Bożena Radwańska miała pięćdziesiąt trzy lata i cztery miesiące doskonale przećwiczonego milczenia. Milczała, kiedy jej mąż Zenon wracał z fabryki obić samochodowych o dwudziestej pierwszej, pachnąc rozpuszczalnikiem i cudzym perfum. Milczała, kiedy dwa lata temu, w listopadzie, jego terenowy nissan wpadł w poślizg na oblodzonej serpentynie pod Karpaczem i skończyło się to złamanym kręgosłupem, wózkiem inwalidzkim na resztę życia i firmą wartą blisko dwa miliony złotych, zapisaną w całości na niego.
Nie milczała tylko z Robertem. Roberta poznała na korytarzu szpitala rehabilitacyjnego w Kowarach, gdzie pracował jako fizjoterapeuta i przez pół roku uczył Zenona przekładać się z łóżka na wózek. Robert miał trzydzieści osiem lat, ręce jak z instrukcji anatomii i zdanie, które powtarzał Bożenie w samochodowej ciemności parkingu: „On i tak już nie żyje, Bożenko. To, co siedzi na tym wózku, to tylko wspomnienie po nim”.
Problem był prosty i brzydki: rozwód zostawiłby Bożenę z niczym, bo cała spółka, dom w Kowarach i mieszkanie we Wrocławiu figurowały na Zenona jeszcze sprzed ślubu, w intercyzie zresztą też. Śmierć męża — inna sprawa. Wtedy, jako jedyna spadkobierczyni, dostałaby wszystko od ręki, bez sądów, bez czekania.
Pomysł z wodospadem podsunął Robert w kwietniu, przy kawie z automatu na korytarzu oddziału. Kamieńczyk Górny w Karkonoszach, dwadzieścia minut jazdy od Karpacza, gdzie akurat remontowali podjazd dla wózków i gdzie o tej porze roku, po majówce, prawie nie było turystów. „Zabierzemy go na wycieczkę. Powietrze mu dobrze zrobi” — powiedziała Bożena mężowi w niedzielę przy śniadaniu, smarując mu bułkę miodem, którego nie jadł od miesięcy, bo nie miał ochoty na nic słodkiego. Zenon spojrzał na nią znad kubka z kawą tak długo, iż zdążyła zapomnieć, o co pytała.
— A Robert też jedzie? — zapytał w końcu.
— Jako pomoc. Sam wiesz, iż wózek na kamieniach to nie jest zabawa.
Pojechali w sobotę, dziewiątego maja. Bożena spakowała termos z herbatą malinową, koc w kratę i kanapki z szynką, których nikt nie zjadł. Radio w aucie grało cicho jakąś starą piosenkę Budki Suflera, którą Zenon kiedyś nucił pod prysznicem, kiedy jeszcze chodził. Teraz tylko patrzył przez okno na sosny mijane za szybą i milczał tak samo, jak ona milczała przez te wszystkie lata.
Ścieżka do punktu widokowego była wąska, wysypana żwirem rozjeżdżonym deszczem sprzed dwóch dni. Robert pchał wózek, Bożena szła obok z torbą na ramieniu, w której — gdyby ktoś zajrzał — nie było nic poza chusteczkami i butelką wody. Dochodziła jedenasta, w dole huczała woda spadająca z dwudziestu siedmiu metrów, a mgiełka od rozprysku osiadała na barierce, którą akurat zdjęto na czas remontu. Zamiast niej stała tylko żółta taśma budowlana, przepołowiona wiatrem.
Zatrzymali się przy samej krawędzi. Zenon patrzył na wodę, na zieloną, wilgotną skałę, na tęczę drżącą w rozpylonych kroplach. Wiatr targał mu włosy, których od wypadku nikt mu porządnie nie przycinał.
— Wiem, co planujecie — powiedział nagle, nie odwracając głowy. — Od tygodnia wiem. Zrobię, co każecie. Tylko nie tutaj.
Robert i Bożena zamarli na sekundę, potem spojrzeli na siebie ponad wózkiem.
— Za późno, Zenek — odpowiedziała Bożena, a głos miała spokojny, jakby zamawiała stolik w restauracji.
Zenon odwrócił twarz. W jego oczach nie było strachu — tylko zmęczenie starsze niż wypadek.
— Nikogo poza tobą nie mam — szepnął. — Proszę.
Ale decyzja już zapadła. Robert szarpnął uchwyty wózka i pchnął. Koła zapiszczały na mokrym kamieniu, złapały poślizg — i wózek runął w przepaść razem z człowiekiem, który jeszcze próbował złapać się powietrza. Nikt choćby nie spojrzał w dół. Bożena zakryła twarz dłońmi, udając przerażenie, Robert zaczął krzyczeć w stronę pustej ścieżki: „Spadł! To wypadek! Pomocy!”.
I wtedy, zanim minęła minuta, z zarośli po drugiej stronie wąwozu wyszedł mężczyzna w kamizelce z napisem „Leśnik” i telefonem przy uchu, który już wybierał 112 — bo od trzech dni, na polecenie nadleśnictwa, monitorował ten właśnie odcinek z powodu osuwiska gruntu, a jego kamera na słupku obok taśmy nagrywała wszystko od chwili, gdy zaparkowali samochód.
Sekcja zwłok Zenona wykazała złamania nietypowe dla upadku z takiej wysokości na wodę i skały — ślady wskazujące, iż ktoś chwycił metalowe uchwyty wózka i pchnął ze znaczną siłą, zamiast po prostu go puścić. Nagranie z kamery leśnej, o którym Bożena i Robert nie mieli pojęcia, pokazało resztę: dwie sylwetki przy krawędzi, gest pchnięcia, brak jakiejkolwiek próby ratunku. Prokuratura w Jeleniej Górze oskarżyła oboje o zabójstwo z premedytacją najpóźniej w lipcu.
Testament, który Zenon podpisał u notariusza we Wrocławiu jeszcze w lutym — trzy miesiące przed wycieczką, bez wiedzy żony — zostawiał firmę i cały majątek jego siostrzenicy, dwudziestoczteroletniej studentce medycyny z Legnicy, Julii Barańskiej, z jednym zastrzeżeniem: jeżeli okoliczności jego śmierci okażą się niejasne, adwokat rodzinny ma obowiązek przekazać kopię nagrania monitoringu rodzinnego domu w Kowarach prokuraturze. Kamera nad drzwiami wejściowymi, którą Zenon kazał zamontować po wypadku „dla bezpieczeństwa”, przez pół roku nagrywała też rozmowy Bożeny z Robertem na tarasie, kiedy myśleli, iż nikt nie słyszy.
Julia odebrała firmę cztery miesiące później, we wrześniu, w gabinecie notarialnym przy ulicy Piłsudskiego. Podpisała dwadzieścia siedem stron dokumentów, zapłaciła podatek od spadku w wysokości stu dwunastu tysięcy złotych i tego samego dnia zmieniła zamki w domu w Kowarach, do którego Bożena, będąca już wtedy w areszcie tymczasowym, nigdy więcej nie wróciła. Na biurku wuja, przy segregatorze z fakturami, Julia znalazła zdjęcie sprzed wypadku: Zenon uśmiechnięty, w kasku ochronnym, na motocyklu, którego już nigdy nie dosiądzie. Postawiła je na półce w nowym biurze i zamknęła szufladę na klucz.












