Wolność i szczęście – życie według własnych zasad

twojacena.pl 2 dni temu

Wolne szczęście

Pawełek, zaczekaj! No, przestań już uciekać…

Paweł trochę zwolnił, obejrzał się przez ramię.

Za nim gwałtownie szła Agnieszka, szesnastoletnia dziewczyna w wysokich kozakach, spódniczce, krótkim białym kożuszku i chustce na głowie. Spod wełnianej chustki uciekały ciemnokasztanowe loki. Ten odcień świetnie podkreślał jej oczy zielono-piwne, roziskrzone, jakby zaraz miała się rozpłakać. To sprawiało, iż Agnieszka wyglądała na delikatną, kruchą, od razu chciało się ją chronić.

Dziewczyna co chwilę się poślizgiwała, drżała, ale nie zatrzymywała się.

Aga, nie biegnij! Uważaj, ślisko! zawołał Paweł surowo. W sumie Dobrze ci w biegu, masz rumiane policzki! Pięknie wyglądasz, dawno nie byłaś taka promienna. Zdrowiejesz nareszcie!

Agnieszka uśmiechnęła się, podeszła bliżej, Paweł podał jej dłoń, ona złapała go mocno, mrugnęła wesoło.

Po co tak biegłaś? spytał, odwracając się dookoła, po czym pochylił się i gwałtownie pocałował ją w policzek. Przecież twoja mama nie każe nam się spotykać, straszyła choćby pasem westchnął Marciniak.

Dziewczyna posmutniała, spuściła wzrok, zaczęła gnieść rączkę od tornistra. Jednak po chwilce znowu się rozpromieniła.

Pawle, no co ty, oni z tatą tylko straszą! Nic ci nie zrobią! Chodź dziś ze mną do kina, co? szepnęła nieśmiało. Weź, już bilety mam, zobacz!

Rozchyliła rękawiczkę, w środku dwie papierowe wejściówki.

Paweł swoimi dużymi dłońmi otulił jej cienką, smukłą dłoń, pogładził delikatne palce.

Kino? Hmmm… No nie wiem, mam trochę spraw jakby się ocknął, zmarszczył brwi. Agnieszka gwałtownie zabrała rękę, schowała ją do rękawiczki. Ale skoro zapraszasz, to pójdę! mruknął i zapytał:

Jaki film? Znowu jakaś miłość?

Nie, wojenny. Michał był, mówił, iż super! pokręciła głową dziewczyna. Ale sama się boję i koleżanki też nie chcą…

Michał? No to idź z nim, grzeczny jest, na pewno się zgodzi! prychnął Paweł i podniósł głowę z dumą. Skoro tak go lubisz, to…

Michał Kowalik był kolegą Agnieszki z klasy, typ mądrali, głodny wiedzy. Nie grał w piłkę, nie wygłupiał się, wciąż się uczył i… włóczył za Agnieszką. To drażniło Pawła, ale rywala z Michała nie miał, bo był za miękki na jej gust. Agnieszka Panek lubiła energicznych chłopaków, takich jak Paweł.

Tyle iż do rodziny Panków Pawłowi już nie było wstępu. Za to Michał był zawsze miło widziany przez panią Zofię, matkę Agnieszki zawsze uśmiechniętą, serdeczną…

Nikogo nie słucham! zirytowała się Agnieszka. Skoro ciebie zaprosiłam, to znaczy, iż nikt inny mnie nie interesuje. Idziesz?

Aż się zarumieniła, przymrużyła oczy.

Paweł poczuł radość, skinął głową.

Dobrze, pójdę. Taka z ciebie strachliwa dziewczyna… mruknął. A jak potem przez noc koszmary będziesz mieć, to babcia Teresa się wystrachuje!

Paweł puścił Agnieszce oczko, ona wybuchła śmiechem i machnęła ręką:

Oj, ty się niczego nie boisz! To cześć, czekam pod kinem o 18:50. Muszę już lecieć, mama kapustę szatkuje, cała kuchnia w miskach. Pa!

Ostrożnie się wycofała i pobiegła do domu.

Mieszkała z rodzicami raptem dwa domy od Pawła. Od dziecka razem biegali za wróblami, wspinali się na czereśnię, choć matka ganiła za to, próbowali gorzkich jagód, pluli pestkami na odległość na zmianę, kto dalej. Razem chodzili do podstawówki, tylko Paweł był dwa lata starszy. Dziewczyny jej zazdrościły, iż taki chłopak, cały Przystojniak Pawlikowski, chodzi za nią jak cień. Ale Agnieszka nie widziała w tym nic specjalnego. Przecież on był zawsze w jej życiu. Dlaczego nie miałby jej pomagać i nosić na rękach?

Dwa lata temu, zimą, Agnieszka na nartach źle się poczuła zakręciło się w głowie, przed oczami migotały czarne plamki. Upadła niefortunnie i złamała nogę. Leżąc w śniegu, jęczała z bólu, w skroniach tętniło, a po plecach lał się zimny pot. Bolało wszędzie w nodze i w piersi, jakby ktoś ściskał ją pasem. Agnieszka od dziecka bała się bólu. Już przy zwykłym drzazgu potrafiła krzyczeć. A tu cała noga.

Zaraz był przy niej Paweł. On zawsze się pojawiał, kiedy trzeba. W końcu jej wrzaski było słychać w całej dzielnicy. Jako mała zdzierała gardło na alarm, wtedy też chłopak leciał, jak na sygnał.

Wróciła do domu niesiona na barkach Pawła. Noga spuchła, trzeba było ją rozciąć w bucie. Agnieszka trzymała się jego ramienia tak mocno, iż zostały ślady po paznokciach. Paweł wytrzymał, nie jęknął, bo przecież Agnieszka była najważniejsza.

Przyjechała karetka, zawiozła ją do szpitala. Powiedzieli: noga to pestka, ale serce Zdiagnozowali całą listę schorzeń. Długo leżała na sali, w końcu wypuścili ją do domu.

Wiosną wiadomo już było, iż na dworze topnieje śnieg, a Agnieszka dopiero powoli zaczyna wracać do życia.

Noga zrastała się długo, swędziała pod gipsem, bolała. Agnieszka kłóciła się z mamą o najdrobniejsze rzeczy, płakała, ale wszystko się zmieniało, gdy przychodził Paweł. On zawsze coś wymyślał rozkładał na jej tapczanie mapę świata i jeździli palcem, a to łódeczką-papierkiem, a to samochodzikiem z drewna. Wędrowali razem po światach, pianie herbaty gdzieś w chatce pod Bieszczadami, budowali razem z klocków, rysowali gazetki ścienne…

Jak ci zdejmą ten gips kiwał głową Paweł pojedziemy gdzieś razem. Gdzie byś chciała?

Agnieszka wzruszała ramionami.

Chcę na podwórko, a mama nie puszcza. Mówi, iż muszę odpoczywać, bo serce. Boję się, iż nie umiem już chodzić…

Głupoty! pogodnie machał ręką Paweł. Trzeba tylko ćwiczyć. Mój dziadek Marian z Fedorówki po wojnie ledwo chodził, noga sztywna. Przyszedł letnik, jakiś profesor, zrobił mu ćwiczenia, czasem aż wiązał w supeł. I co? Po latach dziadek biegał jak młody! Nauka idzie do przodu! I dla ciebie coś wymyślą! Tylko się nie poddawaj! Rusz się czasem, ślimaku! Ru-szaj się!

Zaczynał ją przekomarzać, uciekał z jej lalką, a Agnieszka, stukając kulami, musiała chodzić za nim i się wykłócać.

Agnieszko, zabawki w twoim wieku?… droczył się Paweł. Babcia Jadzia z naszej piekarni też zawsze narzeka na choroby… A ty? Uśmiech na twarz! Jeszcze potańczymy, zobaczysz!

Aga! Połóż się już! Paweł, proszę cię! wpadała do pokoju pani Zofia. Przy niej nie wolno się denerwować! Wychodź! Żegnaj!

Ciocia Zosiu! odpychał się chłopak, broniony przez matkę Agnieszki. Jak ją zamknięcie, to zwiędnie! Musi żyć normalnie, choćby z chorym sercem!

To już nie twoja sprawa. Idź do domu, Paweł. U nas za chwilę Michał, pomoże Ani w lekcjach. Już i tak sporo opuściła…

Paweł zaraz dostał jeszcze cios w ramię.

Na ganku pani Zofia przyparła go do ściany, łapiąc za kołnierz kurtki.

Słuchaj, kochany! Lepiej trzymaj się z daleka. Agnieszka jest bardzo chora, nic jej nie wolno. choćby dzieci mieć nie może, lekarze zabronili. Ja chcę mieć żywą córkę! Nie mów jej ani słowa! Marzy o rodzinie, a już nigdy…

Pani Zofia popłakała się i machnęła ręką w stronę furtki.

Paweł dotarł do swojego domu w końcu rozumiejąc Agnieszka to inwalidka. Serce ma zbyt chore…

Umrze… przeszyła go myśl. Może choćby dzisiaj…?

Babcia Teresa na ganku patrzyła, jak wnuk zrzuca kurtkę, koszulę, nabiera lodowatej wody z beczki i polewa sobie plecy.

Pawle! Zwariowałeś?! Przeziębisz się! podbiegła z ręcznikiem.

Paweł odsapnął, pokręcił głową, złe myśli trochę odpuściły.

Nie! Jeszcze będzie żyć! I szczęśliwie! Przysięgam! stuknął nogą o podłogę.

Babcia przysłuchiwała się, ale nie zrozumiała słów…

Pawle, co ty hałasujesz? Spać nie dajesz. Idź, zmęczony pewnie jesteś! ziewnęła i poszła do swojego pokoju.

Idę. Przepraszam. Napiję się herbaty i pójdę spać. Dobranoc, babciu!

Mieszkali we dwójkę. Paweł kilka wiedział o swoich rodzicach podobno zaginęli, a może zginęli. Babcia Teresa coś tam opowiadała, ale nigdy jasno. Nie chciała mówić, iż matka oddała chłopaka, a ojca nikt nie znał.

Agnieszka co jakiś czas miała wizyty u lekarzy. Pani Zofia zawoziła dla nich swojskie smakołyki byle by tylko powiedzieli, iż można ją wyleczyć. Ale cud się nie zdarzał.

Obecnie nie umiemy tego leczyć. Może kiedyś, nauka idzie naprzód… Ale teraz absolutny spokój. Zero emocji rozkładał ręce profesor. Tysiące ludzi żyją z tym!

Oczywiście Spokój przytakiwała matka. Michał, jej przyjaciel, pilnuje, by się oszczędzała, dużo czytała, ruszała.

Mamo! Agnieszka czerwieniała. Wstydziła się, iż mama gada za dużo.

A co tam śmiał się lekarz. Dobry chłopak przy was! Szanuj to!

Tak toczyło się życie: Agnieszka bała się zrobić zbędny krok, mama wszystkiego pilnowała by się nie przewiała, nie spociła, nie biegała, nie skakała…

W kinie było duszno, pachniało papierosami. Agnieszka trzymając mocno rękę Pawła, oglądała film, potem płakała cicho, wtulona w jego ramię.

Aga, nie płacz. Wszystko się ułoży! Agnieszko! szeptał Paweł, głaskał ją delikatnie.

Ale już wszyscy dookoła uciszali ich, kazali być cicho.

Pawle, źle się czuję. Chodźmy na powietrze poprosiła dziewczyna.

Jasne, chodźmy!

Dwie ciemne sylwetki przesłoniły ekran, ruszyły w stronę wyjścia. Na moment do sali wpadł jasny strumień światła z foyer, zaraz znów zapadł półmrok.

Agnieszka i Paweł stali, mrużąc oczy od ostrego światła.

Usiądź. Przyniosę ci wodę! powiedział Paweł stanowczo.

Bileterka, stojąc z boku, pokręciła głową z dezaprobatą.

Taka młoda… syknęła. Jesteście po ślubie? Dokąd zmierza ta młodzież…

Zdaje się, iż pomyślała, iż Agnieszka jest w ciąży.

Jeszcze nie, ale niedługo będzie! niespodziewanie odpowiedział Paweł.

Co? zdziwiła się Agnieszka, roztrzęsiona, znowu jej się kręciło w głowie. Żartujesz?

Złapała go za rękę, odwróciła w swoją stronę.

Z takimi rzeczami się nie żartuje! powiedział Paweł poważnym tonem. Chciałem porozmawiać później, ale skoro już tak wyszło… Agnieszka, idę do wojska. Ale jak wrócę, ożenię się z tobą. Obiecałem ci zwiedzić świat? No, może nie od razu, ale pingwiny na pewno! Pamiętasz?

Skinęła głową.

To będzie. I nieważne, co mówią! Trzeba naprawdę chcieć cię wyleczyć. Ja chcę. Znajdziemy lekarzy. Zrobią, co trzeba. I urodzisz nam dziecko! mówił z zapałem Paweł. Tak bardzo chciał ją pocałować, ale pod czujnym spojrzeniem bileterki nie miał ochoty.

Wypij wodę, wyjdziemy na świeże powietrze! pociągnął ją za sobą, ona jednak delikatnie się wyślizgnęła.

Ja nie mogę mieć dzieci? spojrzała mu prosto w oczy. Nigdy?

Paweł zrobił się niespokojny. Pani Zofia prosiła, by córce nic nie mówił, a on się wygadał…

No… Po co teraz o tym gadać? Zobaczy się. Trzeba uważać. Chodź, przejdziemy się.

Agnieszka kiwnęła głową, pozwoliła Pawłowi założyć płaszcz, wyjść na zewnątrz. Potem odwróciła się, zacisnęła usta. Czuła się niższa, niepełna” nie mogła stworzyć normalnej rodziny. Co dalej? Jak żyć?

Paweł wymyślił, jak rozchmurzyć swoją płaczkę. Zaprowadził ją do Kostka Jabłońskiego. Ktoś dał im się przejechać jego motorem. Założyli Agnieszce kask, posadzili przed Pawłem i kazali mu nie pędzić za mocno.

Motor sunął równo, Agnieszka czuła, jak Paweł obejmuje ją ostrożnie, jak jego ręka dba o każde drgnięcie jej ciała. Zrobiło się jej ciepło, zawróciło w głowie. Odeszły wszystkie straszne słowa o dzieciach, uciekły obrazy z filmu. Liczył się tylko ten moment droga, Paweł, jego oddech i warkot silnika…

W nocy do Agnieszki wezwano lekarza, dał zastrzyk.

Jakże nie pilnujecie dziecka?! stwierdził później, ubierając się w przedpokoju. A przecież już niedługo egzaminy! Na nerwach jest!

Agnieszka coś tłumaczyła, iż to przez film, iż przejdzie

Byłaś z Pawłem? spytała surowo matka, gdy lekarz odjechał.

Tak. Paweł zawsze mówi mi prawdę! O wszystkim! I o dzieciach też…

Znowu się rozpłakała, zawyła

No, ja temu Pawłowi pokażę! zacisnął pięści pan Marek, ojciec Agnieszki.

Nie waż się, tata! Nie ruszaj go! Jest najlepszy! Ten wasz Michał mu nie dorównuje!

Spać! ryknął ojciec, zgasił światło, popchnął żonę w stronę sypialni. Pawłowi przyszło powołanie, niedługo będzie spokój!

Pani Zofia Pawła więcej nie wpuszczała, obwiniała go o wszystko, nie chciała rozmawiać.

I tak będę z nią! I będziemy szczęśliwi! Wyzdrowieje, zobaczysz! Czemu ją zamykacie, dusicie?! Ona zwiędnie! Niech będzie młoda! W przeddzień wyjazdu do jednostki Paweł przyszedł się pożegnać, ale Zofia nie wpuściła go, kazała odejść. Paweł już prawie rzucał się w bójkę, tak bardzo chciał zobaczyć dziewczynę. Wpuśćcie, albo przez okno wejdę!

Na ganku zjawił się pan Marek. Paweł zobaczył w jego ręku strzelbę.

Strzelać pan będzie, panie Marku? No to strzelaj! Jeden chłopak mniej czy więcej. Ja nikomu niepotrzebny, tylko babci Teresie, tak? Niech pan powie Agnieszce, iż wyjechałem.

Odważnie stanął przed gospodarzem, podniósł głowę. Lufa wymierzona prosto w szeroką, młodą pierś. Pani Zofia skuliła się w przerażeniu.

Pan Marek chwilę patrzył na zuchwałego chłopaka, potem opuścił strzelbę.

Jesteś głupi, Pawle. Może w wojsku zmądrzejesz. Idź. Agnieszka śpi, nie dam jej budzić. Dla babki swojej, idź już wysyczał przez zęby.

On i Zofia zgodnie orzekli, iż wszystkiemu winny Paweł to on namówił Agnieszkę na te spacery, na narty, to przez niego… Niech więc zniknie z ich życia!…

Nic nie szkodzi, Zośka. Spodoba mu się w wojsku, może zostanie na stałe. Zapomni o Agnieszce mruknął Marek. Idź, zobacz, czy Agnieszka nie słyszała?

Pani Zofia na palcach zajrzała do pokoju córki, tam było cicho. Nie widziała jednak, jak Agnieszka zeskoczyła z łóżka, boso stała przy oknie i patrzyła za odchodzącym Pawłem.

Odwróć się! No odwróć! krzyczała w myślach.

A on się odwrócił, niby poprawiając furażerkę w rzeczywistości właśnie do niej pomachał lekko. Wiedziała już…

Paweł wrócił dopiero po czterech latach. Agnieszka nie wiedziała, rodzice nie mówili, ale Paweł trafił aż do Afganistanu, tam przepadł bez wieści. Babcia Teresa zmarła, nie doczekawszy się go. Agnieszki nie pozwolono choćby na pogrzeb, kazano się uczyć.

Wszystkie listy, które pisała pod adres jednostki Pawła, gdzieś przepadały.

Nie odpisuje ci? współczuła pani Aniela, listonoszka, kiedy Agnieszka przychodziła na pocztę. Widocznie ma inne sprawy, a może już… O, a Michał idzie! Taki elegancki, mógłby zostać profesorem! Chyba cię szuka. Idź…

Wrócił jesienią. Cichy, ciemny, zimny dom witał go ciszą i zapachem wilgoci. Dach przeciekał, na mokrych tapetach pojawiły się brązowe plamy. Na starym fotelu wciąż leżał szalik babci Teresy, na komodzie przy łóżku jej obrazki świętych. Paweł przysiadł przy stole, zamknął oczy. Niby wszystko tak samo, ale już inne. Albo on się zmienił…

Nie mogąc zasnąć, powlókł się do domu Agnieszki. Na podwórzu wieszała pranie pani Zofia.

Ciocia Zofia! zawołał, rzucając papierosa. Nic się ciocia nie zmieniła!

Wydawało mu się, iż minęła wieczność, odkąd wyjechał stąd.

Kto tam? zmrużyła oczy kobieta.

To ja, Paweł. Wejdę?

Nie czekając, otworzył furtkę, ruszył ścieżką. Cały czas patrzył w okno pokoju Agnieszki firanki szczelnie zasłonięte, nie zostało choćby doniczek na parapecie.

Wyjechała, Pawle. A ty co… Żyjesz? poprawiając chustkę, odpowiedziała z niechęcią lub obojętnością Zofia. Wróciłeś, co z tego… Cóż, różne rzeczy się dzieją…

Gdzie? spojrzał spod oka, szukał w kieszeni papierosa, po chwili zrezygnował.

Do Poznania. Michał dostał się na Politechnikę Poznańską, więc pojechali razem.

Michał?

Są małżeństwem. Agnieszka nie chciała tu dłużej mieszkać, mówiliśmy, iż zginąłeś. Wyjechali on ma tam rodzinę, dostali mieszkanie. Agnieszka też zdała na studia. Dzięki Michałowi, on jej pomagał… Gdy chowałam twoją babcię, Agnieszka całkiem się załamała, znowu lekarz… Ale Michał był przy niej, pomógł nam wszystkim. I wiesz co, Pawle Zofia podeszła i położyła mu rękę na ramieniu. Widać było po niej zmęczenie, zmarszczki i troskę. Daj im szansę być szczęśliwymi…

Spojrzała błagalnie.

Agnieszka nigdy nie kochała tego kujona! uśmiechnął się smutno Paweł.

Kiedyś tak. Ale jak ciebie zabrakło, zrozumiała. Przy nim czuje się bezpiecznie, chroni ją. Proszę cię, nie wtrącaj się do ich życia.

Paweł nie odpowiedział, odwrócił się i ciężko ruszył przed siebie. Pani Zofia westchnęła i zniknęła w domowych progach.

Paweł pomieszkał jeszcze dzień w pustym domu, spakował parę rzeczy w plecak, zabił deskami okna, założył kłódkę na furtkę. Potem, patrząc ponuro, poszedł na cmentarz. Stojąc nad grobem babci Teresy, słuchał śpiewu ptaków w krzakach, zdjął z szyi medalik i zostawił na płycie.

Przepraszam, babciu…

I odszedł…

Paweł stał się ostry, twardy, nie znał słowa nie, nie znosił sprzeciwu, szedł przez życie jak czołg. Prowadził różne interesy nie zawsze czyste, trzymał w rękach pieniądze i szukał. Nie, nie szukał Agnieszki odnalazłby ją w pięć minut. Poznań, uczelnia, Michał tacy zawsze są widoczni. On szukał… możliwości.

Osiem lat po rozpoczęciu własnego biznesu (najpierw części zamienne, potem antyki, potem sklepy i dostawy surowców) Paweł nawiązał kontakt z producentami sprzętu medycznego, przez nich znalazł najlepszych lekarzy na świecie.

A co cię tak interesują sprawy sercowe? zapytał doktor Romanowski z warszawskiego Instytutu Kardiologii. Mamy świetnych lekarzy, jak co, pomożemy. Co się stało?

Nic takiego. Chcę pomóc jednej osobie, żeby dobrze żyła… Paweł poprawił marynarkę.

Konkret wiek, schorzenie, kto to?

Znajoma, dwa lata młodsza ode mnie. Od szesnastu lat kłopoty z sercem, diagnozy nie znam…

Musisz dowiedzieć się szczegółów, wtedy pogadamy. I świeże badania, nie sprzed dziesięciu lat.

Paweł kiwnął głową, zabrał teczkę, wyszedł. Cisza w szpitalu, tylko pielęgniarki czasem gdzieś idą…

Dokąd znowu? zapytała Iwona o piątej rano, zawiązując szczelniej szlafrok. Po co cię znowu nie ma?

Paweł spojrzał z wyrzutem.

Przepraszam, nie chciałem cię budzić. Muszę wyjechać, jakieś dwa, trzy dni. Jak ktoś będzie dzwonił, powiedz, iż nie wiesz, kiedy wrócę. No, nikt tu niech nie przychodzi, jasne?

Iwona opuściła ramiona w geście poddania, posłała mężowi całusa.

Słucham, mój panie. Może chociaż śniadanie?

Nie mam czasu. Przepraszam.

Delikatnie zamknął drzwi. Słyszała tylko ciężkie kroki na schodach…

Wiedziała, iż jej nie kocha. Nigdy nie mówił, iż czuje do niej coś więcej. Ale razem było im dobrze. Przy Pawle kobieta miała poczucie bezpieczeństwa, przy Iwonie on miał dom. Czy to mało, gdy świat jest tak pogmatwany?

Panie Pawle, bardzo nam potrzebne jest to sprzętowe wsparcie, ale sprawa kart medycznych pacjentów to nie ten poziom! powiedział lekarz w restauracji naprzeciw Pawła. Niski, chudy człowieczek, nerwowe dłonie, wdzięczył się, ale po chwili schował ręce pod stół. To jakaś weryfikacja? Z jakiego urzędu? Nie, nie rozmawiam! Agnieszka… Agnieszka Panek… Nie kojarzę. Co do dostaw kierować do dyrekcji…

Paweł zauważył, iż lekarz ma plik dokumentów w teczce udaje tylko, by nabić sobie cenę. Uśmiechnął się, wsunął kopertę do teczki.

Proszę się nie bać, panie doktorze! Ja nie z żadnych służb, jestem osobą prywatną. Ile za te informacje? Można dobrze z tego żyć. Agnieszka to moja najdawniejsza znajoma, ma chore serce, jej mąż ją zamyka w domu. Pracuje, ale wolnego nie ma, do kina czy teatru nie pójdzie bo stres. Nie umie cieszyć się życiem. Naprawdę chce pan tak żyć?

Denerwował się, ale udawał spokój. Przehandlował całą informację lekarzowi, tamten zgodził się miał dzieci, syn miał zdawać na uczelnię.

Po wszystkim Paweł poklepał go po ramieniu i odszedł.

Agnieszka szła powoli boczną uliczką. Nie myślała zupełnie o niczym, tylko szła i starała się oddychać głęboko. Jutro znowu poliklinika, Michał zapisał ją na wizytę. Wieczorem zebranie w szkole, mąż nie przyjdzie Za tydzień rodzice Michała przyjadą w odwiedziny, trzeba przygotować pokój. Dużo spraw, ale teraz liczyło się, by po prostu iść i oddychać.

Minął ją motor, dziewczyna z piskiem obejmowała chłopaka w pasie. Agnieszka uśmiechnęła się, przypominając sobie, jak jeździła z Pawłem, jak spod kół leciały bryzgi, a domy sąsiadów mijały w locie.

Aga! usłyszała głos, zamarła. Aga, cześć!

Obejrzała się. Paweł…

Muszę z tobą porozmawiać. To bardzo pilne pociągnął ją na bok, na ławkę. Usiądźmy gdzieś…

Paweł… Pawełku… Paweł! szeptała, głaszcząc jego ramiona, docierała do twarzy. Babcia Teresa nie wierzyła…

Zalała się łzami, Paweł objął ją mocno, ale z czułością. Pewny, serdeczny wiedziała to teraz na pewno.

To gdzie pogadamy? Może do kawiarni? zapytał w końcu.

Po co? Chodź do nas, Michał i Wojtek już w domu. Wojtek nasz syn, poznasz go.

Nie mogę u was. Muszę pogadać tylko z tobą.

No… Okej, tam jest bar mleczny, chodź…

Usiedli, Paweł długo się wahał, wreszcie zaczął:

Aga, musisz ze mną jechać. Ale trzeba załatwić papiery, pozwolenia…

Gdzie? zdziwiła się.

Mój przyjaciel, doktor Romanowski, znalazł lekarza, który leczy twoje schorzenie. Trzeba zrobić operację, potem będziesz zdrowa! Michał przestanie cię zamykać, katować badaniami…

Nie katuje. Martwi się. Źle o nim myślisz…

Wiem, ale… Aga, wszystko już opłaciłem. Jedźmy. Najlepsi specjaliści, nasze kontakty. Romanowski…

Poczekaj, Pawle. A ty? Jesteś żonaty? Co robisz? przerwała mu. Zmieniłeś się, nie poznałabym cię. Ale dobrze ci to zrobiło…

Jak? zapytał cicho.

Tajemniczy, nieprzystępny. Trochę groźny. Bandziorem nie zostałeś?

Było różnie. Handlowaliśmy, dzieliliśmy dzielnice, potem uspokoiło się. Teraz dostarczam to i owo, nauczyłem się angielskiego duża rzecz.

Wojtek też się uczy, Michał znalazł mu korepetytora. Byłeś w domu? Co tam teraz?

Nie wiem. Nie o tym mowa! Aga, już czekają na ciebie papiery i wyjazd. Weź zwolnienie lub urlop, ja się wszystkim zajmę.

Paweł nagle się spieszył, jakby wyczuwał, iż zaraz ktoś im przeszkodzi.

Aga? Wojtek czeka na obiad w kuchni, a ty siedzisz w barze? Michał pojawił się przy stoliku. Spóźniłem się, a to… To Paweł? No proszę…

Twaz Michała stwardniała, pociągnął żonę za rękę.

Zaczekaj, Michał. Paweł chciał mi coś zaproponować…

Agnieszka poczuła, iż zaraz coś się stanie, przeraziła się, pobladła.

Na powietrze szybko! Aga, musisz na dwór. Teraz tabletkę, pod język! gorączkował się Michał, a Paweł kręcił głową, szedł za nimi.

W domu pachniało zupą, było chłodniej. Wojtek z ciekawością patrzył na gościa.

Paweł podał rękę.

Chłopak podał mu dłoń, pytająco spojrzał na ojca.

Wojtek, zjedz w swoim pokoju. My tu z panem Pawłem porozmawiamy polecił Michał.

Agnieszka zaniosła synowi tackę, pocałowała go i wróciła do kuchni.

Więc co u ciebie, Pawle? Czym się zajmujesz? Michał czuł się panem domu, spacerował po kuchni jak po królestwie, potem rozsiadł się tak, żeby gość czuł się mało komfortowo.

Aga, połóż mu kotleta, żonaty jesteś? mruknął, wsuwając szczypiorek do buzi.

Nie. Dla Agi załatwiłem klinikę za granicą. Tam mogą zrobić operację na sercu. To wciąż rzadkie, ale polscy lekarze też będą obecni, warto! Pokój, opieka wszystko jest! I znowu zacznie się normalne życie! Aga, no powiedz coś! w oczach Pawła błyszczało światło.

Aga, idź Wojtkowi zanieś herbatę.

Poczekał aż żona wyjdzie, i mówi dalej:

A co ona może powiedzieć? Przyjechałeś nie wiadomo skąd, chcesz ją wyrwać za granicę, na nie wiadomo jakie pieniądze. A potem co? A my z Wojtkiem? A jak nie daj Boże, coś się stanie? My tu zostaniemy bez niej. Mamy dobre życie, Pawle, nie trzeba nas ratować. Sobie może pomóż! syknął. Nie wtrącaj się tam, gdzie cię nie proszą. Gdzie byłeś wcześniej? Z bronią, z interesami? My tu ledwo wiązaliśmy koniec z końcem. Wynieść Agnieszkę chcesz? Byłeś przy niej wtedy, gdy po porodzie ledwo żyła? Dziecko przewijałeś? Nie. Ona jest moja, cała, tylko moja. Najlepiej wiem, co jest dla niej dobre!

Ty… Własne zasługi tu przedstawiasz? Dobrze… Paweł podniósł się groźnie. Ona nie jest rzeczą. Trzeba jej dać szansę na prawdziwe życie. Dobrze ci jeździć jej samochodem? Sama będzie prowadzić. Wstydź się zasłaniać Agnieszką! Ona pojedzie i wróci odmieniona…

Nie pojadę, Pawle. Zostaję tutaj. To moje życie. Boję się… A jeżeli umrę, Wojtek jeszcze za mały. Dobrze mi, jest okay.

Agnieszka objęła Pawła, położyła głowę na jego plecach.

Chodźmy napić się herbaty. Są ciastka i cukierki! uśmiechnęła się. A potem, Pawle, wrócisz do siebie, dobrze?

On tylko wstał, złapał kurtkę, wyszedł. choćby się nie pożegnał.

Spacerując ulicą i rozpychając przechodniów, Paweł nie mógł pojąć, jak można zrezygnować z lepszego życia. Wszystko już dla niej zrobił, sprzedał pół firmy… Na darmo…

Tyle razy chodził do lekarzy, prosił, dowiadywał się na darmo.

Po prostu chciałeś Michałowi udowodnić, iż jesteś lepszy. Ale się pomyliłeś. Przegrałeś! przemknęło w głowie, potem już tylko czuł gorycz…

Iwona czekała na niego w domu, nie spała.

Witaj powiedziała cicho, stojąc w przedpokoju w tym samym flanelowym szlafroku. Zrobiłam zupę… Spróbujesz? Chyba wyszła niezła…

Szybko podeszła do niego, dużego, zimnego, objęła go mocno, przycichła.

Co się stało? zapytał zdezorientowany Paweł.

Bałam się, iż nie wrócisz. Że zostaniesz u niej…

Iwonka się rozpłakała, przytuliła jeszcze mocniej.

Głuptasie! A jak ja bez ciebie żyć mam, co? Pawłowi nagle zrobiło się lekko, jakby zdjął z siebie ciężar tony. Już nie musi nikomu nic udowadniać, nie musi niczego sobie udowadniać. Może po prostu żyć dalej, kochać Iwonę, ożenić się, mieć dzieci, wychować je… To będzie jego i jej życie, rodzina. Inni niech żyją, jak chcą.

A to takie proste pozwolić sobie być szczęśliwym!

Iwona patrzyła, jak Paweł z apetytem je zupę. Uśmiechała się, bo wiedziała, iż w ich domu zamieszkała wreszcie prawdziwa rodzina.

Idź do oryginalnego materiału