Wracając do domu wcześniej niż zwykle, usłyszałem rozmowę żony z moją siostrą aż zamarłem
Zofia wróciła z przychodni wyjątkowo wcześnie lekarz się rozchorował, więc odwołano wizytę. Idealnie! Dawno nie miała takiego prezentu wolnego popołudnia, czasu by spokojnie ugotować obiad, a nie jak zwykle w pośpiechu.
Ostrożnie przekręciła klucz w zamku nie chciała budzić Edwarda, jeżeli drzemał po pracy. Ale on, jak się okazało, nie spał.
Głosy dobiegały z kuchni.
Nie mogę już tak dłużej, Lidka. Ukrywać wszystko w każdy weekend… to Edward, brzmiał jakoś zmęczony.
To co chcesz zrobić? Powiedzieć Zofii o wszystkim? odezwała się siostra, Lidia. Kiedy ona w ogóle przyszła?
Zofia znieruchomiała przy uchylonych drzwiach. Coś w niej drgnęło.
Jak Zosia się dowie, wszystko się rozsypie kontynuował mąż. Trzydzieści lat małżeństwa psu na budę.
Musisz podjąć decyzję głos Lidii był teraz twardszy czy będziesz jeździł tam do niej co sobotę.
Do niej?!
Jak mógłbym ją zostawić? Przecież jest zupełnie sama. Nikogo poza mną nie ma.
A żona? Masz ją czy nie masz?
Zofia chwyciła się futryny. Serce biło tak, jakby cały dom miał się rozlecieć.
Więc żadna wędka.
Więc nie jeździł z Nowakiem na Mazury.
Więc ma “tę inną”, do której jeździ w każdy weekend.
Wiesz, Lidka, jeżeli się dzisiaj przyznam znienawidzi mnie. Za oszustwo. A jeżeli nie, westchnął głęboko Edward sumienie mnie gryzie.
Sumienie! prychnęła Lidia. A wcześniej gdzie ono było?
Wtedy było łatwiej. Teraz jest coraz gorzej.
Może czas po prostu powiedzieć Zofii prawdę?
Zwariowałaś? przestraszył się Edward. Zabije mnie! Albo gorzej wyrzuci z domu. Gdzie ja pójdę mając sześćdziesiąt lat?
Zofia odsunęła się od drzwi.
Trzydzieści lat smażyła mu kotlety na ryby. Prasowała koszule, prała kalosze. Martwiła się, gdy późno wracał. A on jeździł do innej.
A Lidia wiedziała!
Rodzona siostra i milczy!
Boże.
Jak ona była ślepa.
Dobra powiedziała Lidia muszę już lecieć. Ale przemyśl to, bo długo tak nie pociągniesz. Kiedyś to wypłynie.
Wiem. Rozumiem.
Zofia usłyszała kroki i czym prędzej uciekła do łazienki.
Potrzebowała czasu.
Czasu na to, by poukładać wszystko w głowie.
Czasu, by zdecydować, co dalej.
Czasu, by zastanowić się, czy w ogóle jest sens żyć dalej.
Patrzyła w lustrze i nie rozpoznawała siebie. To ona Zofia Pietrzak, wzorowa żona?
Wzorowa idiotka raczej.
Wyszedłem do męża z twarzą jak zawsze. Siedział przy stole, przewracał strony Gazety Wyborczej. Tak zwyczajny, domowy.
O, Zosieńka! ucieszył się fałszywie. Jesteś wcześnie.
Odwołali wizytę.
Lidia była. Przesyła pozdrowienia.
Kłamca. Co przesyłała, aż za dobrze wiem.
Kolacji chcesz? zapytała Zofia spokojnie.
Pewnie! Co na kolację?
Kotlety. Jak zwykle.
Minął tydzień piekieł. Zofia obserwowała każdy gest Edwarda, analizowała każde jego słowo. Widziała kłamstwo w każdym szczególe. Jak chowa telefon, jak się denerwuje w piątki, jak układa wędkarski sprzęt.
W sobotę rano nie wytrzymała.
Edward, pojedźmy razem na ryby zaproponowała niewinnie.
Pobladł.
Po co? Siedzisz tam jak trusia, nudzisz się.
Chcę spróbować. Może mi się spodoba.
Nie, nie, nie machał nerwowo rękami zimno, komary. Lepiej zostań w domu.
I pojechał. Z winą na twarzy.
A Zofia została sama z myślami, które gryzły ją od środka jak robaki.
W poniedziałek zdecydowała się na rozmowę z siostrą.
Lidka, musimy pogadać.
O czym? Lidia była ostrożna.
Tak po prostu. Dawno się nie widziałyśmy.
Spotkały się w kawiarni, na neutralnym gruncie. Lidia była wyraźnie zdenerwowana, obracała pierścionek na palcu.
Co słychać? zaczęła Zofia ostrożnie.
U mnie dobrze. U was?
Też dobrze. Edward coraz bardziej wariuje na punkcie wędkowania.
Siostra zakrztusiła się kawą.
Tak? Często jeździ?
W każdą sobotę. Totalny fanatyk.
Faceci już tacy są hobby.
A wiesz, gdzie dokładnie łowi?
Ja? Skąd mam wiedzieć?
Ale oczy latają. Kłamie.
Myślałam, żeby może pojechać razem. Zobaczyć, czemu tak ciągnie go ta cała wędkarska pasja.
Zosia, po co? Lidia nagle spoważniała. Daj mu święty spokój. Każdy powinien mieć swoją prywatność.
Prywatność! Już wiem, o czym mówi.
Lidka Zofia pochyliła się bliżej coś wiesz?
Nic nie wiem! ucięła siostra. I nie chcę wiedzieć. Tobie radzę to samo.
Wstała i wyszła.
Zostawiając Zofię z przekonaniem: siostra kryje Edwarda.
W domu Zofia postanowiła przeprowadzić śledztwo. Przeszukała kieszenie Edwarda, przejrzała portfel, zajrzała do samochodu.
I znalazła.
W schowku rachunki. Jakieś stałe przelewy. Jeden na pięć tysięcy złotych miesięcznie.
Prywatny Dom Opieki Nadzieja. Miasto Międzyzdroje.
Dom opieki?!
Nie działka, nie baza wędkarska. Dom opieki.
Zofia siedziała z rachunkiem w rękach i widziała, jak jej świat się rozpada. Dom opieki dla chorych, dla tych, którzy potrzebują opieki.
Czyli ma kogoś chorego. Kogoś, kogo utrzymuje. Kogo odwiedza w każdą sobotę.
Żona? Kochanka?
Nie spała całą noc. Przerabiała w myślach różne wersje. Wszystkie były fatalne.
Rano podjęła decyzję.
Sama pojedzie. Do tych Międzyzdrojów. Zobaczy własnymi oczami, co jej mąż ukrywa.
Wzięła urlop na piątek powiedziała, iż ma badania.
Podróż do Międzyzdrojów trwała trzy godziny. Trzy godziny nakręcania samej siebie. Trzy godziny wyobrażania najgorszego.
Dom Nadzieja okazał się niewielki, przytulny. Tabliczka: Dla osób niepełnosprawnych.
Niepełnosprawni.
Serce Zofii ścisnęło się ze strachu. Czy Edward ma niepełnosprawną osobę, o której nie wie?
Do kogo pani przyszła? zapytała pielęgniarka w rejestracji.
Chciałam zapytać, kto tu jest związany z Edwardem Pietrzakiem.
Jest pani rodziną?
Żona.
Pielęgniarka spojrzała w zeszyt.
Anna Pietrzak, pokój dwanaście. Proszę iść.
Pietrzak!
Ma jego nazwisko!
Zofia stała przed drzwiami pokoju numer dwanaście, nie mogąc się zmusić, by wejść. Za drzwiami kryła się prawda ta, której się bała, ale której szukała.
Anna Pietrzak.
Nosząca nazwisko jej męża.
Drżącą ręką nacisnęła klamkę.
Można?
W środku jasno, pachniało lekami i kwiatami. Przy oknie, na wózku, siedziała kobieta młoda, najwyżej trzydzieści pięć lat, ciemnowłosa, drobna.
I bardzo podobna do Edwarda.
Do mnie pani przyszła? zdziwiła się cicho. Głos słaby, ale miły.
Tak. Jestem Zofia. Pani Anna?
Tak. Znamy się?
Znają się? Jak na to odpowiedzieć?
Jestem żoną Edwarda Pietrzaka.
Twarz Anny zmieniła się natychmiast. Zbladła, oczy się powiększyły.
O Boże wyszeptała. Już pani wszystko wie?
Teraz już wiem podeszła bliżej Zofia. Proszę mi opowiedzieć.
Nie mogę, tata prosił, żeby nikomu nie mówić.
Tata.
Zofii ugięły się nogi. Usiadła na krześle przy łóżku.
On jest pani ojcem?
Tak Anna płakała. Przepraszam, nie chciałam, on mówił, iż nie mają państwo dzieci, i będzie pani bardzo cierpieć, jeżeli dowie się o mnie.
Proszę Zofia podniosła rękę zacznijmy od początku. Ile pani ma lat?
Trzydzieści cztery.
Trzydzieści cztery! Czyli urodziła się rok przed ich ślubem. Edward był z kimś innym.
A mama pani?
Mama zmarła dwa lata temu na raka Anna otarła łzy Tata cały czas nam pomagał. Przesyłał pieniądze, odwiedzał. Po śmierci mamy umieścił mnie tu. Mam mózgowe porażenie dziecięce, nie jestem w stanie mieszkać sama.
Zofia milczała. Próbowała to wszystko przetrawić.
Jej mąż miał córkę. Chorą córkę, którą utrzymywał. O której nie wiedziała przez trzydzieści lat.
Tata jest dobry mówiła dalej Anna przez łzy przyjeżdża co sobotę. Przywozi jedzenie, lekarstwa. Opowiada o pani. Mówi, iż jest pani wspaniałą żoną.
Opowiada o mnie?
Tak. Bardzo panią kocha. Wciąż powtarza: Moja Zosieńka, Zosieńka. Mówi, iż jest pani najlepszą żoną na świecie.
Zofia gorzko się roześmiała.
Najlepsza żona, którą okłamuje od trzydziestu lat.
Nie okłamuje! zawołała Anna. Tylko się boi! Boi się, iż pani go zostawi, jak się dowie. Bo jestem inna, chora. Ciężar.
Nie jest pani ciężarem.
Dla wielu jestem. Mama mówiła, lepiej, żebyś się nie urodziła. Ale tata nigdy. On mówił, iż jestem jego córeczką i to jego obowiązek.
Zapukała pielęgniarka. Weszła.
Aniu, goście! Jak miło dostrzegła mnie. Co się stało?
Wszystko w porządku, pani Jadwiga. To ciocia Zofia.
Ciocia Zofia.
O! ucieszyła się pielęgniarka. Wreszcie się poznaliście. Edward Pietrzak tyle o pani mówił! Że jest pani serdeczna i wyrozumiała.
Serdeczna i wyrozumiała! A ja tu podejrzewałem zdradę
Pielęgniarka opuściła salę, zostaliśmy sami.
Opowie mi pani o mamie? poprosiła Zofia.
Mama była piękna. Tata spotykał się z nią zanim poznał panią. Kiedy się okazało, iż jestem chora, mama powiedziała, iż nie chce takiej rodziny, oddała wolność tacie. Powiedziała: Idź do zdrowej kobiety. Do pani.
I odszedł?
Chciał zostać. Ożenić się z mamą. Ale nie pozwoliła. Uznała, iż nie chce mężczyzny z litości. jeżeli kocha inną, niech odejdzie.
A potem?
Potem był z panią. Ale nas nie zostawił. Pomagał. Gdy podrosłam, zaczął odwiedzać. Mama się zgodziła pod warunkiem, iż pani się nie dowie. Bała się, iż przez nas rozpadnie się wasza rodzina.
Zofia siedziała pogrążona w myślach. Całe życie zazdrościła innym dzieci. Płakała, gdy kolejne leczenie nie przynosiło efektów. Tymczasem jej mąż cały czas miał córkę.
Dlaczego mi nie powiedział? wyszeptała.
Bał się. Wiedział, iż pani tak pragnęła dziecka. A tu nagle okazuje się, iż on już ma dziecko chore. Obawiał się, iż pani go znienawidzi.
Za co?
Za to, iż kłamał. Za to, iż wydawał pieniądze na mnie, zamiast na wasze dzieci. Za to, iż zabierał czas.
Anna umilkła, potem dodała bardzo cicho:
Bardzo się tym wszystkim dręczy. Za każdym razem, jak przyjeżdża, powtarza Jak powiedzieć Zosi? Może zrozumie? Zawsze mu mówię: Może pani zrozumie?
Usłyszała kroki na korytarzu. Ciężkie, powolne.
Edward.
O nie szepnęła Anna nie wie, iż pani tu jest!
Kroki coraz bliżej.
Cześć, córeczko! rozległ się głos męża zza drzwi.
Odwróciłam się.
W drzwiach stał Edward z bukietem kwiatów i z torbą zakupów. Zobaczył mnie i torba wypadła mu z rąk.
Zosia? szepnął. Skąd się tutaj wzięłaś?
Przyjechałam poznać córkę powiedziałem spokojnie.
Edward pobladł, oparł się o drzwi.
Skąd się dowiedziałaś?
Sam sobie winien. Fatalny z ciebie konspirator.
Wszedł do sali, zamknął drzwi. Usiadł, ciężko.
No to koniec powiedział. Teraz już wszystko wiesz.
Teraz już wiem.
Teraz mnie nienawidzisz?
Patrzyłam na niego, a później na Annę.
Jeszcze nie wiem. Staram się sobie wszystko poukładać.
Co tu porządkować? Oszukiwałem trzydzieści lat. Kreowałem się na wędkarza. Wydawałem pieniądze z domu.
Tato, nie! wtrąciła się Anna Ciociu Zosiu, on jest dobry! Po prostu się bał!
Podszedłem do okna.
Na zewnątrz zwykły dziedziniec. Drzewa, ławki, alejki. Zwyczajne życie.
A tu wszystko się wali i układa od nowa.
Muszę się zastanowić powiedziałem w końcu.
Zofia przez trzy dni nie rozmawiała z Edwardem. W ogóle. Chodził po domu jak cień, próbował zagadać milczała. Gotowała, sprzątała, ale jakby go nie było.
Myślała.
Myślała o tym, iż trzydzieści lat żyła w niewiedzy. Że ma pasierbicę. Że mąż bał się prawdy bardziej niż kłamstwa.
W środę wieczorem nie wytrzymała.
Siadaj powiedziała do Edwarda. Musimy pogadać.
Usiadł naprzeciw, ręce na stole. Czekał na wyrok.
Byłam u Anny jeszcze raz zaczęła Zofia. Długo rozmawiałyśmy.
I?
I doszło do mnie coś bardzo ważnego. Jesteś głupi, Edwardzie.
Zadrżał.
Głupi, bo myślałeś, iż odrzucę chore dziecko. Głupi, iż trzydzieści lat się męczyłeś w samotności, zamiast razem.
Zosiu…
Cicho. Jeszcze nie skończyłam wstała, chodziła po kuchni. Myślałeś, iż jestem taką jędzą, iż rzucę cię przez chore dziecko. Myślałeś, iż jestem taka małostkowa
Nie! Po prostu bałem się cię stracić!
I omal mnie nie straciłeś naprawdę.
Edward spuścił głowę.
Przepraszam. Wiem, iż nie zasługuję na przebaczenie. Ale przepraszam.
Wstań.
Wstał.
Jutro jedziemy do Anny. Razem. Chcę pogadać z lekarzami, czy można ją przenieść do nas.
Edward zamrugał.
Słucham?
Słyszałeś. jeżeli jest moją córką a jest nią to musi być blisko rodziny.
Ale ona wymaga opieki
Zatrudnimy opiekunkę. Zorganizujemy jej pokój. Poradzimy sobie. Zofia wzięła męża za ręce. Wiesz, czego pragnęłam całe życie?
Dziecka.
Rodziny. Prawdziwej rodziny. Teraz mam ją. Z głupim mężem, z wyjątkową córką ale rodzinę.
Edward rozpłakał się. Pierwszy raz Zofia widziała jego łzy.
Naprawdę? Przyjmiesz ją?
Już przyjęłam. Wczoraj kupiłam jej piżamę i szampon. Jutro zawieziemy.
Przytulił ją mocno.
Nie zasługuję na ciebie.
Nie zasługujesz przyznała Zofia ale będziesz musiał to znosić. Tylko jedno: koniec z kłamstwami. Nigdy więcej.
Obiecuję.
I jeszcze jedno. Chcę, żeby Anna mówiła do mnie mamo. Skoro mam być matką to pełnoprawną.
Miesiąc później Anna zamieszkała z nimi. W zajętej dawnej schowku małym, ale jasnym pokoiku. Zofia sama wybierała tapetę, firany, narzutę.
Mamo powiedziała Anna pierwszego wieczoru czy pani jest pewna? Przecież jestem ciężarem
Powiesz to słowo jeszcze raz obiecuję, dostaniesz kawałek sznura zagroziła Zofia. Nie jesteś ciężarem. Jesteś moją córką. Kropka.
A wieczorem, kiedy Anna spała, siedziałem z Zofią w kuchni i piliśmy herbatę.
Wiesz powiedziała dopiero się zaczyna prawdziwe życie.
Po sześćdziesiątce?
Właśnie. Teraz jesteśmy rodziną. Już nie tylko mąż i żona, którzy powoli nudzą się razem. Teraz jesteśmy rodzicami. Mamy córkę, którą trzeba podnieść jak najwyżej.
Edward skinął głową.
Dziękuję ci.
Nie dziękuj. Po prostu nigdy więcej przede mną się nie bój.
Nie będę.
Z pokoju Anny dochodził cichy śmiech oglądała komedię na tablecie.
I to był najpiękniejszy dźwięk świata.












