Wiera wraca do domu, niosąc ciężkie siatki z zakupami. Myśli tylko o tym, iż musi przygotować kolację, nakarmić chłopców i jeszcze odrobić z młodszym lekcje.
Jeszcze z daleka zauważa przed ich blokiem karetkę. Serce jej przyspiesza jej mąż ostatnio źle się czuł. Czy aż tak źle, iż musieli wezwać pogotowie?
Państwo do piętnastego mieszkania? pyta drżącym ze zdenerwowania głosem kierowcę.
Nie, do czternastego, jakaś starsza pani się źle poczuła odpowiada mężczyzna.
Uldze Wierze nie ma końca. Czyli jednak nie do nich. Do sąsiadki, pani Niny Aleksandry ona też ma już swoje lata, niemal osiemdziesiąt, i mieszka zupełnie sama.
Ojej, przecież pani Nina ma kotkę jeżeli ją zabiorą do szpitala, trzeba będzie się nią zaopiekować, rozmyśla Wiera, wspinając się po schodach.
Przy drzwiach sąsiadki panuje poruszenie. Otwarta na oścież klatka, nosze, jej mąż Piotr pomaga sanitariuszowi prowadzić starszą kobietę.
Zaraz jeszcze kierowca pójdzie, razem damy radę mówi ratownik.
Gdy Nina Aleksandra dostrzega Wierę, uśmiecha się z ulgą:
Weroniko, właśnie zabierają mnie do szpitala. Zostawię ci klucze, zajmij się proszę moją Misią. Karma stoi na kuchennym stole, kuwetę ma, nie brzydź się, tylko raz dziennie zmień. Mam nadzieję, iż do Sylwestra wrócę mówi, wręczając Weronice klucze.
Oczywiście, proszę się nie martwić, dopilnuję kotki! zapewnia Weronika, kładąc rękę na dłoniach sąsiadki.
Proszę się położyć, nie można się teraz ruszać upomina ją ratownik. O, mamy jeszcze jednego pomocnika. Idziemy…
Poczekajcie mówi Nina Aleksandra. Weroniko, mam jeszcze jedną prośbę. Na szafce w korytarzu leży karteczka z numerem telefonu. jeżeli coś złego mi się stanie, zadzwoń tam, to moja córka, Sylwia. Jesteśmy pokłócone, nie odzywamy się od lat…
Weronika zapewnia, iż wszystko będzie w porządku, a gdy sąsiadkę zabierają, bierze karteczkę z numerem, sprawdza jak Misia znosi samotność i zamyka mieszkanie.
Wyobrażasz sobie, tak długo mieszkamy na jednym piętrze, a nie wiedziałam, iż pani Nina ma córkę mówi mężowi, gdy wraca do domu.
Ja też. Nigdy nie widziałem u niej nikogo z rodziny odpowiada Piotr. Będziemy w końcu dzisiaj jeść?
Weronika łapie się za głowę i rzuca w wir domowych obowiązków. Gdy chłopcy kładą się spać, przypomina sobie o córce sąsiadki. Trzymając w ręku wyrwaną z notesu kartkę z numerem, zamyśla się.
Spogląda na zegarek za późno, żeby dzwonić. choćby o ile połączyłaby się z Sylwią, do szpitala i tak jej nie wpuszczą.
Następnego dnia Weronika wraca do mieszkania Niny Aleksandry, żeby sprawdzić, jak ma się Misia. Najedzona kotka wskakuje jej na kolana i mruczy, a Weronika nie wie, czy powinna dzwonić z wiadomością do Sylwii.
Decyduje się w końcu:
Halo, Sylwio? mówi, gdy słyszy w słuchawce kobiecy głos. Jestem sąsiadką pani Niny Aleksandry. Wczoraj karetka zabrała pani mamę do szpitala. Może by ją pani odwiedziła?
Nic mnie już nie obchodzi ta kobieta odpowiada oschle Sylwia. Od lat nie mam matki.
Pani chyba nie jest poważna! wzburza się Weronika. Cokolwiek między wami się stało, może już nigdy nie wrócić do domu. Tak się pani na nią obraziła, iż choćby nie chce jej pani zobaczyć?
To nie pani sprawa! Sylwia choćby się nie wzrusza.
Jest pani bez serca! Gdybym mogła swoją mamę zobaczyć choć na chwilę, oddałabym za to pół życia. Uwierzy pani, człowiek to dopiero rozumie, gdy mamy zabraknie. Ja opiekowałam się swoją schorowaną sześć lat!
Było czasem bardzo ciężko przyznaję się pani szczerze. Opieka nad leżącym to nie żarty. Ale teraz, po niemal dziesięciu latach bez niej, oddałabym wszystko, by była, choćby niewładna
Weronika rozłącza się podenerwowana.
No i co, Misiu zwraca się do kotki. o ile twoja pani nie wyzdrowieje, zostaniesz u nas. Mam nadzieję, iż dogadasz się z naszym Borysem. Dzwoniłam dziś do szpitala, Ninie Aleksandrze wcale się nie polepsza
Zbliża się Sylwester. Weronika z Piotrem wracają z zakupów. Piotr niesie pachnącą choinkę.
Przytrzymajcie nam drzwi, proszę! Weronika woła do dwóch kobiet wchodzących do klatki, a potem zwraca się do męża:
Piotrze, szybciej!
Mąż przyspiesza z rozłożystą choinką.
Nagle Weronika rzuca spojrzenie na wchodzące kobiety i zamiera z zaskoczenia.
Ojej, pani już wróciła?! wykrzykuje. Pani Nino, wypisali panią ze szpitala?
Tak, poprosiłam, poczułam się lepiej, chcieli puścić mnie do domu na święta. Poznajcie się: to Sylwia moja córka! Nina Aleksandra promienieje szczęściem.
My się już znamy, choć tylko przez telefon! śmieje się Sylwia.
Cała gromadka wspólnie idzie do mieszkań. Sylwia troskliwie prowadzi mamę pod ramię, a potem szepcze Weronice:
Dziękuję, iż pomogła mi pani otworzyć oczy. Mogę z panią później chwilę porozmawiać?
Oczywiście kiwa zaskoczona Weronika.
Po pół godzinie Sylwia pojawia się w drzwiach Weroniki z ciastem. Przy herbacie opowiada:
Z mamą pokłóciłyśmy się dziesięć lat temu choćby już nie pamiętam dokładnie, o co. Była nauczycielką, zawsze mnie pouczała, a wtedy znowu zaczęła i wybuchłam. Obraziłyśmy się na siebie przez rok nie rozmawiałyśmy wcale, potem tylko składaliśmy sobie życzenia przez telefon.
Powiedziałam jej wtedy rzeczy, których dziś żałuję A po pani telefonie, najpierw poczułam ulgę potem, kiedy opowiedziała mi pani o swojej mamie, przestraszyłam się. Gdyby jej zabrakło, dzieciństwo skończy się bezpowrotnie, a ja zostanę zupełnie sama na świecie…
Opowiada, iż dwa dni myślała nad słowami Weroniki, a w końcu odważyła się odwiedzić matkę w szpitalu.
Nie uwierzy pani, po tej wizycie mama prawie natychmiast zaczęła czuć się lepiej. Już nigdy jej nie zostawię! Sylwia żegna się ciepło i biegnie do mamy.
Co ty jej powiedziałaś? dziwi się Piotr, gdy zostają sami.
Powiedziałam prawdę Tylko prawda czasem potrafi komuś otworzyć oczy. To co, kochany, zadzwonisz dziś do swojej mamy? Może jednak weźmiemy nasze ciasta i spędzimy Sylwestra u niej? Bo w końcu już tylko jedna mama nam została…








