Wolna sobota Krystyny Zarembianki z Piotrkowa Trybunalskiego

newsempire24.com 1 dzień temu

Zięć powiedział mi kiedyś przy świątecznym stole, iż wyglądam jak kobieta, która nie wie, iż powinna się już poddać. Miałam wtedy sześćdziesiąt dziewięć lat i założoną czerwoną szminkę, bo wybierałam się po mszy na kawę do Cukierni Deja przy Rynku. Syn spuścił wzrok w talerz z barszczem, synowa poprawiła obrus, a ja po prostu wstałam i wyszłam. Nikt mnie nie gonił.

Nazywam się Krystyna Zarembianka, mam teraz siedemdziesiąt trzy lata, mieszkam sama w kawalerce na Wronej, trzecie piętro, winda czasem jeździ, czasem nie. Mąż odszedł jedenaście lat temu, dzieci mieszkają w Łodzi i we Wrocławiu, dzwonią w niedziele, czasem zapominają. Przez pierwsze lata po pogrzebie sąsiadki mówiły mi "ojej, jak pani sobie teraz poradzi sama", a ja kiwałam głową, bo tak było łatwiej. Udawałam, iż to nieszczęście. Przez jakiś czas choćby w to wierzyłam.

A potem coś się przestawiło. Nie umiem powiedzieć dokładnie kiedy — może wtedy, gdy w Biedronce kupiłam sobie drugą parę butów w tym samym miesiącu i nie musiałam nikomu tłumaczyć, iż mi się po prostu podobały. Albo wtedy, gdy w listopadzie, w deszcz, założyłam duże okulary przeciwsłoneczne tylko dlatego, iż dawały mi poczucie, iż jestem kimś z filmu. Nikt mi nie zadawał pytań. To było dziwne i piękne.

Teraz moje soboty wyglądają tak: budzę się, kiedy chcę, nie kiedy budzik każe. W radiu leci Trójka, parzę kawę w tej samej filiżance po mamie, z odpryskiem na uchu, i siadam przy oknie. Za oknem suszy się bielizna sąsiadki z parteru, pies pani Halinki szczeka na gołębie, a ja planuję dzień tak, jakbym miała dwadzieścia lat i cały czas świata.

Wsiadam w autobus do centrum, bo prawo jazdy oddałam, kiedy wzrok już nie ten, i chodzę po sklepach bez pośpiechu. Przymierzam rzeczy, których nie potrzebuję. Dziś kupiłam bluzkę w panterkę — tak, w moim wieku, z Reserved, przy kasie dziewczyna uśmiechnęła się i powiedziała "pani, to świetny wybór", a ja poczułam się jak kobieta, nie jak babcia z legitymacją seniora. Kto powiedział, iż po siedemdziesiątce nie można nosić panterki? jeżeli mi z tym do twarzy, to będę nosić.

Synowa kiedyś zapytała przez telefon, po co mi to wszystko, skoro "i tak nikt nie zobaczy". Powiedziałam jej wtedy coś, czego sama się nie spodziewałam: "Ja zobaczę". Po drugiej stronie słuchawki zrobiło się głucho na dobrych kilka sekund, a potem ona zmieniła temat na pogodę.

Czasem ludzie gapią się na przystanku, jak siedzę w czerwonej szmince i chustce zawiązanej po swojemu, nie jak reszta pań z mojej klatki. Uśmiecham się do nich, bo wiem dokładnie, kim jestem. Nie potrzebuję niczyjej zgody, żeby cieszyć się życiem. Kupuję sobie drogą kawę w tej kawiarence przy Pasażu Rudowskiego, osiem złotych za cappuccino, i nie czuję z tego powodu wyrzutów sumienia. Wkładam ulubione perfumy, choćby jeżeli nikt poza kasjerką w Żabce ich nie powącha.

Największy zwrot przyszedł w zeszłym roku, wiosną. Syn zadzwonił i oznajmił, iż "dla mojego dobra" załatwili już miejsce w domu opieki w Bełchatowie, bliżej niego, żeby mógł odwiedzać. Nie pytali mnie. Po prostu mi oznajmili, jakbym była meblem do przewiezienia. Usiadłam wtedy przy tym samym oknie, z tą samą filiżanką, i pierwszy raz od lat poczułam coś innego niż smutek — złość, czystą i trzeźwą.

Następnego dnia poszłam do notariusza przy ulicy Słowackiego, zabrałam ze sobą teczkę z dokumentami do mieszkania i książeczkę oszczędnościową z czterdziestoma tysiącami złotych, które odkładałam po mężu latami, myśląc, iż to "na czarną godzinę dla dzieci". Spisałam testament inaczej, niż planowałam wcześniej: mieszkanie i te czterdzieści tysięcy zapisałam fundacji, która prowadzi w mieście dom dla samotnych kobiet po sześćdziesiątce, bo tam przynajmniej ktoś pyta, czego chcesz na śniadanie, zamiast decydować za ciebie, gdzie masz dożyć.

Synowi powiedziałam o tym wprost, przy telefonie, trzymając w ręku kopię aktu notarialnego. Zamilkł na dłuższą chwilę, potem powiedział, iż to niesprawiedliwe wobec wnuków. Odpowiedziałam, iż sprawiedliwość to było zapytać mnie, zanim ktoś podpisał za mnie umowę w Bełchatowie. Odłożyłam słuchawkę pierwsza — też pierwszy raz w życiu.

Nikt więcej nie dzwonił w sprawie domu opieki. Mieszkanie na Wronej wciąż jest moje, a winda wciąż czasem nie jeździ. W tę sobotę też nie jeździła. Nacisnęłam guzik, poczekałam, usłyszałam tylko brzęk łańcucha gdzieś wyżej, więc machnęłam ręką i ruszyłam schodami, trzymając się poręczy co drugi stopień. Przed lustrem w przedpokoju poprawiłam jeszcze czerwoną szminkę, nałożyłam duże okulary, które chowały pół twarzy, i zabrałam torebkę z tej samej haczyka co zawsze.

Na dole, przed klatką, stała pani Halinka z psem i zapytała, czy znowu winda nie działa. Powiedziałam, iż działa, tylko nie dzisiaj, i iż mam na dziś umówione cappuccino w Pasażu Rudowskiego, więc nie będę na nią czekać do wieczora. Pies obwąchał mi buty, ja poprawiłam pasek torebki na ramieniu i poszłam w stronę przystanku, stukając obcasami po chodniku tak, jakby ktoś mnie tam naprawdę wyczekiwał.

Idź do oryginalnego materiału