Właściwe miejsce

twojacena.pl 2 dni temu

Własne miejsce

Mamo, co robisz?! Przestań! prawie się popłakałem, patrząc, jak mama wyrzuca z szafy moje skromne rzeczy. Moja ulubiona, czerwona sukienka w groszki wylądowała niechlujnie na podłodze, gdzie od razu zainteresował się nią młodszy brat, siedzący w rozkroku z klockami. Pawełek chwycił pasek i od razu wsadził do buzi. Nie wolno, Paweł! Oddaj!

A żal ci tej szmatki! Anna rzuciła moje dżinsy do góry pozostałych ciuchów i zatrzasnęła szafę. Wynoś się stąd!

Ale gdzie, mamo?! Gdzie mam pójść, i to jeszcze wieczorem? Co ci odbiło?

Co zechcę, to zrobię! To mój dom! Dla ciebie tu nie ma miejsca!

A ja? Czy to nie jest mój dom?

Nie, kochanie! Ty nie masz tu niczego własnego! Anna wzięła Pawła na ręce i otarła mu nos połami mojej sukienki. Ani trochę! I przestań mi nerwy szarpać! Ledwo zaczęłam sobie układać życie, a ty chcesz mi wszystko popsuć? Nic z tego!

Mamo, co ja ci niby psuję? No co?!

Przed Wojtkiem się mizdrzysz, nie ty?

Przestań!!! ryknąłem tak, iż Pawełek aż się przestraszył i zaczął płakać. Słyszysz siebie w ogóle?!

Doskonale słyszę! Wystarczy! Powiedziałam wszystko, co miałam! Daję ci pięć minut!

Anna kopnęła drzwi, wyszła z pokoju, a ja zostałem jak słup soli, jeszcze nie do końca rozumiejąc, co się właśnie wydarzyło. Wyglądało na to, iż zostałem wyrzucony z własnego domu W głowie totalna pustka, myśli się rwały na skrawki i żadna nie dawała podłoża do działania. Za ścianą rozlegał się płacz Pawła i w końcu się ocknąłem. Mały płakał tak żałośnie, iż już miałem pójść do drzwi, żeby go uspokoić to przecież była zawsze moja rola. Matka już od dawna nie radziła sobie z dzieckiem. Jej nowy mąż nie znosił dziecięcego płaczu, irytował się na Pawełka i na wszystko, co się z nim wiązało. Ja, przyzwyczajony do rodzinnego ciepła, nie mogłem zrozumieć matki, która zamiast przytulić synka, pchała go do mnie i znikała do narzeczonego.

Zajmij się nim! Jesteś już dorosły, to pomóż!

Dorosły Jeszcze wczoraj byłem rozpieszczonym synem i wnuczkiem, a dziś nagle stałem się jak obcy. Ostatnie dwa lata zawaliły się na nas z takim impetem, iż nie nadążałem rozumieć tych przemian, które po kolei burzyły naszą rodzinę.

Najpierw, po zawale, odszedł tata. To była okropna niesprawiedliwość. Przecież można było go uratować, gdyby ktoś przy przystanku chciał się zainteresować. Miał zaledwie pięćdziesiątkę, zadbany, schludny i przez godzinę leżał obok wiaty, a ludzie przechodzili obok, śpiesząc się do swoich spraw. Nikt nie spytał, nikt nie zadzwonił po karetkę, pewnie uznali, iż pijany albo wariat, skoro śpi w listopadzie na ziemi. Kiedy w końcu jakaś kobieta go dotknęła, już nie żył.

Pamiętam, jak wtedy zareagowała mama. Zamarła w bezruchu, jakby odcięła się od rzeczywistości. Ja byłem rozbity, ona nie wylała ani jednej łzy, odprowadziła tatę do grobu i zamknęła się na klucz w pokoju, całkiem zapominając, iż ma syna.

Nie mieliśmy rodziny, a znajomych i tak już ubywało. Rodzice zawsze byli dumni, iż wystarcza im własny dom, iż są sami dla siebie wszystkim. Przez długi czas myślałem tak samo, nie lubiłem gości, bo po co, skoro bez nich jest dobrze.

Zmieniło się to, dopiero gdy poszedłem do pierwszej klasy podstawówki. W klasie było więcej dziewczyn niż chłopaków, więc dostałem miejsce w ławce z Moniką, ruchliwą, czarnowłosą dziewczynką o włosach jak warkocz z czarnej wstążki. Jak patrzyłem na jej piękne, grube warkocze, aż zżerała mnie zazdrość a własnych jasnych loczków nie znosiłem. Mama starała się je gładzić, zaplatać, ale zawsze sterczały, za co od razu dostałem w szkole ksywkę „Mniszek”.

Warkocza Moniki dotknąłem dopiero po dwóch dniach, kiedy, wkurzona, odgarnęła go do tyłu z wielkimi kokardami i burknęła:

Mam tego dość! Zetnę, choćby mama miała się wściec.

Odgarniałem wtedy ręką jej włosy i szepnąłem:

Głupia jesteś? To przecież piękne.

I od tej pory się zakumplowaliśmy. Klasa przechrzciła Monikę na „Monię”, moją najlepszą przyjaciółkę z pięknymi warkoczami.

Monika była czwartą córką w wielodzietnej rodzinie Kowalczuków. Gdy pierwszy raz trafiłem do ich ogromnego, rozbudowanego domu na obrzeżach dzielnicy w Krakowie, dostałem oczopląsu tyle tam było dzieci, dorosłych i starszyzny na metr kwadratowy. Próbowałem ogarnąć, kto jest kim, ale pogubiłem się. Znałem mamę Moniki, która od progu każdego sadzała do stołu i karmiła do upadłego. Braci, siostry Moniki, którzy nieważne ile lat mieli, zawsze sobie pomagali. Najstarszy brat siadał z nami nad matematyką, tłumaczył jak trzeba, starsza siostra nauczyła mnie gotować. choćby małe dziewczynki w tej rodzinie wałkowały gwałtownie ciasto i piekły najlepsze kruche ciasteczka, podczas gdy moja matka nie pozwalała mi choćby wejść do kuchni.

Moniki dom uświadomił mi, iż rodzina, bliscy i pomoc to nie jest zło. Później doceniłem, co znaczy brak takiego zaplecza. Dziwiło mnie zawsze, jak wiele prezentów dostawała Monika nie tylko na urodziny, ale i na inne okazje, których u nich nigdy nie brakowało. choćby na imieninach babci zdarzało się, iż Monika dostawała sukienkę lub torbę cukierków.

Ale czemu? Przecież to nie jest twój dzień? pytałem.

A kto powiedział, iż trzeba czekać na okazję, by sprawić euforia bliskim? odpowiadała śmiejąc się jak dzwoneczek.

Mojej mamie ta przyjaźń nie podobała się. Uważała Monikę za złą partię i pewnie zabroniłaby mi u nich bywać, gdyby tylko widziała ich dom. Na szczęście pracowała tak dużo, iż wystarczyło, iż dobiegnę do domu, zjem zupę, by nie widzieli, iż byłem głodny, i leciałem do Moniki, gdzie czekały na mnie ciepło, ciasto, herbata i nowe przygody.

To właśnie rodzina Moniki, gdy dowiedzieli się, co nas spotkało po śmierci taty, przyszła nam pomóc. Najstarsi bracia Moniki zebrali pieniądze, pomogli we wszystkim mama nie chciała choćby wyjść z pokoju. Monika tuliła mnie, płakaliśmy razem i piekliśmy ciasto, którego potem nie było gdzie trzymać. Ich obecność pozwoliła mi nie oszaleć.

Potem przez pół roku, na każdym kroku ktoś z tej rodziny pilnował mnie i mamy, kiedy trzeba było rozmawiać z urzędami, ogarniać ziemskie sprawy. Mama patrzyła tylko spode łba.

Kiedy zapytałem potem Monikę, czemu mi pomagają, powiedziała:

Bo już nie jesteś nam obcy. Nie ma u was dorosłego faceta, ktoś musi być wsparciem.

A potem Monika wyszła za mąż. Nie mogłem w to uwierzyć i nasłuchałem się prawdziwie polskich historii iż rodzice się dogadali, iż wybrali adekwatnego chłopaka, iż trzeba mieć dom i rodzinę. Dziwiłem się, przecież ona choćby nie kochała narzeczonego… A ona mi odpowiedziała, iż u nich tak się przyjęło, iż decyzje rodziców trzeba szanować.

Na ślubie trzymałem się, ale gdy usłyszałem, iż wyjeżdża do Poznania tam jej mąż dostał mieszkanie popłakałem się na dobre.

W tym czasie u matki pojawił się nowy partner, Wojtek, a Monika z niepokojem spoglądała, jak po szkole przeciągam powroty do domu. Nikt nie wiedział, przez co przechodzę. Po narodzinach Pawła mama była coraz bardziej nie do zniesienia, coraz bardziej wrogo się na mnie patrzyła, a jej chłop wciąż miał na mnie oko sam na sam w korytarzu czułem się coraz bardziej nieswojo. Po nocy musiałem usypiać Pawła, żeby mama mogła pospać dla niej nie liczyło się, iż rano muszę na praktyki. Po którymś z takich tygodni zemdlałem w szkole.

Jeszcze w trakcie nauki dostałem etat sanitariusza w szpitalu, zgarniałem nocne dyżury i mogłem spędzać w domu coraz mniej czasu.

Gdy Monika wyjechała, wróciłem do domu i trafiłem na awanturę stulecia. Od miesięcy konflikt wisiał w powietrzu, nie umiałem go rozładować, mama do niczego się nie przyznawała.

I wtedy sąsiadka z dołu, ściskając policzek Pawła, rzuciła przez ramię do matki:

Ale masz piękne dzieci, Anka. Co Paweł, co ten… Leon! Przystojniak! Szkoda, iż mąż nie dożył, żeby się nimi nacieszyć! Już dorosły jesteś, Leonku. Pewnie dziewczyny za tobą szaleją. Musisz się w końcu życiem zająć!

Co matkę tak wtedy zabolało? Coś musiało, bo po tym pognała mnie z domu. Zacząłem gorączkowo wrzucać rzeczy do torby, ale dokąd pójść? Do kogo? Monika była w ciąży, nie chciałem jej martwić… A mama? Skoro dla niej nie miałem znaczenia…

Po raz ostatni obejrzałem swój pokój, zabrałem zdjęcie taty ze stolika i otrzepałem łzy. Może tak będzie lepiej. Przecież tu już od dawna jestem obcy. Czas, żeby mama ułożyła sobie życie po swojemu.

Z kuchni dochodził hałas z telewizora, brzęk naczyń, pukanie klapek. Zatrzymałem się w korytarzu. Co jej powiem? Przecież wszystko już padło. Czego mam żałować? Dawno się dla niej skończyłem.

Na dworze już było ciemno, schowałem się w szalik, który dostałem ostatnią zimę od Moniki. Październik był chłodny, w dzień widywałem ludzi w szortach, a inni w kurtkach i czapkach. Sam wyciągnąłem kurtkę i nie żałowałem do domu wracać już nie musiałem. Rozgoryczenie zaczynało kłuć w piersi jak mały dziki zwierz, ale spychałem tę myśl. Trzeba było decydować, co dalej…

Na przystanku było pusto dwóch przypadkowych przechodniów i bezpański burek, to wszystko. Położyłem torbę na ławce i zamarzłem w kieszeniach.

Obok zatrzymał się samochód. Cofnąłem się instynktownie.

Leon?

Poznałem głos od razu.

Bartek?

To był starszy brat Moniki, ten, który pomagał mi z matmą, a potem przy pogrzebie taty.

Co robisz na przystanku o tej godzinie? Do pracy?

Nie W sumie… Szpital! Muszę tam!

No chyba nie bardzo. Wyglądasz, jakby coś się stało. Czemu jesteś z rzeczami?

Bartek spojrzał na mnie ze zwykłą troską, a ja wyrzuciłem z siebie wszystko naraz: o matce, o Wojtku, o tym, iż praktycznie zostałem na ulicy.

Wsiadaj! rzucił krótko, i nie protestowałem; wiedziałem, iż zawiezie mnie gdzie będzie trzeba.

Jechaliśmy po nocnym Krakowie, w samochodzie było przyjemnie ciepło. Nie chciałem nic mówić. Wiedziałem tylko, iż ta chwila spokoju nie potrwa długo, więc chłonąłem ją jak ciszę przed burzą. Słowa matki odbijały się echem w głowie: „Nie ma tu dla ciebie miejsca”.

Ocknąłem się, gdy zorientowałem się, iż nie jedziemy do szpitala.

Bartek, a gdzie jedziemy? Ja do pracy muszę

Zamierzasz nocować w szpitalu?

Pewnie

A dalej co? Na zawsze? Wysiądziesz dziś na dyżur, a jutro? Spotka cię ktoś i zapyta „gdzie mieszkasz”? Wiem, dokąd pojedziemy.

Podjechaliśmy pod ogrodzoną kamienicę w cichej dzielnicy, machnięcie ręką do ochrony i zaparkowaliśmy na podwórzu. Wysiedliśmy, poszliśmy na trzecie piętro, Bartek zadzwonił do drzwi mieszkania.

Długo nikt nie otwierał. Wreszcie stanęła w nich postawna starsza pani w szerokiej sukni.

Bartek! A czemu bez zapowiedzi?

I ty jesteś… popatrzyła na mnie, a potem wybuchła szerokim śląskim uśmiechem. To ty jesteś przyjacielem Moniki, prawda? Widziałam cię na weselu! Wchodź synku, czemuś taki nieśmiały? Przecież swój jesteś! Nie krępuj się.

Wszedłem za nią do środka, już ze łzami w oczach. W korytarzu marmurowa podłoga, żyrandol z kryształkami błyszczał mi przed oczami. Bartek coś jej gwałtownie szepnął i zniknął za drzwiami.

Nie zdążyłem choćby spytać, co dalej, a już stałem sam przed panią Jadwigą, babcią Moniki.

No chodź, rozbieraj się i siadaj! Herbaty się napijesz, pogadamy, powiesz mi, czemu taki porządny chłopak siedzi wieczorem samotnie na ulicy. Nie masz domu? Nie masz matki?

Chyba już nie poczułem kompletny koniec sił i rozryczałem się jak dziecko. Jadwiga mocno mnie przytuliła, pogłaskała po głowie, i szeptała:

Oj, syneczku… Nie można tak. Trzeba przetrwać, zrozumiesz wszystko się jeszcze poukłada, zobaczysz. Byłoby źle, gdyby nikt cię nie przygarnął.

Potem piłem jej oszałamiająco mocną kawę tak gorzką, jak własne łzy, i słuchałem jej życiowych opowieści.

Mów mi Jadzia. Tak do mnie mówili, jak byłam dziewczyną jak ty. Od dziecka ciężko w domu, w moim rodzinnym Cieszynie. Ojca i matkę mi zabrali, rodzeństwo ciągnęłam na swoich plecach. Trudno było, bardzo. Ale ktoś zawsze pomógł sąsiad, daleka rodzina, dobrzy ludzie. Miłość jest w tym, gdy ktoś cię nie zostawia.

To było aż tak źle…?

Najgorsza jest bezradność, dziecko. Gdy ktoś przychodzi i mówi „nie ma tu dla ciebie miejsca”. Tak i tobie powiedzieli, i mnie… Ale zawsze pamiętaj możesz znaleźć swoje miejsce u kogoś, komu jesteś bliski. choćby jeżeli nie w domu…

Patrzyłem na nią w ciszy, a potem ona tłumaczyła mi, iż jej siłą były w tamtych czasach inni ludzie, jej bracia, siostry, obcy, którzy dali dach.

Teraz twoja kolej nabrać siły. Póki nie przyprowadzisz do mnie pięknej synowej, będziesz tu mieszkać jak wnuk! Będę cię uczyć wszystkiego, jak moich, żeby mnie duma nie opuściła!

Zaśmiałem się z lekka, a ona aż się rozśmiała, widząc moje przerażenie:

Słusznie się boisz, oj będzie się działo!

Słowa Jadzi były jak proroctwo. Po dwóch latach potrafiłem gotować tak, iż przebiłem choćby Monikę, gdy przyjeżdżała z Poznania.

Ty to masz smak, Leon! Co ty tam do tych klusek dodałeś? wcinała babcine ruskie pierogi. Jak tam u ciebie?

Dobrze. Dzięki babci Jadzi.

Oj, nie wypowiadaj tak, bo cię duma zabije! Lepiej już chwal, jak wrócisz do domu!

Nasze żarty zbliżyły mnie do babci, ale też coraz trudniej było mi ukrywać, iż mam zmartwienia.

Ostatnie dwa miesiące mama bardzo podupadła na zdrowiu. Wiedziałem, iż zostało jej kilka czasu leżała przecież na moim oddziale i choć wiedziałem, bałem się do niej pójść.

Monika nie wytrzymała.

Nie byłeś u niej?! Zwariowałeś?! Potem będziesz żałować, ale nie zdążysz przeprosić!

Wiem… ale nie mogę. Przypomina mi się, jak mnie wyrzuciła. A gdyby Bartek wtedy nie przejeżdżał? Gdzie byłbym teraz?

Przestań! Nie myśl o sobie, tylko o Pawełku! Ona cię zostawiła, a sama została… I ten jej Wojtek? Od razu się ulotnił, byle tylko nie być przy chorej.

A Pawełek?

W domu dziecka. Nie chcą mi go oddać, bo mieszkania nie mam formalnie, choć pracuję na dwa etaty. Mama wypisała mnie wcześniej z mieszkania, nie mam dokumentów na opiekę.

No to przecież nie możesz tego tak zostawić! Monika od razu zarządziła. Jedziemy do szpitala!

Dwa dni przed śmiercią mama poprosiła o wybaczenie i pogodziliśmy się. Wybaczyłem jej, zapomniałem o goryczy i skupiłem się na tym, by przygotować dokumenty do odebrania brata. Gdy trzymałem ją za rękę, przypomniałem sobie zupełnie nie tamten paskudny dzień, tylko ciepły wieczór, wczesne dzieciństwo, kiedy siedziałem z nią pod czereśnią i jadłem żółte jak miód owoce.

Wybaczam ci, mamo powiedziałem.

I wróciło do mnie, co kiedyś powiedziała Jadzia: gorycz puszczać trzeba, bo inaczej wypali duszę jak zła trucizna.

Tydzień później trzymałem Pawełka za rękę; wszedł ze mną do mieszkania, spojrzał mi w oczy:

Już na zawsze jesteśmy w domu?

Tak, braciszku. Teraz to nasz dom. Nasze miejsce.

Pawełek kiwnął głową tak poważnie, iż wiedziałem już na pewno wszystko jest dokładnie tak, jak trzeba.

Idź do oryginalnego materiału