budowała sobie nowe życie. Życie dla siebie to nie egoizm, nie fanaberia. To po prostu normalność.
Proszę bardzo.
Zgasiła światło nad stołem, zostawiła tylko nocną lampkę przy wejściu jak zawsze. Wyszła do domu.
Szpital był duży, w PRL-owskim stylu, z długimi korytarzami i zapachem, który Weronika od razu poznała i którego nigdy nie lubiła. Chlor, szpitalne jedzenie, coś specyficznego, co jest tylko w takich miejscach. Znalazła odpowiedni oddział, spytała pielęgniarki o pokój. Spojrzała na nią badawczo.
Jest pani rodziną?
Była żona odpowiedziała Weronika.
Pielęgniarka lekko uniosła brwi, ale nic więcej nie powiedziała, tylko wskazała drogę.
Piotr leżał w czteroosobowej sali, ale inne łóżka były puste. Przykryty po pas, ręce na kołdrze. Wychudzony, szary na twarzy, z cieniami pod oczami. Przy łóżku kubek po herbacie i telefon.
Zobaczył ją i coś na twarzy mu się rozluźniło. Nie ucieszył się, prędzej uspokoił, jak ktoś, kto czekał i doczekał się.
Weroniko powiedział.
Cześć odpowiedziała i położyła na stoliku torebkę z jabłkami i wodą mineralną. Nie dla przyjemności, po prostu nie wypadało przychodzić do szpitala z pustymi rękami.
Nie usiadła przy łóżku. Usiadła na krześle pod oknem.
Boli? zapytała.
Da się wytrzymać. Tabletki podają. Zamilkł. Przyszłaś.
Przyszłam.
Mama mówiła, iż były u ciebie.
Tak.
Spojrzał w sufit, potem znów na nią.
Myślałem, iż nie przyjdziesz.
Sama tak myślałam.
Za oknem szeleścił deszcz. Listopad już doganiał październik.
Karolina wyjechała powiedział cicho Piotr.
Wiem.
To tak, jak w filmie. Grzmot, mężczyzna się żegna z życiem. Za późno.
Weronika milczała. Nie miała zamiaru go żałować ani dobijać. Po prostu patrzyła na człowieka, z którym spędziła osiemnaście lat, urodziła syna, jeździła co lato na działkę, kłóciła się o pieniądze i godziła, i wierzyła, iż to właśnie jest życie.
Weroniko odezwał się ciszej, miękko, tonem, którego używał chcąc czegoś od niej. Rozpoznała ten głos natychmiast i odruchowo się wycofała. Długo leżąc, można wiele przemyśleć. Zrozumiałem, iż byłem głupi. Że wszystko, co miałem prawdziwego, to ty. Dom, rodzina. Karolina… machnął ręką sama rozumiesz. Nie proszę o wybaczenie, wiem, iż za późno. Ale jesteś najbliższą osobą, którą mam.
Weronika słuchała i widziała te słowa jak cegiełki stawiane w rządku. Najbliższa. Najważniejsza. Zrozumiałem. Byłem głupi. Jesteś jedyna. To słowa, które miały sprawić, by zgodziła się wrócić. Nie dla niej, nie żeby naprawić prawdę. Dla wygody by ktoś przyszedł, podłączył kroplówkę, rozmawiał z lekarzem, przyniósł obiad z domu i robił to, co Weronika potrafi najlepiej.
Tak czasem wyglądają relacje po rozwodzie. Nie tragicznie, nie pięknie. Po prostu. Znaleźli cię, gdy zrobiło się ciężko. Nie z miłości, bo wygodnie.
Piotrze powiedziała cieszę się, iż żyjesz. Naprawdę. I iż operacja się udała. Ale nie wrócę. Ani opiekować się, ani tak po prostu. Jesteśmy po rozwodzie.
Wiem…
Pozwól dokończyć.
Zamilkł. Był przyzwyczajony, iż go przerywała. Teraz, zdaje się, był zaskoczony.
Załatwię opiekunkę. Profesjonalną. Zapłacę za pierwszy miesiąc, bo pewnie sam teraz nie jesteś w stanie. Ale to wszystko. I jeszcze jedno. Wyjęła z torby teczkę, długo jej szukała. Tu są dokumenty. Wciąż nie skończyliśmy podziału majątku. Zwlekałeś. Ja też, nie chciałam tego znów rozgrzebywać. Ale teraz proszę o podpis.
Piotr patrzył na teczkę.
Jesteś poważna.
Bardzo.
Leżę po operacji, a ty z papierami
Tak. Bo jutro możesz powiedzieć, iż byłeś w szoku. Albo prawnik stwierdzi, iż podpis pod presją. Teraz jesteś przytomny; lekarz to potwierdzi.
Spojrzał na nią długo. Odwzajemniła spojrzenie.
Zmieniłaś się powiedział.
Tak.
Wcześniej byś tak nie umiała.
Może i nie.
Wziął teczkę, przejrzał, podała mu długopis.
Wtedy weszła lekarz. Mężczyzna około czterdziestki, w szarym kitlu, z dokumentami pod pachą. Spokojna, lekko zmęczona twarz człowieka, który do dawna nie udaje pogody, której nie czuje.
Dzień dobry powiedział i spojrzał na Weronikę z pytaniem w oczach, uprzejmie, bez natarczywości. Andrzej Zieliński, lekarz prowadzący.
Weronika przedstawiła się.
Jest pani
Była żona powtórzyła. Już drugi raz tego dnia. Przyzwyczajała się.
Andrzej Zieliński skinął głową, jakby to była informacja naturalna, i zwrócił się do pacjenta.
Panie Piotrze, jak minęła noc?
W porządku. Udało się spać.
Dobrze. Zanotował coś. Dzisiaj spróbujemy trochę podnieść zagłówek, zobaczymy, jak organizm zareaguje. Wszystko zależy od rehabilitacji, na razie jest dobrze.
Panie doktorze odezwała się Weronika czy mogę na chwilę na korytarz?
Wyszli. Weronika cicho przymknęła drzwi.
Chciałabym załatwić profesjonalną opiekunkę. Jakie wymagania, co powinna umieć? Co z wyposażenia trzeba dokupić?
Lekarz spojrzał na nią uważnie.
Pani sama nie będzie się opiekować?
Nie.
To dobre wyjście. Proszę się nie obrażać, ale rodzina zajmująca się chorym z poczucia winy czy obowiązku to zupełnie inna historia. Pacjent potrzebuje spokoju i fachowej pomocy. Profesjonalna opiekunka to gwarantuje. Rodzina zwykle nie.
Weronika zerknęła na niego.
Każdemu tak pan mówi?
Tym, którzy pytają.
Prawie się uśmiechnęła. Prawie.
Proszę wszystko wypisać poprosiła i sięgnęła po telefon.
Podyktował, zapisała. Podsunął jeszcze adresy pośredników. Weronika podziękowała.
Jedno dodam rzucił, kiedy miała już wracać ma duże szanse, by wrócić do sprawności. Nie pozostało stary, operacja się udała. Może za pół roku stanie na nogi. Ale to nie pewnik ani nic szybkiego.
Rozumiem.
Ważne, by on sam rozumiał.
Wróciła do sali. Piotr trzymał teczkę zamkniętą na brzuchu, długopis leżał obok.
Podpiszesz?
Spoglądał w sufit.
jeżeli powiem, iż chcę się zastanowić?
Piotrze.
Dobrze, podpiszę. I tak postawisz na swoim. Teraz jesteś inna.
Zawsze taka byłam. Tylko wcześniej się z tym kryłam. Sama nie wiem czemu.
Podpisał na wszystkich stronach. Weronika wsunęła dokumenty.
Opiekunkę załatwię do końca tygodnia zapowiedziała. Zadzwonię do Sylwii, powiem jej. Przeleję pieniądze agencji za pierwszy miesiąc. Potem już sami sobie poradzicie.
Weroniko kiedy zamykała torebkę.
Tak?
Dziękuję, iż przyszłaś.
Spojrzała na niego długo. Nie z żalem i nie ze złością. Tak po prostu, jak na coś, co dawniej było częścią życia, a teraz już nie jest.
Zdrowiej powiedziała.
Wyszła.
Na korytarzu zatrzymała się przy oknie. Na podwórku kilka drzew bez liści, ławka, mokra od deszczu. Starszy mężczyzna w szlafroku siedział na niej i patrzył gdzieś daleko, choć nie było na co. Po prostu siedział.
Weronika też głęboko odetchnęła.
Coś ją puściło. Nie wszystko, ale coś ważnego. Jakby ciężką torbę postawiła na podłodze. Nie wyrzuciła, tylko odstawiła, spokojnie. Wyprostowała się.
Jak puścić przeszłość napisałaby w pamiętniku. Nie wiem. Ale to nie dzieje się w jednej chwili. To setki małych kroków. Jeden właśnie został zrobiony.
Opiekunka znalazła się w dwa dni przez agencję. Gospodarna kobieta po pięćdziesiątce, Halina spokojna, rzeczowa, z grubą teczką referencji. Spotkały się z Weroniką w kawiarni obok szpitala. Halina zadawała rzeczowe pytania o pacjenta, o skłonność do depresji, o rodzinę.
Bliscy często bardziej przeszkadzają niż pomagają uśmiechnęła się Halina. To nie ich wina. Tak bywa.
Wiem potwierdziła Weronika.
Omówiły szczegóły, Weronika przelała pieniądze, zadzwoniła do Sylwii. Sylwia próbowała protestować, iż Piotr chce przede wszystkim bliskich, ale Weronika przerwała jej łagodnie, choć stanowczo, zaskakując samą siebie. Kiedyś nie przerywała wcale albo od razu z nerwami. Teraz spokojnie.
Sylwio, możesz przychodzić codziennie, jeżeli chcesz. Halina ci nie przeszkodzi. Ale ja nie wrócę. Mam swoje życie i nie muszę go dostosowywać do cudzych okoliczności.
Sylwia zamilkła, po chwili tylko:
Dobrze.
Po prostu dobrze. Bez wyrzutów, łez. Może sama miała już dość. Może czuła, iż Weronika ma rację.
Ludmiła zadzwoniła po tygodniu. Inny głos, starszy, cichszy.
Weroniko, Halinka jest w porządku, Piotr ją akceptuje. Dziękuję, iż zajęłaś się tym.
Nie ma sprawy, pani Ludmiło.
Zupełnie nie znikaj. Czasem zadzwoń.
Weronika milczała. Stała w pracowni, jak zwykle. Jak puścić przeszłość gdyby ktoś spytał, powiedziałaby: po prostu żyj dalej. Nie heroicznie, nie na pokaz. Po prostu. Wstawaj rano, idź do pracy, rób, co umiesz i co lubisz. Toksyczni bliscy i byli mężowie nie znikają całkiem. Przestają tylko być najważniejsi.
Zima przyszła wtedy wcześnie. W listopadzie sypnęło śniegiem, i Weronika nagle odkryła, iż zima jej się podoba. Kiedyś choćby się nad tym nie zastanawiała Piotr wciąż narzekał na mróz, na artretyzm, wymagał herbaty o określonej porze. Teraz mogła po prostu patrzeć na śnieg i myśleć: ładnie.
W grudniu przyszło więcej zamówień: bukiety świąteczne, prezenty, noworoczne kompozycje. Zatrudniła pomocnicę, Olę, dwadzieścia trzy lata, studentkę zaoczną, pogodną, nieco rozkojarzoną, ale gwałtownie się uczącą. Miały dobry kontakt. Weronika uczyła ją patrzeć na kwiaty nie jak na towar, tylko jak na materiał dla artysty. Ola słuchała z uwagą i czasem wymyślała takie bukiety, iż Weronika była w szoku.
Skąd to wymyślasz? spytała raz.
Patrzę na człowieka i myślę, do jakiego kwiatu jest podobny. Albo do kogo kwiat jest.
Dobry sposób.
To pani mnie tak nauczyła. Sama mówiła pani, iż bukiet musi żyć.
Weronika nie pamiętała, by to mówiła, ale pewnie rzeczywiście.
Styczeń, luty. Życie toczyło się swoim rytmem. Weronika zapisała się na kurs florystyki, choć Ola przekonywała, iż jest już ekspertem. Weronika odpowiedziała, iż zawsze można się nauczyć czegoś nowego nie dlatego, iż musi, tylko iż chce. To było dla niej nowe. Wcześniej robiła rzeczy, bo trzeba.
Żyć dla siebie to brzmi trochę samolubnie, ale w rzeczywistości oznacza: zapis na kurs, wieczór z książką bez czyichś uwag, wyjazd na weekend do innego miasta, bo zawsze lubiła starą architekturę, choć nikt z nią jej nie dzielił.
W lutym zadzwoniła Sylwia. Piotr wraca do zdrowia. Staje na kule. Halina prowadzi rehabilitację spokojnie, bez zbędnych słów. Weronika szczerze się ucieszyła bez poczucia winy czy żalu. Po prostu dobrze, iż człowiek dochodzi do siebie. Tyle.
W marcu przyszła odwilż i pierwsze wiosenne bukiety: tulipany, hiacynty, anemony. To był czas, który Weronika uwielbiała: zima ustępuje, nadchodzi eksplozja barw, nowe życie.
Wtedy wszedł on.
Weronika stała przy stole i układała żółto-biały bukiet zamówiony na prezent: narcyzy, rumianki. Drzwi się otworzyły i wszedł mężczyzna. Nie podniosła od razu głowy była zajęta wstążką.
Dzień dobry powiedziała.
Dzień dobry odparł.
Głos rozpoznała szybciej niż twarz. Spokojny, nieco zmęczony.
Andrzej Zieliński stał przy wejściu, oglądał pracownię jak miejsce, które sobie wyobrażał, choć jest w nim po raz pierwszy. Bez fartucha, w ciemnym płaszczu, z szalikiem. Bez teczki historii chorób.
Pan? powiedziała.
Ja.
Chwila przerwy. Ola wyszła gdzieś, chyba po papier do pakowania. Byli sami.
Piotr jest w domu od dziesięciu dni, rehabilitację prowadzi ta sama opiekunka. Jest dobrze.
Wiem potwierdziła Weronika. Sylwia pisała.
Przechodziłem przypadkiem. A adekwatnie nie do końca przypadkiem. Uśmiechnął się, tym razem szczerze. adekwatnie, szczerze mówiąc, szedłem tutaj specjalnie. Zapamiętałem nazwę Gałązka. Znalazłem adres w internecie.
Weronika odłożyła wstążkę.
Chce pan kupić kwiaty?
Tak. I nie tylko.
Cisza. Pachniało hiacyntami i wilgotną ziemią.
Co dokładnie chciałby pan kupić? spytała.
Podszedł do stoiska z anemonami: fioletowe, bordowe, białe z czarnym środkiem.
Te, chyba. Trzy sztuki. Albo pięć. Ile lepiej?
Nieparzysta liczba. Trzy albo pięć. Dla kogo?
Jeszcze nie wiem. Spojrzał na nią ciepło. Może pani pomoże zdecydować.
Weronika wybrała trzy, potem dołożyła dwa ciemno-bordowe, niemal czarne w środku.
Pięć. Pasują razem.
Zwinęła bukiet; dłonie pracowały mechanicznie. Papier, wstążka.
Weroniko odezwał się Andrzej.
Słucham?
jeżeli mogę być szczery: chciałbym się z panią spotkać. Po prostu. Nie w szpitalu, nie w sprawie sprawy. Może w kawiarni, może w teatrze, jeżeli pani lubi. Albo na spacer, jak woli pani plener. Może to dziwnie brzmi, ale pomyślałem, iż dorośli mogą rozmawiać prosto z mostu.
Weronika podniosła wzrok.
Patrzył na nią spokojnie, bez presji. Jak ktoś, kto daje czas na decyzję.
Od kiedy pan to planuje?
Od trzech miesięcy. Od tego dnia na korytarzu, gdy prosiła pani o listę wymagań dla opiekunki.
Weronika przypomniała sobie szpitalny korytarz, okno, gołe drzewa.
Wtedy byłam jeszcze żoną. Formalnie.
Wiem. Dlatego czekałem.
Za szybą szalał marzec. Śniegu już prawie nie było, tylko brudne resztki, wróble kłóciły się o miejsce na ławce. Żółta latarnia świeciła mimo dnia, niespiesznie.
Nie wiem powiedziała Weronika.
Czego nie wie pani?
Nie wiem, jak to się robi. Byłam żoną osiemnaście lat, potem rok odzwyczajałam się od swojej przeszłości, od siebie samej. Trochę boję się, czy potrafię.
Szczerze mówiąc, ja też nie jestem pewien odpowiedział Rozwiodłem się sześć lat temu. Mam siedemnastoletnią córkę, mieszka z matką, mamy dobre relacje. Pracowałem, żeby nie myśleć. Potem zacząłem i myśleć. W końcu uznałem, iż może warto spróbować żyć.
Ola wróciła z papierem, zauważyła klienta, uśmiechnęła się.
Pani Weroniko, pomóc zapakować?
Nie, Olu, dziękuję.
Ola się wycofała.
Weronika podała bukiet Andrzejowi.
Ile się należy?
Chwileczkę.
Spojrzała na anemony w jego dłoni. Zawsze lubiła je za głęboką barwę. Nie krzyczały, ale i nie kryły się.
I pomyślała nagle, iż całe to życie wokół kwiatów stwarzała sama. Uciekała tu przed bólem. I odnalazła coś własnego, prawdziwego. I teraz ktoś wchodzi do jej życia nie siłą, nie żądaniem. Po prostu trzyma anemony, czeka.
Dobrze powiedziała.
Uniósł brwi.
Dobrze, czyli?
Do teatru. Dawno nie byłam w teatrze.
Zaszczytnie się uśmiechnął.
Bardzo się cieszę.
Ale nie dziś. Dziś mam trzy zamówienia do zamknięcia.
Oczywiście. Może w piątek? Albo sobotę?
W sobotę.
Podała cenę. Zapłacił, schował resztę i nie spieszył się.
Weroniko, mogę zapytać?
Proszę.
Od kiedy zajmuje się pani kwiatami?
Pracownia od roku z hakiem. Same kwiaty całe życie. Wcześniej jako hobby.
Dobrze, gdy hobby zostaje pracą.
Owszem przytaknęła.
Wziął bukiet i ruszył do drzwi.
Do soboty, Weroniko.
Do soboty, panie Andrzeju.
Andrzej. Po prostu.
Do soboty, Andrzeju.
Drzwi cicho się zamknęły. Weronika patrzyła za nim szedł ulicą, mijał ławkę, wróble, które wciąż kłóciły się o swoje. Nie obejrzał się.
Z zaplecza natychmiast wysunęła się Ola.
Pani Weroniko, kto to był? zapytała niby mimochodem, ale oczy jej świeciły.
Klient.
Klient, z którym pani rozmawiała kwadrans?
Olu.
No co?
Idź zawiń te chryzantemy dla pani Marii. Przyjedzie o czwartej.
Ola odeszła zadowolona. Weronika wróciła do pracy. Ręce robiły swoje: papier, wiadra, pachniało hiacyntami.
Sobota. Za cztery dni. Cztery zwykłe dni, z zamówieniami, dostawami, pytaniami Oli i telefonem w sprawie piwonii. Niczym nie różniły się od innych dni tego spokojnego, wyczekanego roku.
Weronika nie koncentrowała się na sobocie. Po prostu pracowała. Czasem, gdy była sama, wspominała rozmowę: głos, anemony, do soboty, Andrzej
Dorośli mogą rozmawiać otwarcie.
Może rzeczywiście.
Nie wiedziała, co będzie w sobotę. Czy będą umieli siebie polubić, rozmawiać bez przeszłości i żalów. Wiedziała tylko jedno to ona teraz o tym decyduje. Ani teściowa, ani Piotr, ani poczucie obowiązku, ani strach przed samotnością. Ona.
To było nowe uczucie. Nie odurzające, raczej solidne, jak ziemia pod nogami po zimie, gdy wracasz na twardy asfalt.
W piątek wieczorem, gdy pracownia była już zamknięta, Weronika włożyła kilka anemonów do wazonu. Zostawiła je na parapecie, gdzie często stało coś tylko dla siebie, nie na sprzedaż.
Spojrzała na nie.
Dobrze trzymają się razem, powiedziała.
I to była prawda.
Zgasiła światło i wróciła do domu. Jutro sobota.
Sobota przyszła o ósmej z szarym niebem i zapachem kawy z ekspresu, który Weronika kupiła pół roku temu, a którego Piotr nigdy by nie zaakceptował, bo drogi i niepotrzebny. Niepotrzebny słowo życia małżeńskiego obok po co, muszę, wypada. Teraz można było po prostu myśleć: chcę. Lubię. Zrobię.
Piła kawę przy oknie, patrzyła na podwórko. Mokre dachy. Gołąb na gzymsie. Samochód omijający kałużę.
Telefon leżał na stole. Przyszła wiadomość. Nie przed chwilą, ale godzinę temu, jakby ktoś się zastanawiał:
Dzień dobry. Teatr o siódmej. Może zjemy coś przedtem? Albo jak pani woli. Andrzej.
Weronika przeczytała jeszcze raz. Uśmiechnęła się, widząc dobry zamiast dobrego.
Odpisała:
Dzień dobry. Chętnie. O szóstej?
Wysłała. Odłożyła telefon.
Dopiła kawę.
Za oknem trwał marzec. Kapało z dachów, wróbel przegonił gołębia z gzymsu. Miasto budziło się, obojętne na czyjąś sobotę czy pierwszy krok. Miasto nigdy nie zauważa ważnych decyzji ludzi. Po prostu istnieje.
Telefon mrugnął. Jedno słowo:
Dobrze.
Weronika wstała, wrzuciła filiżankę do zlewu. Założyła fartuch, bo do wieczora było jeszcze osiem godzin, a kwiaciarnia sama się nie otworzy. Wzięła klucze.
W drzwiach jeszcze się odwróciła. Małe mieszkanie, jasne, z anemonami w kubku na parapecie wzięła je wczoraj z pracowni dla siebie. Jej mieszkanie. Jej ekspres. Jej kwiaty. Jej sobota.
Wyszła.
Drzwi zamknęły się cicho. Tak się zamyka to, co rzeczywiście zamknięte.
Andrzej już czekał pod kawiarnią, gdy wyszła przed siódmą. Stał nieco z boku, trzymał telefon w dłoni, ale schował go, gdy ją zobaczył. Płaszcz, szalik, tym razem bez kwiatów.
Dobry wieczór przywitał się.
Dobry odpowiedziała Weronika.
Patrzyli na siebie kilka sekund, dorosłe osoby na mokrej ulicy, które przybyły tu, bo same tego chciały. Nie dlatego, iż muszą, nie z przymusu. Po prostu.
To co, wejdziemy?
Wejdźmy.
I weszli.




