PATRZĄC W PRÓŻNIĘ
Dawid i Kinga pobrali się, gdy mieli po dziewiętnaście lat. Nie mogli żyć ani oddychać bez siebie nawzajem. Ich miłość była jak burza, gwałtowna i nieposkromiona. Ich rodzice nie zwlekali, od razu zadecydowali, iż trzeba zalegalizować ten związek, żeby nie było później żadnych kłopotów…
Wesele urządzili huczne i niezapomniane. Na masce samochodu biała lalka, wszędzie kwiaty, sztuczne ognie, suto zastawione stoły w sali weselnej, a goście wykrzykiwali: Gorzko!…
Rodzice Kingi nie dołożyli się do wesela ledwo wiązali koniec z końcem. Starczało ledwo na jedzenie i… trochę wódki. Koszty wzięła na siebie mama pana młodego. Nazywała się Aleksandra Mazur. Wszyscy mówili na nią Sława, bo Aleksandra Mazur według niej brzmiało zbyt poważnie.
Sława wielokrotnie próbowała odwieść syna od związku z dziewczyną z domu, gdzie rodzice zaglądają do kieliszka za często. Ale Dawid ją przekonywał, iż Kinga nie powtórzy błędów swoich rodziców. Mówił, iż ich miłość jest silniejsza od wszystkiego, choćby od złych genów.
Sława ostrzegała go:
Synku, z wierzby nie wyrosną gruszki. Pamiętaj, żeby twoja miłość nie była krótsza niż wróble piórko…
Dawid i Kinga byli pewni, iż mają przed sobą niekończące się szczęście. Świat wydawał się być u ich stóp. Jednak życie miało inne plany.
Na nową drogę życia Sława z mężem podarowali młodym mieszkanie. Mieszkajcie, dzieci, i cieszcie się sobą!
Na początku było spokojnie, szczęście wydawało się prawdziwe. Kinga urodziła dwie córki: Tosię i Zosię. Dawid kochał je ponad wszystko, czuł się w domu jak król.
Nie minęło choćby pięć lat, gdy Kinga zaczęła znikać na całe noce. Coraz częściej wracała pachnąc wódką. Dawid prosił o jakieś wyjaśnienia. Najpierw milczała, potem ryknęła, iż nigdy go nie kochała, to była tylko młodzieńcza fascynacja.
Teraz, twierdziła Kinga, w końcu poznała prawdziwego mężczyznę i odchodzi do niego, choć wiedziała, iż ten facet ma już żonę i trójkę dzieci. Dawid osłupiał. Świat runął. Czuł się zdradzony i upokorzony.
Kinga uciekła ze swoim nowym ukochanym na wieś pod Łomżę. Mawiała, iż z ukochanym choćby w chlewie będzie raj, a z nielubianym i w pałacu za ciasno.
Dzieci zostały pozostawione same sobie.
Sława była energiczna i sprytna podjąć się czegokolwiek nie było dla niej problemem. Zabrała dziewczynki do siebie, razem z mężem rozpieszczali wnuczki i otaczali je miłością.
Dawid, pogubiony bez żony i nadziei, wstąpił za namową kolegi do religijnej sekty. Tam niedługo ożenili go z wdową, Iwoną, która miała dwóch synów. Po jakimś czasie wzięli ślub podług zasad tej wspólnoty.
Dawid dla córek nie miał już czasu. Iwona gwałtownie wypełniła jego życie własnymi problemami zawsze było coś do zrobienia. Na jakiekolwiek wspomnienie o Tosi i Zosi odpowiadała:
Dawidku, przecież one mają matkę. Niech ona się nimi zajmie. A ty zaprowadź Olka do szkoły, a jedzmy z Wackiem
Dawid wykonywał wszystko bez mrugnięcia okiem. Wciąż myślał o Kindze, ale wiedział, iż te drzwi są zamknięte.
Minęło siedem lat, kiedy nagle do Sławy przyszła Kinga. Trzymała za rękę małą dziewczynkę, na oko czteroletnią.
Sława przeszyła byłą synową wzrokiem:
No, Kinga, życie cię wymęczyło. Ledwo poznaję. To twoja córeczka? nie mogła się powstrzymać od kąśliwej uwagi.
Tak, córka Marysia. Możemy tu trochę pomieszkać? zapytała nieśmiało Kinga, kręcąc się z nogi na nogę.
Nie spodziewałam się takich gości. Wyrzucili cię? wypytywała Sława.
Odeszłam sama, nie mam już sił, bije mnie, pije na umór… żaliła się Kinga.
Sama sobie go wybrałaś, nikt cię nie zmuszał. A czemu do swoich rodziców nie poszłaś? złośliwie spytała Sława.
Zatęskniłam za córkami. Chciałam je zobaczyć, choćby na chwilę odważyła się Kinga, wiedząc, iż była teściowa ma dobre serce.
Patrzcie państwo, nagle się o dzieciach przypomniało! Jesteś jak kukułka, Kinga! nie dawała za wygraną Sława.
Ale rozmowę przerwał dzwonek do drzwi. Przyszły dziewczynki. Tosia i Zosia były już nastolatkami. Spojrzały nieufnie na kobietę. Wiedziały dobrze, iż to ich matka, ale żadnych ciepłych uczuć nie czuły. Obrażone na nią, trudno im było wybaczyć. Babcia Sława często powtarzała, iż wnuczki są sierotami przy żyjących rodzicach.
Oczywiście, Sława przygarnęła Kingę z Marysią nie wyrzuciłaby ich przecież na ulicę.
Jednak po miesiącu Kinga zrobiła niespodziankę.
Zniknęła bez słowa.
Później wyszło na jaw, iż wróciła do wsi, do swojego słodkiego oprawcy. Marysię zostawiła u byłej teściowej. Sława i jej mąż zostali opiekunami trzech wnuczek. Dziewczynki kochały i współczuły babci i dziadkowi. W ich domu panowała czułość i szacunek.
Czas mijał nieubłaganie.
Lata przeleciały jak przez palce.
Babcia Sława, a po niej dziadek, odeszli na zawsze.
Tosia wyszła za mąż, ale jej małżeństwo było bezdzietne.
Zosia została sama, nie założyła rodziny.
Marysia urodziła dziecko w wieku siedemnastu lat i przeniosła się do matki na wieś.
…Młodość odeszła nie mówiąc żegnaj, starość przyszła nie mówiąc dzień dobry.
Kinga dawno już została sama jej partnera zabrali do miasta jego córki. Ciężko chorował i w końcu został inwalidą. Córki winiły Kingę, iż przez jej niedopilnowanie ojciec tak skończył. Na odchodne radziły jej tylko:
Zajmij się swoim życiem i nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy!
Wieś żyje plotkami, tam wszystko widać jak na dłoni ludzie mówili o Kindze pijaczka bez wstydu. Zła sława ją otaczała.
Dawid w końcu uciekł od Iwony i ledwo wydostał się ze szponów sekty. Został sam jak palec. Mieszkał w dawnym mieszkaniu matki, ledwo wiązał koniec z końcem, spał sam w zimnej pościeli. Przygarnął trzy koty żeby nie zwariować w tej samotności. To wszystko, co mu zostało z miłości…
A przecież kiedyś szczęście zapukało do drzwi Kingi i Dawida…






